Reklama

Reklama

Barbara Brylska: Kapłanka miłości

Urodą zniewalała, seksapilem emanowała. Zakochiwała się wielokrotnie, zdradzała i była zdradzana. Hipnotyzujący urok nie zapewnił jej szczęścia, także w miłości.

Rozmarzone oczy, zmysłowe usta, regularne rysy twarzy, długie, rozwiane blond włosy... I wspaniała figura. Nie ukrywała jej przed światem. Wręcz przeciwnie - kusiła. A przy tym - pozostawała tajemnicza.

Reklama

Polska na przełomie lat 60. i 70. oszalała na jej punkcie, zwłaszcza mężczyźni. "Polska Brigitte Bardot", powtarzano. I kochliwa jak jej francuska odpowiedniczka. Traciła głowę dla partnerów filmowych. Z wzajemnością. Bo nikt nie potrafił oprzeć się jej zniewalającemu urokowi.

Młody bóg i fenicjanka

Miała zaledwie 17 lat i była jeszcze przed maturą, kiedy poznała pierwszego męża, Jana Borowca. Student matematyki zobaczył olśniewającą dziewczynę w pociągu. Odszukał ją w łódzkiej Szkole Technik Plastycznych. Kiedy za niego wyszła, miała 20 lat. Po latach przyzna: - Janek nauczył mnie wszystkiego. Dobrych manier, spojrzenia na literaturę i na wszystko. Naprawdę zawdzięczam mu więcej niż komukolwiek.

Przeprowadzili się do Warszawy, zaliczyła debiut filmowy. I dostała rolę w "Faraonie". Poszukiwania aktorki do roli Kamy, fenickiej kapłanki i kochanki faraona, trwały długo. Asystent reżysera wypatrzył studiującą na drugim roku warszawskiej szkoły teatralnej Basię w klubie "Hybrydy". Kandydatka miała być młoda, zgrabna i "harmonijnie zbudowana". - Aktorka w tej roli miała być bardziej rozebrana niż ubrana, więc liczyły się walory estetyczne - przyznawali twórcy filmu. Barbarze Brylskiej harmonii nie brakowało. Odwagi w prezentowaniu walorów estetycznych, godnych kapłanki bogini miłości, też.

Na eliminacje przybyły setki dziewcząt. - Tak pięknych, że myślałam, że ucieknę. Ale kiedy się rozbierały, czar pryskał - zapamiętała aktorka. W jej przypadku było dokładnie odwrotnie. Mało tego, miała już swojego kandydata do głównej roli - młodszego kolegę ze studiów, który wpadł jej w oko. I tak Jerzy Zelnik, po wyeliminowaniu konkurencji, został filmowym faraonem. Wyglądał niczym młody, a konkretnie 19-letni bóg. - Był skończenie piękny, nieprawdopodobnie pięknie zbudowany, poza tym bardzo inteligentny, władał angielskim - wspominała Brylska, która jest od niego starsza o trzy lata.

Na planie nie musieli grać pożądania. Świat im zawirował, oczy błyszczały, a gdy gasły lampy, potrafili zawieruszyć się wśród dekoracji. Był tylko jeden problem, piękna aktorka była wciąż zamężna. Jerzy Zelnik powie potem, że w miłosnym zaślepieniu wydawało mu się, że małżeństwo ukochanej było już fikcją. To prawda, bo związek aktorki z Borowcem, wówczas już inżynierem, zmierzał ku końcowi. Początkowe oczarowanie ustępowało znużeniu. W dodatku, gdy ona marzyła o dziecku, mąż sprezentował jej... psa.

A Jerzy Zelnik wyzna po latach, że była to jego pierwsza "pełna" miłość: - Uczucie połączone z konsumpcją. Namiętny romans trwał dwa lata, ale ich uczucie pozostało w pewien sposób wieczne. Znakomite kreacje Ramzesa i Kamy, z prawdziwymi emocjami, przeszły do historii kina. A Zelnik dopiero po 30 latach dowie się, że na planie zetknął ich nie tylko los, ale polecenie go reżyserowi przez ukochaną.

Wielka miłość, a potem wielka tragedia

Slobodana Dimitrijevicza, atrakcyjnego jugosłowiańskiego aktora poznała na planie enerdowskiego westernu "Białe wilki". I to właśnie dla niego, a nie dla Zelnika, rozwiodła się w 1968 roku z Borowcem. Rozwód udało się jednak przeprowadzić po przyjacielsku. I znów był to płomienny romans. Dla nowego wybranka chciała wyjechać z Polski, zrezygnować z kariery i zostać wzorową panią domu. Małżeńskie plany pokrzyżowali jednak bliscy ukochanego, którzy nie chcieli, by wiązał się z polską gwiazdą.

Niedługo była sama. Dla odmiany poznała kogoś spoza branży filmowej, ale znów przystojnego i świetnie ubranego. Znów bruneta z mocno zarysowaną szczęką. Był nim warszawski lekarz, uznany ginekolog, Ludwik Kosmal. Tym razem udało się, w 1970 roku wzięli ślub i piękna aktorka mogła spełniać swoje marzenie o byciu kobietą domową. - Jestem naprawdę szczęśliwa, bo mam normalny dom i męża, i czas dla niego. I urodzę dużo dzieci - mówiła z błyskiem w oczach.

Wkrótce przyszła na świat ich córka, Barbara. Brylska była przeszczęśliwa. Poza planem potrzebowała spokoju i towarzystwa jedynie męża i córeczki. On wolał jednak bardziej rozrywkowe życie, uwielbiał brylować w towarzystwie. Był z żony dumny, ale i zazdrosny o jej sukcesy. Coraz trudniej to znosiła. Pisała: "Ludwik upił się i deprecjonuje mnie przy ludziach". Do kłopotu z alkoholem doszła jego niewierność. - Po narodzinach małej Basi przez dwa czy trzy lata byłem wierny - przyznał po latach. - Przedtem i potem wykorzystywałem okazje z kobietami.

W ich małżeństwie kryzys gonił kryzys. Szukała w kimś oparcia. I znalazła je, w ramionach bułgarskiego aktora Stefana Danaiłowa. Znów była zakochana, choć on miał rodzinę. I ponownie - gotowa była rzucić dotychczasowe życie i wyjechać do Bułgarii. Jednak on nie zostawił żony; polska piękność była tylko przelotną miłością.

Wróciła do męża. Urodził im się syn, Ludwik. Drugie dziecko jedynie opóźniło rozpad targanego kłótniami i zdradami małżeństwa. W końcu, po kilkunastu latach toksycznego związku, aktorka powiedziała: "Dosyć". Rozwiedli się, o co prosiła już nawet dorastająca córka. - Kupiłam dom letniskowy pod Wyszkowem, żebym miała gdzie od niego uciec i spokojnie żyć - wspominała. I tak żyła, gdy nadszedł rok 1993, który przyniósł jej ogromną tragedię.

Córka, wówczas 20-letnia, zginęła w wypadku samochodowym. Brylska zamknęła się w domu. Przez trzy kolejne lata głównie płakała, jej były mąż był równie zrozpaczony. Wiedziała, że musi jednak żyć i być silna dla syna. - Jest moją wielką radością. Gdyby go nie było na świecie i mnie by nie było - wyznała szczerze. Ale była już zupełnie inną osobą. Pewne siły, jak mówiła, opuściły ją na zawsze.

Od tego czasu minęło ćwierć wieku, a 77-letnia dziś aktorka jest na emeryturze. Lubi ciszę i spokój, proste życie z dala od mediów, odwiedziny wnuków, Szymona i Kuby. - Chciałabym siedzieć na wsi i hodować kury - podsumowała. Z byłym mężem, Ludwikiem, ma lepsze relacje niż dawniej. Nie ma jednak dnia, by nie myślała o córce. - Czy żałuję, że za niego w ogóle wyszłam? - zastanawiała się kilka lat temu. - Nie. Wielkim szczęściem były dla mnie narodziny dzieci: Basi i Ludwika. A wtedy, kiedy braliśmy ślub, byłam naprawdę szaleńczo zakochana.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje