Monika Zamachowska: Moją kulinarną idolką jest babcia Ziuta

"Kuchnia kobiet", nowa książka Moniki Zamachowskiej, jest swego rodzaju kulinarną biografią. Dziennikarka przywołuje przepisy znane w jej rodzinie i te opracowane przez jej przyjaciółki. Jak przyznaje, kulinarną "księgą mądrością" jest dla niej wiekowy notatnik babci.

Andrzej Grabarczuk: Kluczową postacią w pani książce jest babcia Ziuta. Jakim była człowiekiem, jaką była gospodynią?

Reklama

Monika Zamachowska: - Babcia była niezwykłą osobą, bardzo silną kobietą, twardo stąpającą po ziemi. Trzymała naszą rodzinę w ryzach. Miała dziewięcioro rodzeństwa, więc otaczało mnie wielu wujów i cioć. Babcia całkowicie poświęciła się rodzinie, z wielkim oddaniem opiekowała się najbliższymi. Pochodziła z Kalisza, miasta będącego stolicą regionu o tradycjach rolniczych, ogrodniczych, przetwórstwa owocowego i warzywnego. Babcia Ziuta była wierna tradycyjnej kuchni wielkopolskiej, która choć ciężka, jest wyjątkowo smaczna.

Czy chętnie pomagała pani babci?

- Nie byłam mocno zaangażowana w sprawy domowe. Wydawało mi się, że babcia marnuje sobie życie stojąc od rana do wieczora przy kuchni. Dopiero po jej śmierci, zaczęłam dochodzić do wniosku, że to, co robiła, miało sens. Teraz, kiedy sama jestem matką, rozumiem, jak wielka wartość jest w tym, że dzieci chcą przychodzić do domu na wspólny posiłek, że na to czekają. Że usiądą ze mną i Zbyszkiem przy jednym stole.

Dużo pisze pani o bezcennym notatniku babci z przepisami kulinarnymi.

- Dzisiaj ten notatnik przechowuję w świętym miejscu w moim domu. Jego kartki już fruwają, jeszcze chwilę i zupełnie się rozsypie. Dlatego zeskanowałam go. Babcia prowadziła ten notatnik, gdy przygotowywała się do zamążpójścia. Niedawno, zeszyt został odnaleziony w jednym z kuferków najmłodszej siostry mojej mamy. Czytając umieszczone w nim receptury, znajduje zaskakujące sformułowania, np. "zrobić smak". Trzeba trochę się nagłowić, by domyśleć się, że chodzi o bulion. Właściwie, to ten notatnik natchnął mnie do tego, by stworzyć książkę kulinarną.

Wydaje się, że ważnym okresem w pani kulinarnej edukacji był pobyt w Wielkiej Brytanii, gdzie mieszkała pani z drugim mężem. Jak wspomina pani emigrację od strony kulinarnej?

- Pierwszy rok był dla mnie niezłym poligonem. Chciałam czerpać z wiedzy wyniesionej z domu, ale okazało się, że asortyment angielskich sklepów nie pozwolił mi na realizację moich kulinarnych planów. Mąka była dużo drobniej zmielona, sól mniej słona, cukier bardziej słodki, nie było kiszonej kapusty ani kiszonych ogórków. Raz miałam ambicję zrobić tam Wigilię. Z jakiejś przyczyny nie mogliśmy przyjechać do Polski. Po dwóch tygodniach poszukiwań znalazłam karpia, który wyglądał jak taki mały szczur (śmiech). Ważył chyba z 700 g. Składał się wyłącznie z ości.

Czy odnalazła pani jakieś pozytywy w kuchni brytyjskiej?

- Sporo nauczyłam się z programów telewizyjnych szefów kuchni, jak Jamie Oliver. Polubiłam dorodne brytyjskie warzywa: słodką i jędrną pietruszkę, słodkie ziemniaki tzw. bataty, pyszną brukiew, która lepiej niż seler dodaje zupom smaku. W Anglii odkryłam też wiele przepisów z kuchni hinduskiej czy chińskiej. Zaczęłam m.in. gotować w woku, głębokiej patelni którą wykorzystują Chińczycy.

Przepisem, który szczególnie utkwił mi w pamięci, jest ten na pączki ziemniaczane? Cóż to za osobliwy przysmak?

- Ten przysmak poznałam dzięki pani Eli Ołubek, szefowej Koła Gospodyń Wiejskich w Zalesiu pod Łodzią, czyli w rodzinnych stronach mojego męża. Pączki z ziemniaków to wynik dawnej biedy. Są pyszne i lekkie, ale na koniec trzeba do nich dodać spirytus. Inaczej nie wyjdą.

W książce nie brakuje zdjęć pani dzieci. Co lubią jeść Zosia i Tomek?

Zośka jest dziedziczką tradycji kulinarnej mojej babci. Lubi kuchnie mączną. Ma słabość do klusek, naleśników, makaronów. Jeśli te potrawy są na słodko, ze śmietaną i cynamonem, tym lepiej. Syn, na szczęście, lubi zupy. To mnie bardzo cieszy, bo uważam, że zupy są zdrowe i pożywne. Powinno się je jeść szczególnie w okresie jesienno-zimowym. Tomek zje każdą zupę. W ogóle jest dzieckiem, które nie grymasi przy stole. Czasami staram się spełniać zachcianki Zosi i Tomka. Mój mąż uważa natomiast, że nigdy nie powinno pytać się dzieci, co zjedzą, albo, czy czegoś chcą. Po prostu należy postawić im talerz z jedzeniem (śmiech).


Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje