Reklama

Reklama

Firma pod psem

Najlepiej wychodzi nam to, co kochamy. Więc jeżeli w naszym życiu najważniejsze są zwierzęta, dlaczego nie zbudować firmy wokół nich? Anecie, Karolinie, Ani i Emilii to się udało. Choć każda z nich zajmuje się innym „psim” biznesem.

Groomer, czyli coś dla ciała

Reklama

Znają ją wszyscy właściciele czworonogów z Zalesia, wielu z Piaseczna i Konstancina. Są tacy, którzy przyjeżdżają tu z drugiego końca miasta. Twierdzą, że warto, bo nikt nie potrafi tak zadbać o sierść i nastrój ich zwierząt jak ona. W domu Karoliny Kamińskiej zwierzęta były od zawsze. Kiedy po podstawówce trafiła do liceum hodowli koni, nikt się nie zdziwił. Tak jak wtedy, gdy spakowała walizki i pojechała pracować do Newmarket - miejsca, gdzie przy najlepszych koniach pracować mogą tylko najlepsi ludzie. Ale zdarzył się wypadek. Koń upadając, roztrzaskał jej miednicę. Na długie miesiące trafiła do szpitala, ale wróciła. Na miesiąc. Wtedy zdarzył się drugi wypadek.

- Doszłam do wniosku, że ktoś daje mi znaki, że mam zmienić profesję... Ale na jaką? I wtedy koleżanka zaproponowała mi kurs groomerski. Coś bardzo popularnego w Anglii, za to wtedy nieznanego w Polsce. Specjalistyczne pielęgnowanie psów, kąpanie, strzyżenie, czesanie. Pomyślałam, że chętnie się tego nauczę. Tym bardziej że podczas rekonwalescencji, żeby cokolwiek zarabiać, wyprowadzałam psy. Wiedziałam, że potrafię się z nimi dogadać.

SALON PIĘKNOŚCI

Jeszcze podczas kursu, który trwał sześć miesięcy, Karolina postanowiła, że zawodowo zajmie się groomingiem. W Polsce. - Kiedy patrzyłam na zachowania psów podczas i po pielęgnacji, to jak niektóre potrafią się wstydzić, chowając się pod stół, a inne są sobą zachwycone, puszą się, jak przysłowiowe pawie, zrozumiałam, jaką przyjemność może nieść praca z psami - tłumaczy.

Początkowo chciała pracować przy jakiejś lecznicy weterynaryjnej, ale okazało się, że w rodzinnym domu uda się wygospodarować odpowiednie pomieszczenie na salon. Za zarobione za granicą pieniądze kupiła wannę do kąpania psów, specjalny stół z podnośnikiem, nożyczki, maszynki, szczotki. Udało jej się też wyremontować pomieszczenie. I mogła zacząć działać. Stworzyła własną stronę na Facebooku, wizytówkę na stronie lokalnej, postanowiła też okleić swój samochód.

Pierwszymi klientami byli znajomi ze swoimi pupilami. Kolejni trafiali z polecenia. Najlepszą reklamą gabinetu byli zadowoleni właściciele czworonogów. - Zobaczyć błysk w oku pana czy pani, kiedy po umówionym czasie wraca po ukochane zwierzę. Dla tego momentu warto pracować - twierdzi Karolina. Wielu hodowców mówi, że Karolina ma dobry wpływ na ich zwierzęta. Potrafi dogadać się z najbardziej nieufnymi z nieufnych. Jak to robi? Sama nie wie. Może tajemnica tkwi w jej miłości do zwierząt?

PRAKTYCZNE INFORMACJE

Kurs groomerski zależnie od czasu trwania kosztuje od 1000 zł wzwyż.

Niezbędne jest odpowiednie pomieszczenie, w którym można urządzić psi salon piękności. Najlepiej wyłożone kafelkami, by łatwo utrzymać w nim czystość.

Stół z podnośnikiem to ok. 2000 zł, tyle samo wanna do kąpania psów.

Każda para nożyczek to ok. 700 zł (potrzebne przynajmniej trzy sztuki podstawowych).

Specjalistyczne kosmetyki do pielęgnacji zwierząt (dla różnych rodzajów sierści) to na początek ok. 500 zł.

Znawca psiej duszy

Aneta Awtoniuk o psach wie wszystko. Po wyglądzie potrafi rozpoznać, w jakim pies jest humorze, a kiedy pokazuje zęby, czy tylko się droczy, czy naprawdę chce ugryźć. Wie nawet, jak psa rozśmieszyć. Jest behawiorystką, czyli znawczynią psiej duszy i właścicielką szkoły Azorres - uczącej, jak przekonać psa, by właściwie się zachowywał. I pewnie gdyby 10 lat temu nie dostała psa na urodziny, nigdy nie zajęłaby się pracą ze zwierzętami. Ale na szczęście dla wielu, dostała.

Uwielbiała przyglądać się, jak Frodo rośnie, jak słucha, jak z rozbrykanego szczeniaka staje się mądrym, cierpliwym towarzyszem, jak reaguje na jej polecenia i bawiąc się, wykonuje coraz trudniejsze zadania. Zachwyciła ją nić porozumienia, którą człowiek może nawiązać z psem. A ponieważ z natury jest ciekawska i dociekliwa, postanowiła zbadać, czy jest jakiś sposób na to, by tę nić upleść. I chyba nieźle jej się to udawało, bo na łąkę, na którą przychodziła bawić się ze swoim Frodo, zaczęli przychodzić także inni właściciele psów. Po to, by podpatrywać ich zabawy. Ci bardziej śmiali prosili o rady, a ona chętnie ich udzielała. Tak jak umiała.

Któregoś dnia ktoś nawet próbował wcisnąć jej w dłoń zwinięty banknot, żeby tylko czegoś go nauczyła. - To chyba wtedy pomyślałam, że powinnam mieć psią szkołę - wspomina Aneta Awtoniuk. - Ale na moich warunkach, nie szkołę tresury, cyrk, w którym zmusza się zwierzęta do wykonywania jakichś czynności, tylko szkołę, gdzie uczy się ludzi współistnienia ze swoimi pupilami, tak żeby obu stronom sprawiało to satysfakcję.

SZKOŁA DLA LUDZI I PSÓW

Kiedy opowiadała o swoim pomyśle, wszyscy jej odradzali. "Po co ci to" - pytali. - "Przecież masz pracę". "Nie znasz się" - mówili inni. Ale im więcej było głosów przeciw, ona coraz bardziej chciała. Zapisała się na pierwszy kurs. I założyła szkołę Azorres. - Wiedziałam, że to nie ja będę prowadziła kursy. Za mało umiałam - wspomina. - Zatrudniłam dwoje trenerów i opowiedziałam im o moim wyobrażeniu psiej szkoły. Nie chciałam organizować szkolenia na specjalnie wydzielonym placu treningowym - na co dzień żaden pies ani jego właściciel nie spędzają czasu w takich miejscach. Chciałam uczyć ludzi i psy, jak mają zachowywać się w miarę naturalnych warunkach: w parku, na ulicy, w domu. Teraz pozostawało zaprosić uczniów.

Pomysł był prosty. Aneta przygotowała wizytówki szkoły, zapakowała je do koszyka razem z psimi smakołykami i wyruszyła do parku na spotkanie "psiarzy". Każdemu mijanemu wręczyła wizytówkę, a jego psa częstowała przysmakiem. Już na pierwszy organizowany przez nią kurs zgłosił się komplet chętnych. I tak jest do dziś. A szkoła Azorres działa nieprzerwanie niemal dziewięć lat.

PRAKTYCZNE INFORMACJE

Trzeba interesować się zachowaniem zwierząt, ich postrzeganiem relacji z ludźmi - to podstawa.

Warto skończyć kurs - koszt to od dwóch do kilkunastu tysięcy złotych.

Jeżeli masz pomysł na tradycyjną szkołę, wkalkuluj wynajęcie odpowiedniego ogrodzonego terenu albo przygotowanie go. Cena zależy od lokalizacji.

Wyjątkowe obroże

Gdyby nie psy, pewnie nigdy by się nie spotkały. Tymczasem i Ania Bartkowiak, i Emilia Grzymała, i Gaya Sawiocka są właścicielkami tollerów (Nova Scotia Duck Tolling Retriver) - bardzo energicznej psiej rasy pochodzącej z Kanady. Tollery to psy pracujące, a ich właściciele, podobnie jak właściciele wielu innych ras, mają swoją grupę na Facebooku. To dzięki niej dziewczyny spotkały się na spacerze.

MA BYĆ KOLOROWO!

Podczas jednej z rozmów okazało się, że dokucza im brak odpowiednich, spełniających ich kryteria estetyczne obróżek. Przecież skoro ma się już wymarzonego psa, to dlaczego zakładać mu coś, co nie do końca spełnia nasze oczekiwania - zastanawiały się. Większość szelek i obroży dostępnych na rynku szytych jest z brązowej, czarnej albo bordowej taśmy parcianej. A im marzyły się różowe, błękitne albo w kwiaty. Co było robić. Skoro nie można czegoś kupić, trzeba to zrobić. Postanowiły rozejrzeć się za materiałami i wspólnie uszyć coś dla swoich psów.

To miała być zabawa, przyjemność. Największym zaskoczeniem okazała się mnogość kolorów taśm dostępnych w sklepach, bo tego, że jest wiele pięknych i kolorowych tkanin, były pewne. Trzeba było tylko je wyszukać. Wędrowały więc po sklepach i kupowały. Zamiast nowej szminki czy sukienki. Wreszcie uznały, że mogą coś uszyć. Nie było łatwo, taśma jest gruba. Nie każda maszyna ją "weźmie" - tłumaczą. Na szczęście Ania miała taką po babci - starą, wysłużoną, ale jak powiedział pan, który ją konserwował, "nie do zdarcia".

Powstały pierwsze szelki, potem kolejne i jeszcze jedne. - Wtedy jeszcze nie myślałyśmy o założeniu firmy. Szyłyśmy dla naszych psów, dla przyjemności - wspominają. - Ale kiedy podczas spacerów ludzie zaczęli pytać, skąd mamy takie szelki, postanowiłyśmy uszyć ich więcej. To chyba wtedy po raz pierwszy przyszedł nam do głowy pomysł, żeby założyć firmę szyjącą spersonalizowane, niepowtarzalne psie akcesoria - zawsze na miarę, w wybranych kolorach i wzorach. Pomysł wydawał się świetny.

Przy kolejnych spotkaniach wypytywały znajomych, jak szelki się sprawdzają, czy dobrze się noszą, czy coś powinny poprawić. Niektóre tkaniny okazały się za delikatne dla psów pracujących, darły się o gałęzie, rozchodziły. Problemy były też z plastikowymi zapinkami. Zdecydowały więc, że kupią droższe, ale atestowane. Od tego przecież zależało bezpieczeństwo psów chodzących w ich szelkach. Sprawdzały nawet, jakiej siły trzeba użyć, żeby rozgiąć metalowe kółka do smyczy. Wreszcie były zadowolone.

Nazwały firmę ToLee Dog Design. Teraz trzeba było zadbać o nieco reklamy. Szelki trafiły do właścicielki hodowli, z której pochodziły ich zwierzęta. Zachwycona hodowczyni ubrała w nie swojego psa i wstawiła jego zdjęcie na Facebooka. Inne szelki podarowały psom z zaprzyjaźnionej lecznicy weterynaryjnej. To wystarczyło, by posypały się zamówienia. Ania i Emilia wyczekują jeszcze dnia, kiedy okaże się, że firma przynosi już wystarczająco wysokie zyski, żeby z niej żyć. W lipcu minie dopiero rok, odkąd działają.

PRAKTYCZNE INFORMACJE

Maszyna do szycia - już od ok. 400 zł.

Zakup materiałów 300-500 zł miesięcznie (metalowe kółka i plastikowe zapinki - ok. 150 zł za 100 sztuk).

Metki z nazwą firmy naszywane na obroże - 300 zł za 1000 sztuk. Chcąc dotrzeć do szerszego grona odbiorców, założyły stronę na Facebooku.

Aldona Bejnarowicz

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje