Reklama

Reklama

Wojna płci na drodze. Czy to ma sens?

Drogowa wojna płci, tak w Polsce, jak i za granicą, trwa zdaniem niektórych odkąd tylko kobiety zaczęły zdobywać uprawnienia do prowadzenia pojazdów mechanicznych. Ale czy prowadzenie sporu o wyższość jednej płci nad drugą ma w takiej sytuacji jakikolwiek sens? Wydaje się, że nie – i to przynajmniej z kilku powodów.

Honda przełamuje stereotypy o kobiecych i męskich samochodach, produkując modele będące hybrydą potrzeb obu płci. Na drodze wszyscy jesteśmy równi, różnią się jedynie cele, do których zmierzamy. Według tej filozofii powstała nowa Honda Jazz - samochód nieograniczonych możliwości, spełniający oczekiwania wszystkich kierowców, niezależnie od stylu życia.

Reklama

Statystyka prawdę ci powie


Ponieważ o rzeczywistości nic nie powie nam tyle, ile powiedzieć nam mogą statystyki, to właśnie im należy w pierwszej kolejności oddać głos. Z liczbami i wskaźnikami nie sposób polemizować: tym różnią się od nas, ludzi, że nie mają prywatnych interesów, a świat prezentują w sposób nieuprzedzony i obiektywny. Jaki obraz wyłania się z danych dotyczących zdarzeń drogowych, do których dochodzi na polskich drogach? I która płeć ponosi za nie najczęściej winę?

Statystyki dotyczące ubiegłego roku są w tym kontekście bezwzględne i nie pozostawiają wątpliwości: sprawcami większości wypadków i kolizji są w naszym kraju mężczyźni. Podczas gdy w 2019 r. Polacy spowodowali 19 313 wypadków i 259 tys. kolizji, Polki odpowiadały raptem za 6060 wypadków i 85 tys. kolizji. Już choćby na podstawie tych kilku liczb można by z przekonaniem powiedzieć, że kobiety jeżdżą dalece ostrożniej od mężczyzn.

Wszystkiemu winni mężczyźni?


Owszem, na kształt przytoczonych statystyk wpływać może fakt, że mężczyźni stanowią nadal zdecydowanie najliczniejszą grupę kierowców nad Wisłą - w ubiegłym roku aż 13,4 mln Polaków było w posiadaniu prawa jazdy. Z drugiej jednak strony, kobiety już od kilku lat gonią ich w rankingach. W ubiegłym roku aż 9,4 mln Polek było uprawnionych do prowadzenia pojazdu mechanicznego (jeszcze w 2001 r. było to zaledwie ok. 900 tys.!). Ale czy sama różnica w liczbach rzeczywiście tłumaczy, dlaczego mężczyźni ponad trzy razy częściej niż kobiety stają się sprawcami wypadków i kolizji drogowych? Raczej nie.

Nie sposób oczywiście wykluczyć, że mężczyźni częściej niż kobiety siadają za kółkiem, że pokonują dłuższe trasy, że spędzają za kierownicą więcej czasu itd., itp. Do informacji, które mogłyby tę tezę potwierdzić lub obalić trudno jednak dostrzec, nie ujawniają ich ani Ministerstwo Infrastruktury, ani Instytut Transportu Drogowego. Tak długo, jak brakuje doniesień na temat związku istniejącego między ilością popełnianych wypadków i kolizji, a - na przykład - czasem spędzanym za kierownicą, trudno zatem stawiać jakiekolwiek przekonujące diagnozy.

Nie chodzi tu przecież o snucie czczych spekulacji. Szczególnie, że niemal każdą próbę usprawiedliwiania mężczyzn można by natychmiast skontrować za pomocą wyników badań przeprowadzanych przez psychologów, którzy już od lat zwracają uwagę, że w testach pamięci, spostrzegawczości czy znajomości przepisów kodeksu drogowego kobiety spisują się zdecydowanie lepiej niż przekonani o swej nieomylności mężczyźni.

Wojna drogowa


W szlagierze sprzed lat Hanna Banaszak śpiewała, że "wojna domowa od wielu wieków trwa". Wydaje się, że podobna "wojna na gesty, wojna na słowa" trwa też (może nie od wieków, ale na pewno od dekad) na ulicach polskich miast. Ten konflikt, nie domowy, lecz drogowy, angażuje kobiety i mężczyzn, buntując ich przeciwko sobie i popychając do formułowania wzajemnych oskarżeń, obfitujących nierzadko w niewybredne gesty i nieparlamentarne słowa (przypomnijmy sobie choćby ironiczny portret damsko-męskich relacji z filmu "Baby są jakieś inne" Marka Koterskiego). Stawką tego sporu pozostaje nieodmiennie poczucie wyższości, płynące - między innymi - z przekonania o własnej wyjątkowości i słuszności własnych racji. Ale czy podobne spory, toczone z uporem godnym lepszej sprawy za kierownicą, są tak naprawdę komukolwiek potrzebne? Wydaje się, że nie.

Spór o to, kto prowadzi lepiej - kobiety czy mężczyźni - nie jest bowiem, jak podkreślają psycholodzy, sporem konstruktywnym, wiodącym do rozpoznania własnych słabości. Nie prowadzi do poprawy statystyk, nie podnosi niczyjego bezpieczeństwa na drogach i raczej z rzadka skłania kogokolwiek do refleksji. Treścią tego konfliktu, który jedynie antagonizuje i tak już stereotypowo zwaśnione ze sobą strony, jest odreagowanie niepowodzeń, napięć i lęków. Przenosząc swoje frustracje na innych, można się od nich łatwo i szybko uwolnić. Poczucie ulgi jest tu jednak krótkotrwałe i pozorne, bo samo rzucanie jadowitych oskarżeń trudno uznać za gest o działaniu terapeutycznym. I to nawet wtedy, jeśli włożyć w nie sporo "serca" i energii.

Dialog zamiast wojny


Wydaje się, że zamiast toczyć bezprzedmiotowe spory, które nikomu nie są w stanie przynieść pożytku, lepiej po prostu podjąć próbę zrozumienia drugiej strony konfliktu. Dialog zawsze okazuje się przecież skuteczniejszy niż otwarta wojna - choćby dlatego, że może pozwolić na uspokojenie nastrojów i wygaszenie negatywnych emocji. To bardzo potrzebne, bo - jak podkreślają badacze ze Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej w Warszawie - temperatura tych ostatnich jest już naprawdę wysoka. Może tego dowodzić na przykład fakt, że kobiety za kierownicą coraz częściej tracą kontrolę nad sobą i swoimi emocjami, posuwając się nie tylko to krzyku i przekleństw, ale także do ciężkich gróźb. Dalsze nakręcanie spirali agresji do niczego dobrego raczej nie doprowadzi.

Należy wobec tego postawić pytanie o to, jak można i należy sobie radzić z drogową wojną płci, która w polskim krajobrazie obecna jest już od lat. Po pierwsze powinniśmy zrozumieć, że prawo do popełniania błędów mamy nie tylko my, ale także inni kierowcy. Choć brzmi to jak zgrany frazes, to trzeba pamiętać, że "gorszy dzień" może się zdarzyć każdemu z nas. Ale to jeszcze nie wszystko. Użytkownicy dróg - niezależnie od płci czy wykorzystywanego na co dzień środka lokomocji - powinni pamiętać, że ulica nie jest miejscem sprzyjającym odreagowywaniu frustracji czy sprzyjającym podbudowywaniu poczucia własnej wartości. Nadmiar złych emocji najlepiej rozładować w innych warunkach i okolicznościach - "wypacając" je podczas treningu czy przepracowując w trakcie rozmowy z terapeutą lub psychologiem. Dla agresywnych zachowań nie ma po prostu miejsca na drodze. Bez różnicy, czy nosimy spodnie, czy spódnicę.

Artykuł powstał we współpracy z Hondą.

materiały promocyjne

Reklama