Reklama

Reklama

On nie jest dla mnie...

Byłam taka szczęśliwa, kiedy Emilka, moja córka, zaczęła spotykać się z Piotrkiem. Widziałam, jak rozkwita, pięknieje, jak staje się radosna i pewna siebie.

Wracałam z targu, jak zwykle obładowana zakupami. Okna naszego mieszkania na parterze były otwarte, nie musiałam więc sięgać do dzwonka domofonu.

- Emilka, otwórz mi! - krzyknęłam do mojej córki. A ona niemal w tym samym momencie wychyliła się z okna swojego pokoju. Nie zauważyła mnie jednak, patrzyła w stronę bramy wejściowej, przy której stał jakiś chłopak. Podchodząc bliżej, rzuciłam na niego okiem. Przystojny, o śniadej cerze i wielkich, ciemnych oczach. Widząc, że chcę wejść do klatki, uśmiechnął się.

- Otwarte - przytrzymał mi drzwi. W domu zastałam córkę biegającą od lustra do szafy i z powrotem. Przymierzała ciuchy, jednocześnie prostując włosy i robiąc makijaż.

Reklama

- A co ty tak szalejesz? - zapytałam.

- Nie przeszkadzaj, mamo, śpieszę się - rzuciła niecierpliwie. - Piotrek przyszedł godzinę wcześniej - popatrzyła na mnie roziskrzonymi oczami. - Widziałaś go? Czeka przed bramą.

A więc to był ten Piotrek, chłopak, którego poznała przed tygodniem w pracy. Tyle mi o nim opowiadała.... Oboje byli jeszcze uczniami, ale w wakacje mogli sobie dorobić w firmie zatrudniającej uczącą się młodzież. - Wiesz mamo, Piotrek poprosił mnie, żebym została jego dziewczyną - zwierzyła mi się któregoś dnia, cała rozpłomieniona. Z przyjemnością patrzyłam, jak Emil- ka zmieniła się, odkąd zaczęła spotykać się z tym chłopcem. To nie była ta sama dziewczyna... Jakby wyładniała, wciąż się uśmiechała, nie chodziła, ale jakby fruwała. I co najważniejsze, nabrała pewności siebie, której zawsze jej brakowało. I trudno się było dziwić. To była pierwsza jej miłość, szczera, bezkrytyczna, najpiękniejsza... A Piotrek był nie tylko przystojnym, uroczym chłopcem, ale także inteligentnym młodym człowiekiem. Nietrudno mu było oczarować taką dziewczynę jak Emilka - skromną i wrażliwą. Ja także polubiłam go bardzo i traktowałam niemal jak własne dziecko. Tym bardziej, że jak się dowiedziałam od córki, matka go opuściła, gdy miał pięć lat. Wychowywała go macocha, która miała już dwoje własnych dzieci. Któregoś sobotniego wieczoru wybierali się do najbardziej popularnego w mieście klubu. Emilka bardzo to przeżywała - tak naprawdę to było jej pierwsze wyjście do prawdziwej dyskoteki.

- Bawcie się dobrze - powiedziałam, gdy wychodzili. - Mam nadzieję, że moja córka będzie przy tobie bezpieczna - zwróciłam się do Piotrka.

- Proszę się nie obawiać, rano ją przywiozę, całą i zdrową - odparł z powagą.

- No i jak, dobrze się bawiliście? - spytałam nazajutrz Emilkę.

- Dobrze - odparła, ale jakoś tak bez entuzjazmu. Zamilkła na moment, a ja nie ponaglałam jej, czekałam cierpliwie, aż powie coś więcej. - Tylko wiesz, Piotrka zaraz obległy dziewczyny, witały się z nim, obejmowały go za szyję. całowały... On z nimi rozmawiał, śmiał się... Tak, jakby nie przyszedł tam ze mną.

- No, ty się nie dziw, córeczko. To jest taki chłopak, wokół którego zawsze będą się jakieś dziewczyny kręcić... No, a jeżeli on bywał w tej dyskotece często, to ma na pewno wiele znajomych...

- No tak, ale nie musiały go tak od razu obcałowywać... Wiesz, jak głupio się czułam? - żaliła się.

- Przesadzasz... Bo jakby nie było, to ty jesteś jego dziewczyną.

- Niby tak, ale czasem to wydaje mi się, że on nie jest dla mnie - Emilka popatrzyła na mnie smutnym wzrokiem. - On mógłby mieć każdą dziewczynę, a ja... Taki kopciuszek przy nim jestem...

- Cóż ty wygadujesz za bzdury, dziewczyno - zdenerwowałam się. - Jaki kopciuszek... Nie możesz tak o sobie myśleć, jesteś ładna, inteligentna...

- To nie o to chodzi, mamo - córka zmarszczyła brwi, jakby się nad czymś zastanawiała. - Ja chciałabym mieć prawdziwego przyjaciela, z którym mogłabym o wszystkim rozmawiać, o swoich kłopotach, żeby jakoś mnie wspierał, a nie tylko takiego chłopaka na pokaz, żeby inne dziewczyny mi zazdrościły...

- Mnie się wydaje, że Piotrek jest dla ciebie takim właśnie przyjacielem... On tak bardzo jest za tobą i przecież spędzacie ze sobą tyle czasu.

- Ale on mówi wyłącznie o sobie, ja go zupełnie nie obchodzę. I w ogóle jest jakiś dziwny, albo gada jak nakręcony, albo milczy, słowa nie można z niego wydobyć... Tak sobie myślałam, w tej dyskotece, gdy te dziewczyny tak go obłapiały... Że powinnam z nim zerwać, właśnie teraz, kiedy jeszcze mam na to siłę... On chyba naprawdę nie jest dla mnie.

- Nie masz racji, dziecko - trochę się przestraszyłam, że podejmie niewłaściwą decyzję i znowu będzie taka samotna, że zniknie cała jej radość. - Dlaczego jesteś taka surowa dla siebie? Dlaczego nie chcesz pozwolić sobie na to uczucie? Przecież widzę, jaka jesteś szczęśliwa przy Piotrze... On jest naprawdę w porządku.

Nie chciałam, żeby się z nim rozstawała. I chociaż miała coraz więcej wątpliwości, coraz częściej wracała do domu smutna i jakby zniechęcona czy zawiedziona, ja wciąż utwierdzałam ją w przekonaniu, że nie powinna z nim zrywać. Choć wiedziałam, że kiedyś przyszedł na spotkanie pod wpływem alkoholu, a zdarzało się też, że w ogóle się nie pojawiał - nawet przez kilka dni, chociaż byli umówieni. Nie odpisywał też na jej SMS-y.

- Może nie ma doładowanej komórki - tłumaczyłam go. - I nie ma pieniędzy, żeby kupić kartę.

- To by przyjechał, dał znać w jakiś sposób. A poza tym, on zawsze ma dużo kasy - odpowiedziała ze smutkiem. Tamtej soboty też się nie zjawił, choć byli umówieni. Siedziała skulona na swoim tapczanie, z głową w kolanach.

- Słuchaj Emilka, zadzwoń do niego. Powiedz mu wprost że czekasz, zapytaj, co się stało, że nie daje znaku życia - poradziłam jej.

- Nie będę mu się narzucać - odparła, nie podnosząc głowy.

- Przecież jesteście parą i masz prawo wiedzieć, co się dzieje - nie ustępowałam. Spojrzała na mnie i sięgnęła po komórkę. Poszłam do siebie, nie chciałam jej krępować.

- Mamo, pojadę do niego - po dłuższej chwili Emilka stanęła w progu mojego pokoju. - Cała rodzina wyjechała na weekend, a Piotrek został z psem, no i musi pilnować mieszkania. Powiedział, że odwiezie mnie ostatnim tramwajem - znowu uśmiech pojawił się na jej twarzy, oczy rozbłysły. Odetchnęłam z ulgą. Emilka pojechała, a ja włączyłam telewizor i, nie wiem kiedy, usnęłam. Przebudził mnie głośny dźwięk, dochodzący z telewizora. Jeszcze nie bardzo przytomna, zerknęłam na zegar, stojący na komodzie. Wskazywał grubo po północy, Emilka od dawna powinna być w domu. Wyjęłam z torebki swoją komórkę, wystukałam numer córki.

- Emilka, co się dzieje, gdzie ty jesteś, przecież już bardzo późno...

- Dobry wieczór, to ja Piotrek - ku swojemu zdumieniu usłyszałam głos chłopaka. - Mam do pani prośbę - mówił szybko, jakimś takim dziwnym, jakby nieswoim głosem.

- Czy Emilka mogłaby zostać u mnie na noc? W pierwszej chwili zaniemówiłam. Zaskoczył mnie nie tylko tym, co mówił, ale przede wszystkim tym, że to on ze mną rozmawiał, nie moja córka.

- Gdzie jest Emilka? - spytałam podniesionym głosem.

- Jest w toalecie. Bardzo proszę, żeby ona mogła u mnie zostać...

- Obiecałeś przecież, że odwieziesz ją ostatnim tramwajem.

- No tak, ale on nam uciekł, a taksówką to byłoby bardzo drogo - byłam tak zdenerwowana, że nie zwróciłam uwagi na to, że chłopak mówił jak nakręcony. Jego słowa zlewały się, ledwie mogłam je zrozumieć.

- Emilka będzie spała w pokoju mojej siostry, proszę być spokojną...

- Posłuchaj mnie, Piotrek, chcę natychmiast rozmawiać z moją córką - tylko tyle zdążyłam powiedzieć, bo połączenie zostało przerwane. Ponownie wybrałam numer córki. Ale okazało się, że jej telefon był już wyłączony, podobnie zresztą, jak aparat Piotrka. Krążyłam nerwowo po mieszkaniu, biłam się z myślami... Coś nie dawało mi spokoju. Matczyne przeczucie mówiło mi, że coś może grozić mojej córce. Nie mogłam bezczynnie czekać. Wezwałam taksówkę. Na szczęście znałam adres Piotrka. Pół godziny później byłam już na miejscu, przed wielopiętrowym wieżowcem. Przy bramie nie było domofonu, wbiegłam na piętro i mocno nacisnęłam dzwonek. Stałam tak przez dłuższą chwilę, potem nacisnęłam go ponownie i jeszcze raz... Odpowiedziała mi głucha cisza, więc zaczęłam łomotać w drzwi pięściami. Nikt nie otwierał, za to z sąsiedniego mieszkania wychylił się starszy mężczyzna.

- Nie wiem, czy pani kto otworzy, tam dzisiaj niezła balanga była - powiedział. - Rodzice z dzieciakami wyjechali, to młody naspraszał sobie kumpli, całe zgrzewki piwa wnosili, sam widziałem. A muzyka to tak głośno szła, że już policję miałem wezwać... - westchnął. - Ale tylko biedy bym sobie napytał, bo ojciec młodego adwokatem jest, a z takim to nikt nie wygra - machnął ręką i zamknął drzwi. Naciskałam dzwonek raz po raz. I nagle drzwi otworzyły się, stanął w nich Piotrek. W pierwszej chwili nie mogłam uwierzyć, że to on. Półnagi, tylko w bokserkach, ledwie stał na nogach. Żeby nie upaść, musiał się przytrzymać futryny. Patrzył na mnie błędnym wzrokiem, jego oczy o źrenicach jak główki szpilek błądziły gdzieś ponad moją głową.

- Czego? - burknął. Byłam pewna, że mnie nie poznał, nie wiedział kim jestem.

- Gdzie jest Emilka, gdzie jest moja córka? - odepchnęłam go i wbiegłam do mieszkania.

- Tam... - wolno uniósł rękę i wskazał najbliższy pokój. Na łóżku dostrzegłam jakąś postać, skuloną pod kołdrą. Odsunęłam jej brzeg i zobaczyłam twarz Emilki - bladą, niemal przeźroczystą, pod nosem miała kropelki potu i tak dziwnie oddychała.

- Emilka, obudź się dziecko! - potrząsałam ją za ramię. - Coś ty jej dał?! Co?! - krzyknęłam w stronę Piotrka.

- Nic jej nie będzie, zaraz się obudzi - wymamrotał. - Dałem jej coś na poprawienie humoru, była taka zdołowana... Ale nie jest przyzwyczajona, od razu zasnęła

- Dałeś jej narkotyki! - nie mogłam uwierzyć, w to, co usłyszałam. - Jak mogłeś?! Ja ci tak ufałam... Dzwonię na policję! - powiedziałam zdenerwowana.

- Nie, mamo, nie rób tego - usłyszałam nagle szept Emilki. - Piotrek miał już dwie spawy o narkotyki... Teraz to by go zamknęli...

- Ale przecież mogłaś umrzeć...

- Proszę cię, mamo - w jej oczach dostrzegłam błaganie. - Nie dzwoń na policję... Jedźmy już do domu.

Nazajutrz, późnym popołudniem, nieoczekiwanie odwiedził nas ojciec Piotrka.

- Ja chciałem panią przeprosić za to, co zrobił mój syn. I prosić, żeby pani nie zgłaszała tego na policji. Ja ostatnio ledwie go wybroniłem, teraz już by mi się to nie udało, poszedłby siedzieć...

- Ale on skrzywdził moją córkę, czy pan tego nie rozumie? Przecież ona mogła umrzeć...

- Wie pani, z synem od lat mamy kłopoty, wciągnął się w takie towarzystwo, że... - machnął ręką z rezygnacją. - Musiał kilkakrotnie zmieniać szkołę, dilował wśród kolegów... Robię co mogę, ale...

Nie zawiadomiłam policji. Mimo wszystko, Piotrek był jeszcze nieletni, a ja nie chciałam krzywdzić cudzego dziecka. Wystarczyło, że skrzywdziłam własne, bo to, co się wydarzyło, to była moja wina. To ja namawiałam Emilię, aby nie zrywała z tym chłopakiem, ja utwierdzałam ją w przekonaniu, że on jest wart jej uczucia. Jak mogłam być tak zaślepiona? I to tylko dlatego, że Piotrek mnie oczarował swoją urodą i zachowaniem. To moja córka miała więcej zdrowego rozsądku, nie ja. Bogu dziękuję, że to się tylko tak skończyło.

Zofia K., 45 lat

Z życia wzięte

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje