Reklama

Reklama

Druga część bestsellerowej serii „Baletnice”

Chyba każda z nas chce być idealna. Tak jak Constance, która nawet kok ma zawsze perfekcyjnie upięty. Podczas ważnego występu w Operze Garniera młoda baletnica niespodziewanie upada, i to już na samym początku tańca. Co za katastrofa! Tak bardzo bała się popełnić błąd, że strach ją pokonał.

Czy to przekreśli jej największe marzenie, by zostać sławną baletnicą? Czy miłość do tańca i przyjaźń wystarczą, by mogła się podnieść po tym upadku? Drugi tom bestsellerowej francuskiej serii "Baletnice" o kulisach nauki baletu w elitarnej szkole przy Operze Paryskiej. Serię pokochały dziesiątki tysięcy dziewczynek.

Ta książka pokaże twojemu dziecku, że wrażliwość i pasja są siłą, która może wiele przezwyciężyć w walce o spełnienie marzeń - pełnej uniesień i porażek. Wyjątkowe historie o dziewczynkach z prestiżowej szkoły tańca w Paryżu, które muszą codziennie mierzyć się z rywalizacją, zazdrością i swoimi słabościami, by udowodnić, jak kochają balet.

We Francji nieprzerwanie od 2016 roku ukazało się już 17 tomów! Sprzedano ponad 300 000 egzemplarzy!

Reklama

"Cieszę się, że książka wreszcie została przetłumaczona na język polski. Autorka z dużą precyzją opisuje szkołę, plan zajęć, internat... a nawet plastikowe poszetki na telefony przy wejściu do klas! Choć nie zawsze było tak różowo, cieszę się, że książka choć trochę przybliży tryb życia uczniów szkoły przy Operze Paryskiej. Taneczny strzał w dziesiątkę!" Emilia Sambor, jedyna Polka, która ukończyła szkołę baletową przy Operze Paryskiej.

            

Taniec to mój język  

Baletnice z zaskakującą dokładnością pokazują, jak wygląda życie w tej szkole i w internacie. To wielka przyjemność wrócić do miejsca, które mnie ukształtowało. Z Emilią Sambor, pierwszą Polką, która ukończyła prestiżową szkołę baletową przy Operze Paryskiej, rozmawia Karina Caban-Rusinek:

Czy Baletnice pokazują rzeczywisty świat szkoły baletowej przy Operze Paryskiej?  

Emilia Sambor: Odpowiedź jest prosta: tak! Czytając pierwszą część serii książek "Baletnice", poczułam się znów jak 12-letnia dziewczynka. Zobaczyłam siebie kilka lat temu, przemierzającą długie korytarze szkoły w nieskazitelnym koczku, malutkich baletkach i z dużo za dużym tornistrem. Powróciły wspomnienia... W trakcie lektury zadziwiła mnie dokładność, z jaką autorka opisuje architekturę, strukturę szkoły, zwyczajne życie uczniów.  

- Opiekunowie, długie kręcone schody, lekcje muzyki, poszetki na telefony przy wejściu do klasy... Zresztą bohaterka książki, Maya, na początku myśli, że trzeba tam wkładać buty. Szczerze mówiąc, za pierwszym razem pomyślałam to samo!   Opis życia w internacie jest także bardzo bliski rzeczywistości. Każdy pokój jest tam podzielony na trzy boksy, w których mieszkają trzy współlokatorki. Pokoje chłopców znajdują się na innym piętrze. Książka jest napisana prostym i przystępnym językiem, a z drugiej strony z zaskakującą dokładnością przedstawia organizację tego niezwykłego i jakże specyficznego miejsca...   

Jak sama Pani mówi - wróciły wspomnienia?  

- Była to dla mnie wielka przyjemność przez strony tej książki wrócić do miejsca, które mnie ukształtowało, w którym przeżyłam najszczęśliwsze, lecz także najtrudniejsze momenty swojego dzieciństwa. Wyjazd z kraju oraz pozostawienie ojczyzny i rodziny w tak młodym wieku były zarówno dla mnie, jak i dla moich rodziców i bliskich bardzo trudne. Gdybym wówczas miała dostęp do takiej książki "przygotowującej", byłoby nam o wiele łatwiej. Uważam, iż każda początkująca tancerka przygotowująca się do audycji lub chcąca zamienić swoją pasję w zawód powinna przeczytać historię bohaterek "Baletnic".   

Jak wygląda typowy dzień w szkole? 

- Jak już zaznaczyłam, autorka książki przedstawia go z wielką dokładnością. O 7.00 rano uczniowie są budzeni przez opiekunów, a o 7.15 wszyscy schodzą na śniadanie. Następnie przechodzimy do "ogólnokształcącej" części budynku, gdzie o 8.00 zaczynają się lekcje. Trwają one do południa. Nie ma przerw, dzwonka i to nauczyciele przechodzą z klasy do klasy, nie uczniowie. O 12.00 kończymy lekcje i zaczynamy długą przerwę, trwającą aż do 13.30 (w "normalnych" szkołach dzieci wtedy wracają do domu na obiad). W szkole tańca przy Operze Paryskiej musimy w tym czasie zjeść obiad, uczesać się, przebrać i rozgrzać przed zajęciami zawodowymi. Taniec klasyczny to podstawa. Poprawna rozgrzewka i ustawienie ciała są bardzo ważną częścią naszej codziennej pracy. Tak więc wszystkie klasy (tak zwane dywizje) zaczynają od 1,5 godziny zajęć z klasyki. Następnie przychodzi czas na inne zajęcia przygotowujące do zawodu: lekcje teatru, ekspresji muzycznej, solfeżu, czyli czytania nut głosem, folkloru współczesnego, historii tańca, anatomii, pas de deux, repertuaru... Zajęcia kończą się o 18.30, a o 19.00 wszyscy punktualnie schodzimy do stołówki na kolację. Po długim dniu zajęć możemy wreszcie wrócić do internatu, który znajduje się w tym samym budynku, zadzwonić do rodziców, odrobić lekcje, przygotować się do snu... Na wszystko jest dosyć mało czasu, o 22.00 przychodzi pora gaszenia świateł. Wtedy opiekunowie sprawdzają, czy światła w każdym pokoju zostały zgaszone i czy uczniowie leżą grzecznie w łóżkach.         

Czym dla pani jest taniec, balet?  

- Taniec był, jest i będzie bardzo ważnym elementem w moim życiu. Na początku był on zwykłym zajęciem pozaszkolnym. Następnie zamienił się w hobby i pasję. Dzisiaj jest to mój zawód. Trudno to wytłumaczyć, ale nie wyobrażam sobie życia bez tańca. Z drugiej strony... Nie jest to całe moje życie. Taniec to dla mnie coś w rodzaju trampoliny. Trampoliny, dzięki której zwiedziłam i zwiedzam świat, poznaję życie, ludzi, kultury. Pojawił się w moim życiu, gdy miałam 4 lata, zmienił je na zawsze. Dzisiaj mogę powiedzieć, że jest to mój język, środek komunikacji. Czasami łatwiej jest coś zatańczyć, niż ubrać to w słowa. Ten uniwersalny język daje mi poczucie wolności, pewności siebie, choć jednocześnie wymaga pokory. Powoli dochodzę do momentu, gdy mogę zacząć bawić się tańcem (nie jest to wskazane na początku nauki, tak jak nie da się pisać wierszy, nie znając alfabetu). W moich pierwszych kreacjach i choreografiach wykorzystuję właśnie ten uniwersalny język, aby pokazywać świat z innej perspektywy, dzielić się doświadczeniami i głębokimi emocjami z widownią.   

Czy podczas nauki w szkole miała pani chwile załamania, myśli, że się pani do tego nie nadaje, podobnie jak Constance, bohaterka książki? 

- Odpowiedzi na te pytania nie są proste. W trakcie szybkich - z reguły - wywiadów często zatrzymujemy się na błahostkach, detalach, z które ucieszą widzów czy czytelników. Ale, krótko mówiąc: tak, miałam chwile załamania, i to nawet bardzo często. Zdarzały się miesiące, gdy co wieczór płakałam pod kołdrą. Był to najcięższy okres w moim życiu, o wiele trudniejszy niż moje teraźniejsze samodzielne, dorosłe życie, niż praca czy nawet aktualne studia. Szkoła nie jest miejscem wiecznej katorgi, jak często pokazuje się w słabych filmach o balecie. Jest to miejsce, gdzie codziennie toczysz psychiczną bitwę z najtrudniejszym przeciwnikiem, samym sobą. Nieraz chciałam wszystko rzucić i wrócić do domu, do normalnego świata i zwykłego życia. Lecz nie poddałam się, mimo że czułam się samotna (tak, jak to zostało opisane w książce  - co roku w szkole jest selekcja uczniów, co utrudnia zawieranie głębszych przyjaźni).    

Kto pani pomagał w takich chwilach?  

- W praktyce nigdy nie byłam sama. Nigdy nie zapomnę jednej z wieczornych rozmów z rodzicami, gdy nie miałam siły już na nic, mogłam tylko płakać do telefonu. Byłam załamana i rozczarowana sama sobą - nie miałam wysokiego poczucia własnej wartości. Trzy dni później moja mama stanęła w drzwiach szkoły w Paryżu. Gdy tamtego wieczoru tata usłyszał mój głos, wiedział, że musi kupić bilet samolotowy. Tanie linie lotnicze, bez bagażu ani posiłku. Pamiętam, że mama zwolniła mnie tego dnia z lekcji ogólnokształcących i poszłyśmy do przytulnej boulangerie na coś słodkiego. Dała mi dużo siły. Potrzebowałam jej. Moi rodzice nie mają skrzydeł, a bilety lotnicze nie spadają z nieba. Latami zaciskali pasa, abym mogła skończyć tę szkołę. Nie mogłam się poddać, nie po tym, co dla mnie zrobili. Po latach rozmów telefonicznych - opuściłam dom rodzinny w wieku 9 lat, najpierw do 12 roku życia mieszkałam z bratem Dominikiem w Łodzi, a następnie, sama, już w Paryżu - nauczyli się słyszeć w moim głosie to, czego nie mogli zobaczyć na żywo: smutek, radość, ekscytację, rozczarowanie. Dziecko często nie mówi, co jest nie tak. Rodzic jednak to czuje, a moi rodzice czują to, choć dzielą nas tysiące kilometrów.    

- Do dzisiaj mój tata wyczuwa, bez słów, kiedy potrzebuję ich wsparcia i obecności. Wtedy przylatują. Mówię dużo o rodzicach, ale to dotyczy całej mojej rodziny. Moi dwaj bracia i starsza siostra nie byli mniej zaangażowani. Mam szczęście mieć tak dużą i wspierającą rodzinę. Nawet gdy dzielą nas tysiące kilometrów, brak internetu lub gdy nie mamy możliwości stałego kontaktu (w szkole był całkowity zakaz używania telefonu, a w obrębie internatu czas rozmów był limitowany), wiem, że mogę liczyć na ich pomoc. Nie da się opisać, jak wdzięczna im jestem. To, gdzie dzisiaj dotarłam, gdzie pracuję i tańczę, to nie mój sukces. To nasz wspólny sukces.               

INTERIA.PL/materiały prasowe

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: książka

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje