Reklama

Reklama

"Szramy. Jak psychosystem niszczy nasze dzieci"

"Szramy. Jak psychosystem niszczy nasze dzieci" to książka która wstrząśnie Polską. Witold Bereś i Janusz Schwertner dotknęli tematów, o których większość nie chce słyszeć: depresje, samobójstwa dzieci, choroby psychiczne i brak wsparcia, jakiego powinni doświadczyć bohaterowie. Oto fragment lektury.

Opowieść Zuzanny

- Mam siedemnaście lat i pod koniec 2019 roku trafiłam na oddział psychiatryczny dla młodzieży w Józefowie. Poznałam wielu ludzi i jeszcze więcej historii. Sama też trochę przeżyłam. Było tak. Był wtorek, 10 grudnia 2019. Do naszego mieszkania przyjeżdża policja na sygnale, za nią karetka. Wzywają rodziców. Matka nie odebrała telefonu, przyjechał ojciec, do którego później zadzwoniła wreszcie matka. Rozmawiał z nią na głośnomówiącym. Proszę sobie wyobrazić: mieszkanie trzydzieści metrów kwadratowych, ja na wersalce, obok mnie jeden policjant, nade mną stoi drugi, a dwóch ratowników mnie bada, całą roztrzęsioną. Potwierdzona próba samobójcza. Słychać głos matki z telefonu: "Czy ona oszalała?".

Reklama

Potem zawożą mnie na izbę przyjęć w Józefowie na konsultację z psychiatrą. Stwierdzone zagrożenie życia, zakaz powrotu do domu po rzeczy, skierowanie na oddział na minimum dwa tygodnie. Standardowe oddawanie rzeczy w dyżurce, poznanie regulaminu, oprowadzenie po oddziale A - ostrym (tam się trafia po przyjęciu, ewentualnie mogą cię tam cofnąć z odcinka B - terapeutycznego - za stwarzanie zagrożenia dla siebie lub innych). Na oddziale A zobaczyłam wiele, od prób samookaleczania - dosłownie wszystkim - przez podduszanie i celowe wywoływanie utraty przytomności, na rzucaniu krzesłami kończąc. Bodajże w czwartek rano miałam pobieraną krew, potem poprosili mnie o oddanie moczu. Poszłam więc do łazienki, gdzie zemdlałam, uderzyłam się w głowę i kolano i rozcięłam sobie skórę na kostce. Po ocknięciu się i powrocie do dyżurki zobaczyłam, że bardziej się przejęli nieoddanym moczem niż mną.

Tego samego dnia poznałam moją doktor psychiatrę prowadzącą. Strasznie nie lubię używać wulgaryzmów, ale tak, ona była po prostu suką. Chodziłam do paru lekarzy i terapeutów wcześniej, jednak nigdy nie spotkałam się z takim lekceważeniem pracy. Ale przynajmniej dość szybko przeniosła mnie na odcinek B.

Odcinek B, cóż. Spędziłam tam dziewiętnaście dni. Różne zajęcia, różni wychowawcy, lekarze i różni pacjenci. Wśród pacjentów był taki jeden, Marek... Odkąd pojawiłam się na oddziale, chodził za mną, groził mi poderżnięciem gardła, obcięciem palców i tak dalej. Rozmowy z personelem nic nie dały, dopiero gdy zebrałam świadków, poszłam do jego lekarki, która skierowała go na trzy dni na A. Po powrocie nadal był straszny i za mną chodził, ale tym razem nie mówił o mojej śmierci - tyle dobrego.

26 grudnia to charakterystyczny dzień w Józefowie. Pacjentom, którzy dostali przepustki na święta, kończy się czas i muszą wracać na oddział. To idealna okazja, by coś wnieść, wiadomo też, że jeśli wie się, jak to zrobić, to mimo rutynowych, starannych przeszukań nic nie znajdą. Nie stanowi to problemu, o ile ludzie zachowują rzeczy dla siebie - my z dziewczynami miałyśmy tabakę, pilniczki do paznokci, nożyczki, bynajmniej nie do samookaleczania się, ale do dbania o wygląd (no, oprócz tabaki). Niestety nie wszyscy tacy byli.

27 grudnia wyszło na jaw, że jedna z pacjentek wniosła na oddział żyletkę. Gdy usłyszała, że nie będzie konsekwencji, oddała ją i faktycznie - została na oddziale. Natomiast parę godzin później jej współlokatorka doniosła, że jest ich jeszcze dziewięć. Proszę mi wierzyć lub nie, ale do samobójstwa najczęściej (przynajmniej wśród osób, które znam) popycha sytuacja w domu lub w szkole. Więc szpital daje czas odpocząć. Nie można jednak leżeć spokojnie, gdy jedyne, co masz w głowie, to że twoja koleżanka nie wraca już długo z łazienki i zaczynasz się bać, że nie żyje. Od razu rozpoczęły się rozmowy, poszukiwania żyletek, a dziewczynę, która je wniosła, przerzucono na A. Ja i moja współlokatorka wiedziałyśmy, który z pacjentów ma żyletki, a który z nich boi się je oddać na dyżurce. Nic dziwnego, że ci pacjenci, którzy je mieli i nie chcieli ich oddać, nie czuli do nas sympatii.

Noc z 27 na 28 grudnia to jedna z tych nocy, kiedy wręcz bałam się o swoje życie - wtedy parę żyletek było jeszcze w obiegu. 28 grudnia. Łącznie oddano dziewięć i pół żyletki. Pół? Tak. Jeden chłopak drugie pół połknął, dopiero po dwóch godzinach zabrali go na SOR. Co z nim było potem - nie wiem. Podobno po wszystkim wrócił na A, ale już więcej go nie widziałam.

30 grudnia. Mój ostatni dzień w szpitalu. Tak przynajmniej myślałam. Moja pani lekarz powiedziała wcześniej, że tego dnia wyjdę, ale podczas rozmowy ze mną stwierdziła, że jednak cofa mój wypis, bo nie uważa, abym była gotowa do wyjścia. Więc wyszłam na własne żądanie. Moja sprawa została skierowana do sądu rodzinnego, muszę chodzić na różne terapie i do psychiatry. To jest zrozumiałe, fakt. Niezrozumiałe natomiast jest to, że dziś, 3 lutego 2020 roku, gdy ruszyły zapisy do psychiatry, gdzie teraz mam uczęszczać, najbliższy wolny termin jest w czerwcu. Cała sytuacja jest dużo bardziej zagmatwana - matka zdążyła mnie wyrzucić z domu, a potem mi powiedziała, że jeśli wyjdę, to zadzwoni na policję i zawiezie mnie z powrotem do szpitala. A to tylko jeden przykładowy dzień, odkąd 30 grudnia wyszłam ze szpitala. Reszta nie wyglądała dużo lepiej.


***

Hania ma 17 miesięcy i SMA1 - rdzeniowy zanik mięśni. Innowacyjna terapia genowa kosztuje ponad 9 milionów złotych. Środki potrzebne są jak najszybciej, bo warunkiem przystąpienia do leczenia jest rozpoczęcie go przed ukończeniem drugiego roku życia. Niestety, w prowadzonej od sześciu miesięcy zbiórce, nadal brakuje ponad czterech milionów złotych.

JEŚLI MOŻESZ, WESPRZYJ ZBIÓRKĘ: www.siepomaga.pl/haneczka

Przeczytaj historię Hani: Bez terapii genowej Hania nie ma szans. Pomóż dokończyć zbiórkę  

Fragment książki

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje