Reklama

Reklama

Na własny rachunek

Nie dajcie się nabrać. Pozornie oschła i wyniosła Monika Brodka to wciąż radosna 21-latka. Sama przyznaje: Odkąd wygrałam Idola, moje życie to rollercoaster. O szybkim dojrzewaniu, samotności w wielkim mieście i azylu w rodzinnym domu opowiada Marcie Bednarskiej.

Zapomnij! Nie ma mowy - Monika rozmawia przez komórkę. - To mnie nie interesuje. O tym nie chcę mówić. Arogantka? - Nie, to tylko góralski charakter - tłumaczy. - Ktoś zadzwonił do mnie z kosmicznie głupią propozycją. W czasie rozmowy w modnej restauracji mam przed sobą dwie Moniki. Raz uspokojoną, powściągliwą w opowieściach kobietę. Za chwilę dziecko. Niewinne, wielkie oczy, aparat na zębach, filigranowa figura w dżinsach rurkach i trampkach Converse. Faktycznie, wygląda jak Jelonek Bambi, jak nazwał ją kiedyś pewien dziennikarz. Ale w środku to ostra babka. Zgodnie z hasłem: Born to be Wild. Taki napis wisiał na drzwiach pokoju Moniki w rodzinnym domu w Twardorzeczce. Widziałam go kilka lat temu. Wtedy wywiad przeprowadzałyśmy w towarzystwie kilkudziesięciu pluszowych maskotek.

Reklama

16-letnia wówczas gwiazda na starcie, w turbanie ą la Erykah Badu, była nadprogramowo energetyczna. Głośny śmiech, dużo słów, krzykliwy strój i tytuł Idola. Chciała być drugą Lauryn Hill albo Jill Scott. Warszawski świat ją zauroczył, potem zawiódł. Zakochiwała się nie w tych mężczyznach, zaprzyjaźniała nie z tymi ludźmi. Przyznaje, że potrafi być niezależna materialnie, nie potrafi emocjonalnie. Dziś jest w stałym związku z Pawłem. Starszy o dziesięć lat partner daje jej poczucie stabilizacji, które, jak twierdzi Monika, w jej zawodzie jest zjawiskiem ekstremalnym, niemal nieistniejącym. Choć nagrała kiedyś utwór Miał być ślub, małżeństwo na razie jej nie interesuje. - Mam dopiero 21 lat! - mówi i tłumaczy, że piosenka to żart, odpowiedź na rewelacje w prasie o planach weselnych, romansach, Bóg wie czym. Nie zabiega o względy całego środowiska, nie daje sobą manipulować. Blisko pozwala być tylko kilku osobom. Znudziła ją czarna muzyka. I przebojowe piosenki, które pisała dotąd. Teraz będą eksperymenty pod prąd. Inna muzyka, inna Brodka. Luksus wyborów, którego nie miała kilka lat temu.

Twój Styl: Co czujesz, kiedy czytasz w gazecie tytuł: "Brodka się skończyła".

Monika Brodka: Mogę się tylko gorzko uśmiechać i dystansować do "życzliwej" atencji mediów. Jacek Lachowicz z zespołu Ścianka trafnie ujął to w jednej ze swoich piosenek: "Wszyscy chcą mnie uśmiercić. Przeczytałem dziś w gazecie, że mnie nie ma". Swoją drogą to świetny temat na tekst. Czytaj dalej na str. 2

TS: Dlaczego komuś zależy, żeby odtrąbić koniec twojej kariery?

MB: Przestałam się nad tym zastanawiać. Może po prostu nie dostarczam mediom tanich sensacji. Nie chcę rozmawiać o "mężczyznach mojego życia", pozować na okładce z chłopakiem w skotłowanej pościeli i zapewniać: "Tak, bardzo się kochamy". Wolę w skupieniu pracować nad czymś, co dla mnie ważne.

TS: Czyli to nie kryzys twórczy?

MB: Przeciwnie. Chcę teraz wydać album, z którego naprawdę będę zadowolona. Nie spieszę się. Chcę trochę poeksperymentować. Zrobić zdjęcia na płytę, wyreżyserować teledysk. Traktuję to jako projekt artystyczny, a nie tylko krążek z muzyką.

TS: Ile Brodki zostało w Brodce, jaką pamiętamy z Idola sprzed czterech lat?

MB: Dla mnie minęła cała epoka, odkąd wysiadłam z moją nauczycielką śpiewu na Dworcu Centralnym. Pamiętam: nocny pociąg z Bielska-Białej. W kieszeni kiczowatych spodni w paski - wydawały mi się wtedy szałowe - sto złotych od mamy. Przyjechałam na kolejny etap castingu do Idola. Tej nocy w Warszawie nie spałam. Ze słuchawkami na uszach w hotelu uczyłam się Boskiego Buenos Maanamu, piosenki zadanej przez jury do kolejnego etapu. Kosmiczny tekst nie chciał wejść do głowy. "I tak się nie uda, po co mi to", nie wierzyłam w siebie. Oczywiście zapomniałam słów w czasie występu.

TS: Kiedy wygrałaś Idola, miałaś 16 lat. Wciąż kilka mlecznych zębów. Przez przeprowadzkę do Warszawy musiałaś błyskawicznie dorosnąć. Bolało?

MB: Warszawa mnie przytłoczyła. Wciąż się gubiłam, pamiętam jazdę tramwajem do szkoły. Pięć telefonów do wytwórni z pytaniem: "Widzę jakiś park, a dalej wiadukt. Gdzie wysiąść?". Dzienny tryb nauki, a potem na koncerty. Nieraz w nocy odrabiałam lekcje, szykowałam się do klasówki z geografii. To był trudny okres.

Marta Bednarska

Fragment artykułu pochodzi z najnowszego numeru Twojego STYLU.

Więcej przeczytasz na www.styl24.pl

Twój Styl

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: rachunek

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje