Reklama

Reklama

Bądź niegrzeczna!

Świat dowiedział się o GAROU, gdy ten wystąpił w duecie z Céline Dion. Jako artysta odniósł sukces, nie ma jednak szczęścia w miłości, mimo że w jego otoczeniu nie brakuje pięknych kobiet...

Przychodzę wcześniej na umówione spotkanie. W hotelowym barze, pustym o tej porze dnia, widzę mężczyznę samotnie palącego papierosa. Tak, to Garou, jeden z najpopularniejszych piosenkarzy w Kanadzie, Francji i Polsce. Jest zmęczony, ale gdy zaczynamy rozmowę, uśmiecha się promiennie i żartuje, że wygląda dobrze tylko dlatego, że telewizyjny make-up tuszuje skutki nocnego lotu z Kanady. - Czyli pod tą piękną twarzą kryje się prawdziwy Quasimodo? - pytam, mając na myśli słynną rolę, którą Garou debiutował w musicalu "Dzwonnik z Notre Dame" i która przyniosła mu światową sławę. - Tak, tylko proszę o tym nikomu nie mówić - śmieje się piosenkarz.

Reklama

PANI: Przejrzałam Pana rozkład zajęć. Zurych, Quebec, Warszawa, Paryż. Te wszystkie miasta odwiedził Pan w ciągu tygodnia. Kiedy ma Pan czas na życie?

Garou: Ja po prostu uwielbiam robić wszystko na sto procent. Nieważne, czy komponuję, śpiewam, występuję, czy kocham.

Kim jest ta zła dziewczyna, o której śpiewa Pan na swojej najnowszej płycie?

Garou: Och, znam ich wiele. Otacza mnie dużo przyjaciółek, które zwierzają mi się ze swoich problemów. Czasem mam wrażenie, że opowiadają mi rzeczy, których nie odważyłyby się powiedzieć ani chłopakowi, ani mamie. Bywa, że namawiam je do tego, by poszły zupełnie pod prąd, odważyły się zrobić coś zupełnie szalonego i by po raz pierwszy w życiu były niegrzeczne.

Wiele osób twierdzi, że przyjaźń damsko-męska jest niemożliwa.

Garou: No cóż, między kobietą a mężczyzną zawsze jest pewne napięcie. My też w tej chwili gramy ze sobą w pewną grę.

Ale nie tak niebezpieczną.

Garou: Oczywiście. Jednak uwielbiam przyjaźnić się z kobietami, także dla tej odrobiny pieprzu!

Najważniejsza kobieta w Pana życiu?

Garou: Oczywiście córka.

Na poprzednich płytach śpiewa Pan po francusku, na najnowszej po angielsku. Skąd wziął się pomysł na tę zmianę, marzy się Panu jeszcze większe grono wielbicieli?

Garou: Nie, to raczej powrót do korzeni. Gdy zaczynałem występować, śpiewałem tylko po angielsku. Później dostałem propozycję roli w "Dzwonniku z Notre Dame". Była po francusku. Nie umiałem sobie nawet wyobrazić, bym mógł śpiewać w tym języku, ale nauczyłem się. A potem spotkałem Céline Dion i razem nagraliśmy kilka duetów. I tak stałem się utożsamiany z piosenką francuską, a to nie do końca prawda. Gdy ukazała się informacja, że moja najnowsza płyta zostanie nagrana po angielsku, zaczęli dzwonić do mnie dziennikarze i mówić: "Nie rób tego, jesteś francuskim ambasadorem w świecie". Tyle tylko że ja nie czuję się niczyim ambasadorem, tylko Garou.

A czy ktoś zwraca się jeszcze do Pana prawdziwym imieniem - Pierre?

Garou: Tak, mama i siostry. No i facet w banku, który obsługuje moje konto.

Czy podczas pracy nad płytą musi mieć Pan jakieś szczególne warunki - ciszę, kieliszek wina?

Garou: Nie, chociaż w studiu zawsze jest butelka Johnnie Walkera. Gdy zacząłem pracę nad moją pierwszą płytą, byłem bardzo zdenerwowany. Wtedy mój producent powiedział: "Musisz spotkać się z Johnniem". "Z jakim Johnniem? ", zdążyłem pomyśleć, a on wyciągnął butelkę. Od tego czasu lubię mieć w studiu butelkę whisky. Dbam jednak o to, by za bardzo się z nią nie zaprzyjaźnić.

Rozmawiała Anna Grużewska

Jego przezwisko "Garou" znaczy "wilkołak". Debiutował rolą Quasimodo w musicalu "Dzwonnik z Notre Dame". Naprawdę nazywa się Pierre Garand, ma 36 lat i sześcioletnią córkę.

Nagrał cztery albumy francuskojęzyczne. Teraz wydał pierwszą płytę w języku angielskim.

Tekst pochodzi z magazynu

PANI
Dowiedz się więcej na temat: Notre Dame

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje