Reklama

Reklama

Elżbieta Romanowska: Nie zaproszę faceta na randkę

„Nie jestem tak wyzwolona, by zrobić pierwszy krok”, przyznaje aktorka. Na razie stawia pierwsze kroki w „Tańcu z gwiazdami”, a jej partnerem jest Rafał Maserak. Będzie kolejny romans w programie?

Umówić się z tobą na wywiad graniczy ostatnio z cudem.

Reklama

Elżbieta Romanowska: - Mam teraz bardzo dużo pracy. Przed chwilą skończyłam trening do "Tańca z gwiazdami", wpadłam do domu dosłownie na sekundę, żeby wyprowadzić psiaka, a potem biegnę na próby.

I tak codziennie?

- Tak to ostatnio wygląda. Rano spacer z psiakiem, szybkie śniadanie i biegnę na trening. Potem wracam do domu, znów spacer z psiakiem, szybki prysznic i albo próba do spektaklu, albo spektakl. W międzyczasie nagrywam jeszcze program o gotowaniu dla Polsat Café. Nie ma dnia, żebym się obudziła bez nastawiania budzika i stwierdziła: "Dziś to sobie poleżę w łóżku, poczytam książkę, a potem pójdę na zakupy". Nie miałam tak już od dawna. W sumie cieszy mnie to, bo lubię, gdy dużo się dzieje, choć przyznaję, że zmęczenie powoli daje mi się we znaki.

Dlatego zrezygnowałaś z etatu w teatrze we Wrocławiu?

- Tu, w Warszawie, zaczęły się pojawiać fajne propozycje. W dalszej perspektywie nie dałoby się godzić wszystkiego z etatem. Choć z Wrocławiem na dobre się nie rozstałam, bo dołączyłam do ekipy serialu "Pierwsza miłość", który tam właśnie jest kręcony.

Warszawa stała się twoim domem?

- Dziś to moje miejsce na ziemi. Tutaj jest centrum dowodzenia i tu jest mój dom. Co się wydarzy za 5, 10, 15 lat? Czas pokaże.

To prawda, że wszędzie chodzisz z browarem?

- Tak, to prawda. Browar zawsze jest ze mną - tak wabi się mój ukochany pies. Jeśli wiem, że w ciągu dnia nie uda mi się do niego wyrwać, zabieram go ze sobą do pracy. Browar ma już całe mnóstwo wujków i cioć. Bywanie w teatrze chyba więc polubił. My, aktorzy, też korzystamy na jego obecności. On wywołuje mnóstwo pozytywnych emocji i rozładowuje napięcia. Dogoterapia działa.

Opowiedz trochę o pasji do gotowania.

- To mnie odpręża. Fajnie, że udało się przenieść pasję na życie zawodowe. Teraz łączę przyjemne z pożytecznym. Wiele się uczę dzięki programowi "Grzeszki na widelcu", m.in. poznaję nowe produkty.

Popisowe danie?

- Zależy od gości. Jedni lubią sałatki, drudzy zupy. Bardzo lubię eksperymentować, łączyć smaki. U mnie nawet sosy do sałatek nie są oczywiste. Ostatnio na przykład zakochałam się w occie z mango i fig. Z odrobiną miodu, oliwy, musztardy i ziół smakuje rewelacyjnie.

Komu gotujesz?

- Przyjaciołom. Mam wielkie szczęście do ludzi. Ze względu na pracę mam mnóstwo znajomych. Ale oprócz nich mam też przyjaciół od serca. To nie są wyłącznie osoby z tzw. branży. To garstka osób - parę w Warszawie i parę we Wrocławiu. Zawsze żałuję, że nie mogę ich wszystkich zebrać w jedno miejsce, ale radzimy sobie, odwiedzamy się, dzwonimy, piszemy maile. W każdej sytuacji możemy na siebie liczyć. To ludzie o wielkim serduchu, są bardzo oddani. Lepszych przyjaciół nie mogłam sobie wymarzyć. Potrafią mnie przytulić, ale też, jeśli trzeba, pogrożą palcem. Są szczerzy i prawdziwi, bo przecież przyjaźń nie polega wyłącznie na przytakiwaniu i gładzeniu po główce. Przyjaciel nie mówi nam tylko, jacy to jesteśmy cudowni i wspaniali, ale też potrafi skrytykować, kiedy widzi, że robimy coś głupiego i zaczyna nam odbijać. Otaczam się ludźmi, którzy nigdy nie pozwolą mi stać się "gwiazdą". Dzięki nim pozostaję tą Elą, którą byłam 10 lat temu. Wiadomo, zmieniam się jako człowiek, dojrzewam. Ale ta zwariowana dziewczyna gdzieś jeszcze we mnie drzemie.

Co w sobie lubisz?

- Upór, bo on mi pomaga ogarnąć sytuacje zawodowe. Konsekwentnie dążę do celu, choć oczywiście nie po trupach. Lubię w sobie to, że pozytywnie patrzę na życie. Wiadomo, nie jestem robotem i miewam też gorsze dni. Ale staram się mimo wszystko widzieć pozytywy w otaczającym świecie. Wtedy łatwiej wstaje się z łóżka. Można się do siebie uśmiechnąć i pomyśleć, że dziś będzie dobry dzień.

Co cię nakręca?

- Ludzie, których spotykam na swojej drodze, rodzina, przyjaciele, muzyka, teatr, książki, różne inspirujące rzeczy...

Co dołuje?

- Nieuczciwość, obłuda, moment, kiedy ludzie przestają się nawzajem szanować. Nie lubię ludzi, którzy jedno mówią, a drugie robią. To mi podcina skrzydła. Boli mnie niesprawiedliwość i osądy wygłaszane przez osoby, które mnie nie znają. Owszem, lubię krytykę, ale tylko konstruktywną.

W mediach wciąż pojawia się temat twojej wagi. To dla ciebie przykre?

- Był moment, kiedy mnie to irytowało. Miałam wrażenie, że ludzie nie widzą tego, co robię, tylko skupiają się na tym, jak wyglądam. Wciąż w wywiadach pytano mnie, czy stosowałam jakąś dietę, czy się odchudzam. Tak jakbym była ekspertem w dziedzinie diet i żywienia. Miałam wrażenie, że ci ludzie sądzą, że nie można ze mną rozmawiać na tematy niezwiązane z dietą. Wiem, że nie jestem przysłowiową drobną blondyneczką i nigdy nią nie będę. Ale przecież robię swoje. Mam pracę, gram różne role i, co ważne, nie jestem w szufladce.

- Staram się nie czytać niemiłych komentarzy, bo uważam, że jeszcze się taki nie urodził, co by wszystkim dogodził. Krytyki konstruktywnej, dotyczącej mojej pracy, chętnie wysłucham. Ale wylewanie żółci, złości, frustracji przez anonimowe osoby, które chcą sobie ulżyć, jest dla mnie niezrozumiałe. Wiem, że jedni sądzą, że jestem fajną aktorką, a drudzy, że jestem brzydka, gruba i niezdolna. Tak było, jest i będzie. To jest wpisane w nasz zawód. Idąc na pierwszy casting, musimy się na to wszystko zgodzić. Każdy występ w telewizji może sprawić, że za chwilę zaczną o nas pisać i wychwytywać nasze potknięcia. Na szczęście czasem wychwytują też sukcesy.

Ostatnio w show-biznesie pojawia się coraz więcej krągłych dziewczyn. Myślisz, że to otworzy oczy krytykantom?

- Wokół nas żyją różni ludzie: wysocy, niscy, blondyni, bruneci, łysi, grubi i chudzi. Dzięki tej różnorodności jesteśmy fantastyczni. Świat byłby nudny, gdyby wszyscy byli identyczni. Producenci chyba zaczynają dostrzegać, że więksi ludzie też są piękni, też odnoszą sukcesy. Bo przecież to, że ktoś ma nadwagę, nie zawsze jest wynikiem leżenia przed telewizorem i objadania się. Czasem to choroba, leki, hormony. Nie ma co oceniać ludzi po okładce i generalizować, że jeśli ktoś ma rozmiar większy niż 38, jest, za przeproszeniem, spasionym grubasem. Nie wrzucajmy wszystkich do jednego wora.

Uważasz że krągłości to twój atut?

- Nie wiem tego, ale po kolejnych rolach, które zagrałam, doszłam do wniosku, że jest popyt na takie aktorki jak ja. Aktor charakterystyczny nie jest niczym złym. Popatrzmy na Cezarego Żaka - nie jest w standardowym rozmiarze, a nikt nie ma wątpliwości, że to fantastyczny aktor, a do tego mądry i cudowny człowiek. Tak samo Dorota Wellman - dowcipna, inteligentna i odnosząca sukcesy kobieta. Przykłady można mnożyć.

Nie boisz się, że przez udział w "Tańcu z gwiazdami" znów będziesz na ustach wszystkich, a wtedy znów wróci kwestia twojej wagi?

- Zdaję sobie z tego sprawę. Ale trochę się już z tym pogodziłam. W miarę lat człowiek się uodparnia. Wiem jedno - nie należy wchodzić na niektóre portale. Ci, którzy mnie znają i chcą się o mnie czegoś dowiedzieć, wchodzą na mój oficjalny fanpage. Poza tym czytelnicy nie są idiotami i potrafią odróżnić plotkę, która ma podnieść oglądalność, od rzeczywistości.

Jesteś gotowa na romans z Maserakiem?

- Zaczyna się!!! Dobra, niech będzie, powiem prawdę: mam tam romans ze wszystkimi! Łamię im serca po kolei!

Treningi pewnie idą ci jak po maśle. Słyszałam, że taniec to twoja wielka pasja.

- Miłość do tańca to jedno, ale zetknięcie z rzeczywistością to już zupełnie co innego...

Warsztat już masz. Tańczyłaś w dzieciństwie.

- To był tylko epizod. Tańczyłam jako mała dziewczynka, więc raczej bym to podciągnęła pod rytmikę. Po latach, już w szkole teatralnej, przydzielono mnie do specjalizacji pantomimiczno-ruchowej. I to tam zaczęłam robić te słynne szpagaty (śmiech). Ale to, co się dzieje podczas treningów do programu, to jest kosmos - te kroki, obroty... To coś, do czego ani ja, ani moje ciało nie jesteśmy przyzwyczajeni.

Czym jest dla ciebie seksapil?

- Fragmentem piosenki Kaliny Jędrusik.

Zdarza ci się flirtować?

- Czy ja wiem? Chyba jeśli już to robię, to nie do końca świadomie. Nie używam tego jako tzw. tajnej broni. Wiem, że niektórzy tak robią. Kiedy poznaję mężczyznę, nie staram się z nim flirtować. Chociaż wiadomo, jeśli to ktoś, kto znaczy dla mnie trochę więcej, zaczynam się zachowywać w stosunku do niego odrobinę inaczej (śmiech). Jednak nie jestem typem kobiety, która robi pierwszy krok. Nie jestem aż tak wyzwolona, żeby zaprosić na randkę.

Często jesteś adorowana?

- Chyba nie jakoś przesadnie. Owszem zdarza się, ale jest to tak subtelne, że nie zawsze się orientuję. Jestem pod tym względem gapą. Nie jestem w stanie rozpoznać, że ktoś mnie podrywa. Dopiero osoby, które patrzą z boku, muszą mnie oświecać. "Zobacz, jak on na ciebie patrzy", mówią. Zawsze jestem wtedy zdziwiona, bo sama tego nie zauważam.

Ideał mężczyzny?

- Nie ma znaczenia, czy blondyn, czy brunet, wysoki, czy niski. Musi mieć poczucie humoru i dystans do siebie. Powinien być odpowiedzialny, ale też trochę zwariowany.

Jesteś teraz w związku?

- Na razie zostawię to dla siebie.

A jaki związek chciałabyś stworzyć?

- Taki, w którym dominuje zaufanie. W którym mamy wspólną przestrzeń, ale też każdy ma swoją własną. Nie miałabym nic przeciwko, gdyby mój facet wybrał się z kumplami na męską wyprawę, a ja w tym czasie wybrałabym się na babski wypad. To fajnie robi relacji. Zaufanie jest tu jednak podstawą. Mam taki zawód, że zdarzają mi się wyjazdy np. ze spektaklami. Wiadomo, że nie będę zabierać w takie zawodowe podróże swojej drugiej połówki, która musi się wtedy wykazać zrozumieniem.

Mężczyznom chyba jednak niełatwo przychodzi podejść bez emocji do scen miłosnych odgrywanych przez ukochaną.

- Sceny miłosne są trudnym tematem nawet w związkach aktorskich. Wiadomo, jesteśmy tylko ludźmi - kiedy zobaczymy naszą drugą połówkę zalecającą się do obcej osoby, nawet na niby, to ukłucie zazdrości w serduchu może się pojawić. Musimy po prostu pamiętać, że to jest praca. Poza tym te pocałunki też nie są do końca prawdziwe. A scen łóżkowych na szczęście nie jest aż tak wiele.

Powiedz, co uważasz za swój największy sukces.

- Trudno powiedzieć, bo ja prawie nigdy nie jestem z siebie zadowolona. Mama zawsze się z tego śmieje. Kiedy idę na casting, dzwoni do mnie i pyta, jak mi poszło. Ja za każdym razem jęczę, że mogłam to zrobić lepiej, na co ona odpowiada ze śmiechem: "Dobra, dobra, czyli poszło ci dobrze". To nie jest tak, że doszukuję się tylko negatywnych rzeczy, ale czasem dochodzę do wniosku, że coś tam mogłam zrobić inaczej. Z drugiej strony wiem, że trzeba ufać swojemu instynktowi oraz wiedzy zaczerpniętej ze szkoły i od kolegów, z którymi miało się przyjemność i nieprzyjemność pracować. Od tych drugich wbrew pozorom też można się wiele nauczyć.

- Sukcesem był występ u pani Krystyny Jandy. Zawsze marzyłam, żeby ją poznać i nagle pani Krystyna osobiście zaprosiła mnie do swojego projektu. To był dla mnie ogromny sukces i wyróżnienie. Byłam też bardzo dumna z sukcesu spektaklu "Siostrunie". Sukcesem jest zresztą każde udane przedstawienie. Zawsze, gdy ktoś mnie pyta, jak wyszedł mój nowy spektakl, odpowiadam: "Nikt nie zażądał zwrotu za bilet, więc chyba nie było źle". Widz przychodzi do teatru, poświęca swój czas, kupuje bilet, który nie jest najtańszy, po to, żeby nas zobaczyć. Jeśli więc wychodzi zadowolony, dla mnie jest to największa nagroda.

Zdarzyły ci się wpadki na scenie?

- Pewnie, na przykład czarne dziury, które są zmorą każdego aktora. Pamiętam, że kiedyś grałam z wysoką gorączką. Wchodząc na scenę, wiedziałam, że mam coś powiedzieć, ale nie miałam pojęcia, co. Stanęłam, spojrzałam na partnerkę, a ona w moich oczach zobaczyła, że zapomniałam. Szybko zareagowała - zaczęła scenę i już jakoś poszło. Partner jest w naszym zawodzie najważniejszy. Oprócz widza, oczywiście.

Twoja najgłośniejsza rola telewizyjna to niezdarna Jola z serialu "Ranczo". Masz do niej sentyment?

- Pewnie! To pierwsza większa rola, którą dostałam zaraz po szkole i którą grałam najdłużej. To od niej się wszystko zaczęło. Niedawno skończyliśmy kręcić ostatnią, dziesiątą serię "Rancza". Nie wiem, czy będzie kolejna. Z jednej strony chciałabym, ale z drugiej myślę, że lepszy jest niedosyt niż przesyt.

Jakie masz plany na przyszłość?

- Chciałabym podróżować, spełniać się zawodowo, zagrać interesującą rolę w filmie i być szczęśliwa. Nie skupiam się na dalekosiężnych planach. Stawiam sobie małe cele, które w bliższej przyszłości chciałabym zrealizować i muszę przyznać, że to mi się udaje. Do szczęścia nie potrzebuję wielkich rzeczy. Uszczęśliwiają mnie nawet drobiazgi.

To podobno gwarancja szczęścia. Tak jak pielęgnowanie w sobie dziecka.

- We mnie akurat jest sporo z dzieciucha. Czasem mam ochotę coś spsocić, lubię też pobujać w obłokach. Ale wiadomo, nie ma co ukrywać, mam już trójkę z przodu i myślenie o życiu powoli się zmienia. Nie mam na co narzekać. Jestem samodzielna, mam mnóstwo pasji, które staram się realizować, w miarę fajne i szczęśliwe życie. Praca jest moim hobby. To przyjemna forma zarabiania pieniędzy. Wiadomo, to nie jest łatwy kawałek chleba, nie jest to też praca od 8 do 16 od poniedziałku do piątku. Nie mam komfortu odpoczywania wtedy, kiedy chcę. Jeśli mam etat w teatrze, nie wezmę tygodnia wolnego w sezonie. Mogę wyjechać na urlop tylko wtedy, kiedy teatr ma przerwę, czyli w najgorszym, najdroższym i najbardziej obleganym przez ludzi lipcu. A gdy jestem wolnym strzelcem, długo czekam na propozycje. Ale i tak kocham ten zawód nad życie.

Jak zostałaś wychowana?

- Mam cudowny dom rodzinny i wspaniałych rodziców. Miałam superdzieciństwo. Wychowywałam się w okresie, kiedy nie było komputerów, gier wideo i telefonów komórkowych. Na podwórku wszyscy się znali i spędzali tam mnóstwo czasu. Były gry w piłkę, gumę, a gdy padało, spotykaliśmy w domach i graliśmy w gry planszowe. Dziś łatwiej jest włączyć dziecku telewizor czy grę komputerową.

Czego nauczyli cię rodzice?

- Zawsze powtarzali, żebym była sobą, żebym robiła to, co kocham. Nigdy nie naciskali na mnie, żebym wybrała drogę, która ich zdaniem byłaby dla mnie najlepsza. Dyskretnie mną kierowali, ale pozwalali podejmować własne decyzje i popełniać własne błędy. Wiedzieli, że tylko w taki sposób dojrzeję. I czegoś się nauczę. Zawsze byli obok, gotowi służyć radą i pomocą. Do dziś tak zresztą jest. Uczyli mnie, żeby zwracać uwagę na drugiego człowieka, żeby pomagać. To fajne rzeczy, które procentują teraz, na stare lata (śmiech).

Justyna Kasprzak

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje