Reklama

Reklama

Ewa Wiśniewska: Idę za głosem serca

Niezależna. Silna. Od małego nieco rogata dusza. To ona zawsze wybierała mężczyzn, z którymi chciała być. Samica alfa.

W pastelach, okularach przeciwsłonecznych, z lekko rozwianymi włosami, przychodzi na spotkanie 10 minut wcześniej. Na szczęście jestem kwadrans wcześniej, bo nie byłoby lekko... Bardzo nie lubi spóźnialskich.

Dowiedziałam się o pani czegoś strasznego: lubi pani podjadać... cukier!

Ewa Wiśniewska: Tak! Bardzo lubię. Bo herbatę i kawę piję gorzką. A cukier sobie jem potem. U nas w domu nazywali tę skłonność "cukraczką". Bo potrafiłam, czytając książkę i na fotelu stawiając obok cukiernicę, wyjeść całą. Teraz też tak robię: jem sobie łyżką i koniec.

Reklama

W co ten cukier pani poszedł? Zupełnie tego nie widać, jest pani szczupła.

- W człowieka. Czuję taką potrzebę. Nie jestem szczupła. Włosi mają na to określenie: falsa magra, czyli fałszywie szczupła. Ale to takie niedzisiejsze, nie fit. A co mnie to obchodzi? W ogóle mnie nie obchodzą mody. Jem to, na co mam ochotę. Nie stosuję diet. Mam ochotę na golonkę, to jem golonkę.

W rodzinnym domu były trzy siostry, pani - najstarsza.

- Tak, jest nas trzy: Małgorzata, też aktorka i najmłodsza Joka, to od Jolanty, która nie jest aktorką, tylko italianistką.

Podobno młodsze siostry były tymi układnymi, a pani tą trochę krnąbrną. Była dyscyplina, kary?

- Ja zawsze byłam żwawym człowieczkiem. I dlatego byłam za to temperowana. Musiałam wracać o określonej porze do domu. Siostry nie musiały, bo robiły to same z siebie. W domu panował pruski rygor, bo rodzice musieli nad tym panować, zwłaszcza mama. Było więc też klęczenie na grochu w kącie. Do tego stopnia zostałyśmy ukształtowane, że do tej pory, gdy umawiamy się z Małgosią, to wiadomo, że każda z nas będzie 10 minut wcześniej. Ale byłam przykładną uczennica, na wagarach nie byłam ani razu. Skończyłam warszawskie liceum Żmichowskiej, w klasie francuskiej. Z koleżanką zrobiłyśmy nawet przyrzeczenie, że w czasie długiej przerwy mówimy tylko po francusku i za każde polskie słowo płaci się karę.

Jako najstarsza i najbardziej niegrzeczna siostra, miała pani obowiązek opiekowania się rodzeństwem?

- Moim obowiązkiem było karmienie Małgosi koglem-moglem i jabłkiem tartym. Ponieważ to uwielbiałam, więc całość zjadałam. Gdy mama była gdzieś w pobliżu, i patrzyła, to łyżeczkę dostawała Małgosia.

Nie brakowało ciepła?

- Troszkę, może. Przyzwyczajono mnie do tego, że tak jest. Rodzice mogliby mi okazać na pewno wiele ciepła i czułości, gdybym nie stała się rogatą duszą. Stanowili genialną parę. Ojciec był artystą, skrzypkiem w filharmonii, jednocześnie grał w orkiestrze Polskiego Radia i w Teatrze Wielkim. Mama, przez to, że ograniczały ją obowiązki związane z nami, nie mogła skończyć prawa. Ale pracowała w poważnych firmach i zawsze była tam nieodzowna. Miała energię, "power"... W ogóle w mojej rodzinie kobiety zawsze były silne. Nie apodyktyczne, narzucające, ale wiedzące czego chcą.

Pani także jest silną osobowością. Samica alfa?

- Tak mnie ktoś nazwał. Taką mam naturę. Ale każdy człowiek, nawet jeżeli jest silny, ma swoje słabości. Jestem wybuchowa, ale szczera. I za chwilę wymazuję to, co już było. Nie jestem pamiętliwa.

Mówiła pani, że kobieta i mężczyzna w związku powinni iść równo w zaprzęgu...

- Tak, ona nie powinna dreptać pół kroku za nim. Wychodzę z założenia, że każdy mając swój zawód, swoje ambicje, zna swoją wartość.

Coś mi się wydaje, że pani trochę wyprzedzała?

- To mnie nie interesowało, to niech on biegnie szybciej. Nigdy nie byłam też kobietą-bluszczem, wręcz nie uznaję takiego stosunku do mężczyzn. Kobieta-bluszcz, pozornie niesamodzielna, pozornie potrzebująca wsparcia. To są takie marne triki. Nie szanowałabym mężczyzny, który dałby się tak omotać.

Jaki więc on powinien być?

- Facet musi być inteligentny, dowcipny. Niekoniecznie musi być piękny. Raczej nawet nie. Bo facet piękny przeważnie nie jest za mądry... Rzadko zdarza się, by taki piękny miał poza sobą to, jak wygląda.

W latach 70. mieszkała pani kilka lat w Rzymie, z drugim mężem Franco. Jako ówczesna ikona urody, musiała mieć pani powodzenie?

- Tak, ale zawsze wychodziłam z założenia, że jeśli w ogóle, to ja wybieram sobie chłopca, nie chłopiec mnie. Franco poznałam w Polsce, był dziennikarzem politycznym z Włoch, dla niego się rozwiodłam.

Poszła pani za głosem serca?

- Ja zawsze szłam za głosem serca.

Nigdy pani nie żałowała?

- Nigdy.

Jaką rolę odegrała w pani życiu miłość?

- Szaloną. Poszukiwałam jej. Niczym kamienia piekielnego, lapisu. Wydawało mi się, że gdzieś istnieje ideał i gdzieś go muszę tylko odkopać.

I...?

- I okazało się, że nie ma. Nie udało się. Przestałam poszukiwać. Ale miałam głęboką nadzieję, że jest.

Ale jest pani optymistką?

- Tak, niestety nieuleczalną. Bo w pewnym wieku optymizm, pozytywne podejście do życia powinno być stępione wiedzą i doświadczeniem.

Tymczasem można też pozostać dzieckiem?

- Właśnie, niestety.

To taka wewnętrzna młodość?

- Naiwność raczej.

To pomaga czy przeszkadza?

- Bo ja wiem... ja się z tym dobrze czuję.

Widać, że dobrze się pani w ogóle czuje, lekko opalona...

- Tak, byłam u przyjaciółki, u przyjaciół w Marbelli, graliśmy przez 6 dni w brydża.

Słońce, Hiszpania i brydż? Pojechała pani do Marbelli grać w karty?

- Co w tym takiego dziwnego? Oczywiście. Kiedyś grałam w brydża notorycznie, lata całe. Przez ostatnie 2,5 roku nie grałam. Myślałam, że już nie wrócę do tej pasji. Ale kiedy mnie namówiono - odnowiłam swojego brydża. I okazało się, że jak jazdy na rowerze - tego się nie zapomina.

Ale wciąż układa pani pasjanse?

- To mi uszeregowuje myślenie. Jaki ruch wykonam, takie potem są zależności. Układam, jednego, drugiego, ósmego... Uczę się jednocześnie tekstu albo go powtarzam. Po włosku pasjans nazywa się "solitario", czyli samotny. Ale w garibaldkę, pasjans we dwoje, gram razem z wnukiem, Niccolò, kiedy przyjeżdża do Polski. Nauczyłam go, gdy miał z 10 lat, a teraz ma 25.

Rozmawiacie po polsku, czy włosku?

- Różnie. Ale mnie coraz trudniej po włosku, brakuje mi niektórych słów. Z kolei on mówi bardzo fajnie i bardzo śmiesznie po polsku.

Jak Stefano Terrazzino?

- Mniej więcej.

Jak panią nazywa?

- Nonna. Czyli babcią.

Co robi w życiu?

- Mieszka we Włoszech, skończył pięcioletnią, świetną szkołę kucharską w Bolonii. Poznał i przeszedł przez wszystkie etapy: od pomywacza do szefa sali, szefa kuchni. Na razie nie ma zamiaru przyjeżdżać na stałe do Polski, gdzie mieszka jego mama, moja córka. Razem z przyjaciółmi ma projekty zawodowe. Był tutaj ostatnio ze swoją narzeczoną, mają do siebie cudowny, ciepły stosunek.

Czy pani życie można określić jako "dolce vita"?

- O nie, są dołki, górki. Takie jest po prostu życie. Różne.

Czyli słodko-gorzkie?

- Może tak być.

Relaks

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje