Ewa Wycichowska: Rzeźbienie z ograniczeń

Za Ludwika XIV, który tańczył sześć godzin dziennie, cały dwór też musiał się tańca nauczyć. Kiedy ktoś chciał zostać ministrem, musiał dobrze tańczyć! Można więc powiedzieć, że były momenty, kiedy taniec rządził światem – o pasji tworzenia rozmawiamy z prof. Ewą Wycichowską, jedną z najbardziej utytułowanych polskich primabalerin i dyrektorką Polskiego Teatru Tańca.

Joanna Jałowiec: Dlaczego ludzie tańczą?

Reklama

Prof. Ewa Wycichowska: - Jacht pod żaglami, koń w galopie i kobieta w tańcu to trzy najpiękniejsze widoki na świecie. Tak naprawdę tylko człowiek tańczy. Jeśli nawet pomawiamy o to ptaki czy zwierzęta, mówiąc, że wykonują taniec godowy, to odbieramy to tak tylko przez naszą percepcję, ponieważ widzimy ruchy rytmiczne, piękne, czasem płynne, czasem ostre. Taki na przykład struś kręci się wokół własnej osi bardzo dynamicznie, niczym tancerka robiąca fouetté, czyli 32 obroty wykonywane w punkcie kulminacyjnym Jeziora Łabędziego w 3 akcie. Struś robi to tak pięknie, że mogłabym patrzeć na niego i inspirować się tą niesamowitą energią! Taki szaman poprzez taniec zamawiał różne rzeczy i można powiedzieć, że ów taniec był czynnością sakralną, Kościół odżegnuje się od tańca w świątyniach, chociaż muszę powiedzieć, że coraz mniej. Kiedyś taka komunikacja, biorąc pod uwagę przekaz my - bóstwo, miała charakter wertykalny. Szaman był kapłanem, który pośredniczył w komunikacji, bo taniec służy również do komunikacji, tak, jak cała nasza mowa ciała.

Podobno 70 proc. naszej komunikacji polega na mowie ciała...

- Na gestach, wyrazie twarzy, spojrzeniu, na dystansie, czyli czymś, co nazywamy orientacją ciała. Jeśli jestem do pani zwrócona przodem, to znaczy, że jestem cała oddana tej rozmowie. Jeśli widzę w oknie na Anioł Pański otwarte ramiona papieża, to czuję, że on z miłością zwraca się do ludzi stojących na dole.

Czy można w tej mowie ciała oszukiwać?

- Oczywiście, kiedy politycy mówią do ludzi, to wielu rzeczy są nauczeni. Przedmiot związany z mową ciała jest na wszystkich studiach, które dotyczą marketingu, prezentacji i zdobycia pracy. To wszystko dlatego, że podświadomie dajemy pewne znaki, ta semantyka, która przebija się przez mowę ciała, ułożenie nóg, ramion w stosunku do partnera czy jakiejś sytuacji, bez słowa mówi nam wiele rzeczy. Co więcej, pomaga w komunikacji nawet ze zwierzętami! Mam yorka, który dokładnie wie, co chcę powiedzieć i rozmawia ze mną swoją mową ciała, w taki sposób, że ja też wiem, czego on chce ode mnie. Trzeba się tylko temu przyjrzeć. Podobno matki na tej samej zasadzie potrafią się porozumiewać z noworodkami. Jeśli pewne znaki zostaną zakodowane to jest to pierwszy język, który się odbywa i który jest niewerbalny. Czyli tak, jak w tańcu. Można więc powiedzieć - wracając do pani pierwszego pytania - że ludzie tańczą, bo chcą się komunikować: albo z partnerem, albo z większą grupą ludzi, albo wertykalnie, czyli z bóstwem.

Czy taniec może zmienić człowieka?

- Taniec zmienia na pewno. Jest taka dziedzina terapii, jak choreoterapia, która zajmuje się zmianą. Przy jej pomocy można stwierdzić na przykład, że dziecko jest zestresowane lub ma jakieś ograniczenia, i dalej - czy są to ograniczenia psychiczne, nieumiejętność bycia w grupie czy po prostu jakaś choroba. To wszystko widać w ruchu. Taniec pomaga otworzyć się, przezwyciężyć pewne ograniczenia, wycofanie.

Czy sztuka tańca to prosty język? Uważa się, że malarstwo jest najtrudniejsze w odbiorze, a muzyka najłatwiejsza.

- Taniec, ruch człowieka, jest złączony z jego wnętrzem, a sztuka tańca to jest jeszcze coś innego. Jest ona związana z artystą, czyli kimś, kto tworzy nowy wizerunek i ma do powiedzenia coś, czego, że tak powiem, nie-artysta nie widzi i nie czuje. W momencie, kiedy widz ogląda artystę lub słucha jego dzieła, to wtedy coś przeżywa lub czegoś nowego się dowiaduje. O jakiejś sprawie lub drugim człowieku.

- Sztuka tańca działa na człowieka podobnie, jak malarstwo czy muzyka. Jest jeden warunek. Widz musi być wrażliwym człowiekiem. Czasem jest tak, że w danej sztuce nie ma właściwie żadnej historii, a ktoś przychodzi po spektaklu, płacze i mówi: "To jest o moim życiu, skąd pani wiedziała?". Czasami trudno wyrazić, dlaczego coś nas wzrusza. Dlatego sztuka, która jest ulotna z natury, trwa tyle, ile spektakl. Oglądany na żywo, bo wtedy mamy dowolność patrzenia, w miejsce, w które chcemy spoglądać. Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia, a nawet więcej: zależy obok kogo siedzę, w jakim stanie się tu znalazłam. Czy jestem załamana czy przyszłam się rozerwać?

I jak do tego widza dotrzeć?

- Trzeba mu dać szeroką gamę środków wyrazu: działać na emocje, na poczucie estetyki i działać intelektualnie. Jeśli spełnimy te trzy aspekty, to mamy większą szansę, żeby być zrozumianym. I żeby istniał dialog, nie tylko monolog - ja mówię, a wy słuchajcie i nic mnie nie obchodzi. Nie, mnie interesuje dialog z widzem.

Była pani primabaleriną, a później choreografem.

- Na pewno było inaczej, kiedy odpowiadałam tylko za siebie i, wychodząc na scenę, mogłam zrobić wszystko, a inaczej, kiedy jestem choreografem i tańczy ktoś inny. Jak potem siedzę na widowni, już nic nie mogę zrobić. To jest jak przy porodzie, używając kobiecego języka, mało tego, tak, jakbym nie robiła USG. Nie wiem, czy wyjdzie dziewczynka czy chłopiec, dopiero jak się urodzi, patrzę, co to jest i czy ma 10 palców (śmiech).

Bolesny proces twórczy?

- Tak, może okazać się wszystko. I ten poród przewidziany na dzień premiery może przechodzić zupełnie inaczej, niż ja to sobie wyobrażałam, a wszystko przez to, że medium jest żywy człowiek, a nie zaprogramowany automat.

Dlaczego ludzie poświęcają się zawodowo sztuce?

- To jest ciekawe, poświęcają całe życie, swoje zdrowie, dzieciństwo, bo szkoła baletowa trwa 9 lat. 9 ciężkich lat. Trzeba zmienić swój instrument, jakim jest ciało. Nie tak, jak w przypadku skrzypka, który, jeśli się dorobi, kupi sobie stradivariusa. Ten nasz stradivarius, nie dość, że się starzeje, to jeszcze może zostać uszkodzony. A naprawić nie jest łatwo. Powrót do formy po kontuzji nie zawsze jest możliwy. 

Czy to prawda, że taniec pożera ciało?

- Ciało to instrument, który, w zależności od rodzaju techniki, trzeba przystosować. Są pewne wymogi, których nie da się przeskoczyć. Po to też jest egzamin wstępny w szkole baletowej. Trzeba mieć pewne proporcje, ale też odpowiednią koordynację ruchów. Ciało jest co chwilę inne, zmienia się. Inne jest ciało i umysł dziecka, a inne ciało nastolatki, która dojrzewa i walczy z hormonami. Słyszy, że jest gruba, że się nie nadaje, a tu jeszcze dochodzą problemy psychiczne. Nie można się załamać, tylko dążyć do tego, żeby spełnić swoje wielkie marzenie - przynajmniej ja takie miałam - żeby tańczyć.

Jest pani dyrektorką Polskiego Teatru Tańca...

- I stwierdzam, że jest to najcięższa funkcja z dotychczasowych. Bycie dyrektorem to jest kara, to są galery, to coś, co nie pozwala spać, coś, co wyklucza właściwie życie codzienne i prywatne. To jest ciągły stres: jak zapewnić funkcjonowanie Polskiego Teatru Tańca bez pieniędzy, bez możliwości, bez sceny, z zagrożeniem, że za chwilę nie będzie gdzie zrobić próby. Kuria wygrała proces o budynek szkoły baletowej i za dwa lata ma to być nam zabrane.

Pani największe zmartwienie?

- Co zrobić, żeby ten teatr, który istnieje od 40 lat nadal istniał. Nawet jak ja już nie będę dyrektorem, bo są moi następcy. Są w tej szkole, w której teraz jesteśmy, przyszli uczniowie, którzy wybiorą tego typu teatr tańca, a nie zespół baletowy w operze. Teatr tańca to gatunek, który istnieje od 1953 roku. Od Piny Bausch czy od Kurta Ionsa i słynnego spektaklu "Zielony stół", który intelektualnie zahaczał o problem wojny i wciąż jest aktualny. Czy ta dziedzina sztuki ma szanse przetrwać, kiedy istnieje komercja? To jest największy problem wszystkich dziedzin sztuki, a sztuki współczesnej w szczególności.

Która jest mało rozumiana przez widownię?

- Rozumiana jest, ale mało doceniana. Do opery idziemy na coś, co w pewnym sensie znamy - na "Jezioro Łabędzie", "Dziadka do orzechów", a taniec współczesny i wszystkie formy współczesne są niespodzianką. Prościej zrozumieć pełen konwencji ruch baletowy. Człowiek lubi to, co zna. To trochę tak, jak są osoby, które uwielbiają zupę pomidorową, a innej nawet nie spróbują.

Co zrobić, żeby klimat dla sceny tanecznej był lepszy?

- Widzowie mogą pomóc, głosując nogami na wszystko, co się dzieje wokół tańca. Taniec ma dziś za niską rangę.

Zawsze tak było czy to się zmieniało?

- To się zmieniało. Gdybyśmy prześledzili historię tańca, to bywały okresy, kiedy taniec dysponował innymi dziedzinami sztuki i wyznaczał trendy. I to artystycznie zapładniało innych twórców. W prototańcach szamana traktowano z wielkim szacunkiem, tak, jak teraz ojca świętego. On wiedział więcej, tak samo było w Egipcie i wszystkich kulturach, gdzie ruch i taniec miały znaczenie sakralne. Taniec był środkiem dojścia do władzy. Za Ludwika XIV na przykład, ponieważ on tańczył sześć godzin dziennie, cały dwór też musiał. Kiedy ktoś chciał zostać ministrem, musiał dobrze tańczyć. Można więc powiedzieć, że były momenty, kiedy taniec rządził światem. Rządził człowiekiem w komunikacji z bóstwem. Weźmy tango argentyńskie czy flamenco. Jakie taniec ma niesamowite znaczenie dla pewnych narodów! Taniec może mieć znaczenie i może być tańcem go go, czysto erotycznym. Tak, jak wszystkiego, tańca można używać w kierunku dobra, albo w kierunku ciemnej strony mocy.

Czy mogłaby pani żyć bez tańca?
- Po długiej drodze z tańcem, właściwie od dziecka, bo tańczę od 4. roku życia, myślę, że nie. Nie chciałabym powtarzać mojego życia bez tańca. Dlaczego? Dlatego, że taniec w tych różnych moich aktywnościach: primabaleriny, pedagoga, choreografa, dyrektora, jest cały czas tym samym - spełnianiem moich marzeń. Ciągle mam coś do zrobienia, widzę przed sobą horyzont, wydaje mi się, że się ciągle mogę uczyć. I to jest mój najważniejszy uniwersytet. Mój sposób na życie, na bycie człowiekiem. Mój umysł, moje serce, poprzez to ułomne ciało, które się na dodatek starzeje, ciągle ma coś do powiedzenia. To jest coś wspaniałego i powinnam dziękować, że otrzymałam taki talent i możliwość spełnienia się. Uczymy się pokory już od pierwszego stania przy drążku. Uczymy zmagania z samym sobą, z własną poprzeczką. To wyrabia cierpliwość do swoich wad. Można powiedzieć, że taniec to rzeźbienie z ograniczeń. A jednak czujemy, że możemy wszystko, tylko trzeba wiedzieć, co możemy zmieniać, a co musimy zaakceptować.

Prof. Ewa Wychowska - była primabaleriną Teatru Wielkiego w Łodzi. Autorka ponad 70 spektakli zrealizowanych w Polsce, Włoszech, Niemczech, Czechach i USA. Juror polskich i międzynarodowych konkursów tańca, ekspert ministerialny, członek Międzynarodowej Rady Tańca (CID-UNESCO). Prezes Polskiego Stowarzyszenia Choreoterapii. Od sezonu 1988/89 dyrektor naczelny i artystyczny Polskiego Teatru Tańca. Jest jedną z nielicznych polskich tancerek odnoszących sukcesy na światowych scenach baletowych, zarówno w repertuarze klasycznym, jak i współczesnym. Zna ją publiczność niemal wszystkich kontynentów, reprezentowała polską sztukę tańca na festiwalach w USA, Kanadzie, Peru, Francji, Grecji, Hiszpanii, Izraelu, Wielkiej Brytanii, Turcji, Włoszech, Finlandii, Gruzji, Rosji, Japonii i Brazylii. Ewa Wycichowska ma w swoim dorobku także współpracę choreograficzną z wybitnymi reżyserami teatralnymi, operowymi i filmowymi m.in. z Jerzym Jarockim, Krzysztofem Zanussim czy Krzysztofem Kieślowskim.





Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje