Reklama

Reklama

Mikołaj Roznerski: Ojcostwo to najważniejsza rola w życiu

Jest szczęśliwym tatą i o synku może opowiadać godzinami. Dba, by chłopiec miał też dobrą relację z dziadkami.

Wychował się na wsi i nie wstydzi się tego. Jeśli tylko czas mu pozwala, wraca w rodzinne strony. Ważne miejsca swego dzieciństwa, np. staw otoczony lasem, pokazuje synkowi.

Mówisz, że ważne jest dla ciebie zachowanie równowagi między życiem rodzinnym a pracą. Udaje ci się ta sztuka?

Mikołaj Roznerski: - Aktorstwo daje mi ogromną satysfakcję i spełnienie, ale nie dajmy się zwariować. Praca jest dla mnie, a nie ja dla pracy. Mam jedno życie - więzi rodzinne czy przyjacielskie, codzienne sprawy są dla mnie dużo ważniejsze niż kolejne role. Nie chcę się kiedyś ocknąć i uzmysłowić sobie, że ostatnie czterdzieści lat harowałem po czternaście godzin na dobę.

Reklama

A twój syn, stojący obok, będzie miał brodę i wąsy... 

- ... i powie: tato, biorę ślub i kupuję mieszkanie. A ja nie będę wiedział, kiedy ten czas minął. Nie chcę takiego życia. Wolę jak najczęściej cieszyć się chwilami spędzonymi w gronie najbliższych, doświadczać, poznawać. Trzeba się pilnować, bo jest dużo pokus. Można się łatwo zagalopować, brać zlecenie za zleceniem.

Rozmawiasz z bliskimi o swojej pracy?

- Oczywiście. Nie pytam, czy przyjmować propozycję, czy nie, bo decyduję o tym sam. Najczęściej po prostu się chwalę - cześć, mamo, dostałem taką, a taką rolę, tylko nie idź do kina, bo w jednej scenie będę nago. Radzę się rodziców w innych kwestiach. Mam firmę, a specjalistą w tej dziedzinie jest mój tata, przedsiębiorca z wieloletnim doświadczeniem. Ma gospodarstwo i firmę ochroniarsko-sprzątającą. Od niego uczę się prowadzenia biznesu.

Do kogo jesteś bardziej podobny - do mamy czy taty?

- Rysy twarzy i brązowe oczy odziedziczyłem po mamie. To spadek po moim pradziadku, który miał ciemną karnację i urodę śródziemnomorską. Posturę i wzrost zawdzięczam tacie. Obaj mamy po metr dziewięćdziesiąt, tylko on jest blondynem z niebieskimi oczami. Mój brat to jego wierna kopia, a siostra jest podobna do obydwojga rodziców. Jestem najstarszy z rodzeństwa, brat jest ode mnie młodszy o sześć, a siostra - dziesięć lat. Gdy rodzice szli w pole do pracy, opiekowałem się nimi. Zmiana pieluch nie jest mi więc obca. Dzieciństwo na wsi wygląda zupełnie inaczej niż w mieście.

Często bywasz w rodzinnych stronach?

- Mam do domu kilkaset kilometrów. Żałuję, że dzieli nas taka odległość, bo widzimy się rzadziej niż byśmy chcieli. Gdy mam ku temu sposobność, biorę syna i jedziemy do Rolantowic. Rodzice są po rozwodzie, mają nowe rodziny, ale staram się dzielić czas tak, by każde było dopieszczone i spędziło jak najwięcej chwil z wnuczkiem. Dbam o relację syna z dziadkami. Wiem, że jest bardzo ważna.

Wzruszasz się, gdy odwiedzasz swoje stare kąty?

- Dom, w którym spędziłem dzieciństwo, wciąż należy do mojej rodziny. Niewiele się w nim zmieniło. Jest piec kaflowy, izby i piekarnia, gdzie mój dziadek wypiekał chleb. Miał pierwszego Mercedesa we wsi, to było w latach 60. Później jeździł nim mój ojciec, który używał go do przewożenia kurczaków. Gdy parkował, na chodniku zostawały części.

- Wyciszam się tam, mam chwilę na zastanowienie. Przyjeżdżam, a mama mówi: Uspokój się, usiądź, złap oddech, idź do lasu, pojedź rowerem z dzieciakiem. Mieszkałem w Rolantowicach do czternastego roku życia, mam w okolicy mnóstwo ważnych dla mnie miejsc. Na przykład staw okolony lasem i polami kukurydzy, który z kolegami nazywaliśmy wikla. To była nasza oaza - chodziliśmy się tam kąpać, zawieszaliśmy huśtawkę zrobioną z opony i sznura, całowaliśmy się z dziewczynami.

Jakie najważniejsze zasady życiowe wyniosłeś z domu rodzinnego?

- Nie mam uprzedzeń. Każdy człowiek jest dla mnie tak samo ważny, niezależnie od statusu społecznego. Jeżeli mogę, pomagam innym. Staram się być życzliwy, uśmiechać się. Mam jedno życie, nie chcę go marnować na złe emocje. W dzisiejszych czasach ciągle się spieszymy, gonimy. Warto się zatrzymać i spojrzeć na drugiego człowieka. Tego mnie nauczyli rodzice. To fundament, na którym buduję wszystkie relacje międzyludzkie.

Starasz się nauczyć tego syna?

- Rozmawiamy, pokazuje mu, jak się zachowywać. Ma 4,5 roku, ale to już bardzo rezolutny człowiek, dużo rozumie, dużo można mu wytłumaczyć. Najtrudniej nauczyć go świadomości, że nie wszystko należy do niego. Staram się, by miał poczucie, że jest bardzo ważny, ale jednocześnie wiedział, że na świecie są inni ludzie, których trzeba szanować i żeby cieszył się z tego, co ma.

Nie tupie w sklepie, żebyś kupił mu kolejną zabawkę?

- Oczywiście, że tupie i krzyczy, jest dzieckiem, to naturalne, jest pępkiem świata. Ma do tego prawo, nie chcę go ograniczać, musi się nauczyć życia. Za każdym razem, gdy chce kolejną zabawkę, tłumaczę mu, że ma ich bardzo dużo. Teraz wszystko jest na wyciągnięcie ręki. Nie chce, żeby największą wartością były dla niego rzeczy materialne, ograniczam świat zabawek. Staram się dozować mu atrakcje, żeby pójście do kina było wydarzeniem, czymś wyjątkowym, a nie codziennością.

Nie irytujesz się, gdy zmęczony po pracy, musisz synowi dziesiąty raz tłumaczyć to samo?

- Zawsze jestem spokojny, opanowany. Zmęczony, ale świadomy, że ja i mama to jego fundament. On się opiera na nas, od kogo ma czerpać, jak nie od rodziców? Później pójdzie swoją drogą, otoczy się znajomymi, będzie samodzielnie dokonywał wyborów, teraz wszystko dostaje od nas. Na razie chce zostać Spidermanem, jest na etapie ratowania świata. To świetny facet, szalejemy na placach zabaw, a ostatnio nauczyłem go podciągania się na drążku. Od sierpnia będzie uczył się grać w piłkę w Legii Warszawa. Nie mogę się doczekać pierwszego meczu z jego udziałem. Jestem szczęśliwym tatą, to najważniejsza rola w moim życiu.

Rozmawiał: Kuba Zajkowski

Dobry Tydzień

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje