Reklama

Reklama

Na tropach biblijnych tajemnic

"Niektórzy twierdzą, że wiele historii opisanych w Biblii jest tylko wytworem ludzkiej wyobraźni. Naukowcy starają się dowieść, że wydarzyły się naprawdę... nawet te najbardziej fantastyczne." - uważa Aleksandra Polewska autorka książki "Na tropach biblijnych tajemnic".

Anna Piątkowska: Skąd pomysł na książkę "Na tropach biblijnych tajemnic"?
Aleksandra Polewska: Chciałam zostać archeologiem i pewnie bym nim była, gdyby pewnego dnia nie opublikowano mojego artykułu w gazecie. Tamtego dnia, ku swojemu wielkiemu zaskoczeniu, odkryłam, że dziennikarstwo jest chyba jeszcze ciekawsze. Ale archeologii nigdy nie przestałam kochać. Zwłaszcza archeologii biblijnej. Fascynację nią natomiast zawdzięczam w dużej mierze Stevenowi Spielbergowi i "Poszukiwaczom zaginionej Arki". Pisałam o archeologii będąc już dziennikarką, później zaczęłam pisać książki. A ponieważ nie było na rynku pozycji, która w kompleksowy sposób omawiałaby odkrycia archeologów biblijnych, przedstawiłam nieśmiało pomysł jej napisania mojemu wydawcy.

Reklama

Pomimo tego, że niezbyt dobrze znamy biblijne historie, to jednak bardzo interesuje nas ich autentyczność, związane z nimi tajemnice. Książka Dana Browna "Kod Leonarda da Vinci", która ukazała się kilka lat temu, spowodowała wzrost zainteresowania tematyką biblijną a także reinterpretację biblijnych historii. Czy Pani książka również wpisuje się w taki nurt reinterpretacyjny?
Pisząc tę książkę w ogóle nie myślałam o popularnych nurtach czy trendach na rynku księgarskim. O napisaniu czegoś takiego marzyłam już od dawna, ale nie sądziłam, że znajdę wydawcę. Moja książka to efekt nieskażonej żadnymi komercyjnymi motywacjami fascynacji archeologią biblijną. Fascynacji, fascynacji i jeszcze raz fascynacji.

Jestem osobą, która lubi chodzić swoimi drogami i przecierać własne szlaki, ponosząc całe ryzyko jakie jest w to wpisane. Nie lubię wpisywać się w nurty. Poza tym moja książka nie ma nic wspólnego z reinterpretacją Biblii. Zresztą "Kod Leonarda da Vinci" tak naprawdę też nie ma nic z nią wspólnego, bo to po prostu oparta o motywy biblijne fantastyka. Nie od dziś wiadomo, że "Kod" pełen jest historycznych niedorzeczności, więc nie można go traktować w kategoriach reinterpretacji.

Opisane przez Panią historie również brzmią nieco sensacyjnie, np. Mossad u królowej Saby... Co takiego izraelski wywiad ma wspólnego z biblijną królową?
Sensacja to tylko pozory. Problem wiąże się z tym, że nauka już od dawna jest wykorzystywana dla celów innych, niż stricte naukowe, czyli np. dla politycznych. Jak wiemy, Izrael i jego okolice to tereny niezwykle newralgiczne politycznie. W zasadzie od zawsze ta część naszego globu nękana jest konfliktami. Niektórzy wręcz mawiają, że sytuacja na Bliskim Wschodzie jest streszczeniem ogółu międzynarodowych problemów. Arka Przymierza, bo to ona jest bohaterką rozdziału pt. "Mossad u królowej Saby", jest jednym z najgorliwiej poszukiwanych artefaktów i to w dodatku nie tylko przez archeologów czy poszukiwaczy skarbów.

Wiadomo, że Arce przypisywana była niezwykła moc. W Starym Testamencie istnieją zapisy mówiące o tym, że Izraelici zabierali ją ze sobą na czas toczenia bitew i ona zapewniała im zwycięstwo. Nic dziwnego więc, że Arki poszukiwał nawet Hitler. Jednak najwyraźniej nie doczytał, że kiedy Arka dostawała się we władanie innych armii przynosiła im pecha. Dziś odnalezienia Arki szalenie obawiają się, będący w odwiecznym konflikcie z Żydami, Palestyńczycy. Uważają, że Żydzi natychmiast wykorzystaliby ją przeciwko nim. Dlatego też sami jej poszukują. Brzmi to może zabawnie, ale problem jest poważny.

Tajemnicą poliszynela jest, że Hamas śledzi i realnie grozi każdemu wytrwalszemu poszukiwaczowi. Muszę jednak zaznaczyć, że w czasie, gdy jedni szukają Arki, inni twierdzą, że nigdy nie zaginęła. Etiopscy Koptowie utrzymują, że Arka znajduje się pod ich strażą w jednym z kościołów w Aksum, które nazywane jest też miastem królowej Saby. Pierwszym cesarzem Etiopii miał być niejaki Menelik, który według miejscowej tradycji był synem królowej Saby i Salomona. Pewnego razu, gdy młodziutki Menelik wracał do domu z Jerozolimy, Salomon postanowił wysłać wraz z nim eskortę niosącą by Arkę, by ta chroniła w podróży jego syna. Według tradycji etiopskiej Arka już nigdy nie wróciła do Izraelitów.

Kłóci się to oczywiście z dziejami Arki opisanymi w Biblii, ale nikt do dziś jednoznacznie nie wykluczył możliwości, iż Arka może być przechowywana w Etiopii. Koptowie jednak nikomu nie chcą pokazać swego skarbu, twierdząc za Biblią, że przecież nikt nie może oglądać Boga. Gdyby jednak okazało się to prawdą Hamas zareagowałby natychmiast. Dlatego na wszelki wypadek Mossad umieścił w Aksum swoich agentów. Ot, cała sensacja.

Czytając Pani książkę ma się wrażenie, że biblijna archeologia wiele zawdzięcza cesarzowej Helenie. Czy rzeczywiście matka Konstantyna Wielkiego ma takie ogromne zasługi na tym polu? Co właściwie jej zawdzięczamy?
Ośmielę się stwierdzić, że św. Helena jest tym dla archeologii biblijnej, czym dla Ameryki Krzysztof Kolumb. Przy czym Kolumb to ikona historii, a tę niezwykłą świętą o duszy Indiany Jones, kojarzą głównie osoby duchowne. Helena na około 1500 lat przed narodzinami archeologii jako dyscypliny naukowej, przeprowadziła pierwsze, a w dodatku zakrojone na ogromną skalę poszukiwania i wykopaliska. Mało tego - zadbała o ich zabezpieczenie i, dzięki temu, do dziś zachowało się niemal wszystko, co odnalazła.

Co konkretnie?
Po pierwsze krzyż Chrystusa - choć dzielono go tyle razy na części, że dziś mówi się już tylko o drzazgach z tego krzyża. Krzyże skazanych z Jezusem łotrów. Gwoździe, którymi przebito ręce i nogi Jezusa, kostki, którymi żołnierze grali o szatę Chrystusa, gąbka na której podawano mu ocet, gdy wisiał już na krzyżu oraz włócznię, którą przebito bok. Helena odnalazła również relikwie Trzech Króli, sandały św. Andrzeja, ząb św. Piotra.

Odnalazła i zabezpieczyła grób Chrystusa, włącznie z kamieniem, którym zasuwało się wejście do niego. Dzięki Helenie do dziś możemy oglądać Grotę Zwiastowania w Nazarecie i dom Św. Rodziny, którego cegły są w bazylice loretańskiej. Pod koniec lat 90. niemiecki historyk Michael Hasemann przeprowadził szczegółowe analizy, odkrytej również przez Helenę, tablicy z krzyża Chrystusa, znanej powszechnie z ikonografii jako tabliczka z napisem INRI. Dziś już wiemy na pewno, że te przedmioty, zwane tablicami zbrodni stanowiły w czasach rzymskich swoisty odpowiednik dzisiejszego odpisu wyroku.

Czy rzeczywiście św. Helena odnalazła krzyż, na którym został ukrzyżowany Jezus? Jak to wygląda w świetle współczesnych badań? Co stało się z jedną z największych relikwii chrześcijan?
Nie mamy żadnych podstaw, by podważyć autentyczność krzyża, który odnalazła cesarzowa Helena. Według zachowanych zapisów, krzyż odnaleziono wtedy, kiedy Helena straciła już na to nadzieję. W trakcie prac przygotowujących wzgórze Golgota do wzniesienia na nim fundowanej przez cesarzową bazyliki Grobu i Zmartwychwstania Chrystusa, robotnicy odnaleźli w starej cysternie w szczelinie zbocza trzy krzyże, gwoździe i tablicę zbrodni z napisem INRI.

Jak mówią zapisy, jeden z krzyży miał moc uzdrawiania i w ten sposób stwierdzono, że należał do Jezusa. Znalezione krzyże były bardzo prowizoryczne, toporne. Zrobione z czarnej sosny. Helena podzieliła krzyż Jezusa na trzy części, by każdy z ważnych ośrodków chrześcijaństwa - tzn. Jerozolima, Rzym i Konstantynopol - miał po jednym. Później dzielono te trzy części na jeszcze mniejsze cząstki i bardzo szybko drzewo krzyża trafiło do licznych miast ówczesnego świata chrześcijańskiego. W średniowieczu, kiedy to handlowano bez jakichkolwiek skrupułów, fałszywymi relikwiami, drzazg z krzyża sprzedano tyle, że można by z nich złożyć co najmniej kilka krucyfiksów. Na szczęście dzisiejsze metody naukowe pozwalają odróżnić falsyfikaty od autentyków. Ponadto bardzo interesujące są analizy porównawcze. Całun Turyński również posiada mikroślady czarnej sosny. Badania relikwii z Golgoty w niezwykły sposób się zazębiają.

A co takiego łączy mityczną Atlantydę z Mojżeszem, bo temu zagadnieniu również poświęcona jest Pani książka?
Być może kompletnie nic, a być może sporo. Pierwsza sprawa to ta, że historyczności Atlantydy jeszcze nikt nie dowiódł. Cały jej mit wziął się z kilku zdań, które Platon zawarł w swojej "Uczcie". Opisał on tam prawdziwe eldorado - nazwał je Atlantydą. Według filozofa, Atlantyda zniknęła z powierzchni ziemi na skutek gniewu boga Posejdona. Jednak Atlantyda mało przystawała do rzeczywistości, stąd duże prawdopodobieństwo, że była tworem fikcyjnym. Wielu śmiałków jednak od wieków próbuje udowodnić, a także wskazać, gdzie Atlantyda miałby leżeć.

Spora część uczonych utożsamia Atlantydę z grecką wyspą Santorini, którą w czasach Antyku nazywano Therą. W głębokiej starożytności na Therze miał miejsce największy w historii wybuch wulkanu, który mógł wywołać na Morzu Śródziemnym powstanie fali o cechach tsunami. Naukowcy udowodnili już, że owa fala mogła doprowadzić do opisanego w Księdze Wyjścia otwarcia się morza. Jakiś czas temu odkryto błąd w pierwszym tłumaczeniu księgi opisującej exodus na łacinę i okazało się, że Mojżesz przechodził prawdopodobnie nie przez Morze Czerwone, ale przez tzw. morze trzcin.

Morzem trzcin nazywano w Egipcie pewien obszar depresji w delcie Nilu, leżący między półwyspem Synaj a polami uprawnymi. Prawdopodobnie właśnie prze ten teren przechodzili Izraelici. Owo śródziemnomorskie tsunami mogło faktycznie na jakiś czas wyssać wodę z tego obszaru. Część naukowców datuje wyjście Izraelitów na okres erupcji na Santorini. Więc jeśli przyjmiemy założenie, że Atlantyda istniała i była to dawna Thera, możemy wnioskować, że zniknęła po to, by mógł dokonać się najsłynniejszy w historii exodus, którym dowodził Mojżesz. Ale to tylko pewna intelektualna zabawa.

Co Panią najbardziej zainteresowało w opowieściach biblijnych, co spowodowało, że zaczęła Pani szukać, dociekać?
Od zawsze intrygowali mnie Trzej Królowie. To bardzo piękne, tajemnicze i nawet nieco baśniowe postacie, więc nic dziwnego, że rozbudzały moją wyobraźnię już w dzieciństwie. Zresztą nawet moja ulubiona kolęda to "Mędrcy Świata". Nikt nie potrafił mi powiedzieć o nich nic więcej, niż mówi Ewangelia według Św. Mateusza, a ja bardzo chciałam wiedzieć, co działo się z nimi po powrocie do domów i w ogóle skąd dokładnie pochodzili. Do dziś to moi biblijni ulubieńcy.

Jakie tajemnice skrywa jeszcze Biblia? Czy zamierza Pani nadal zajmować się archeologią biblijną, wyjaśniać kolejne zagadki?
Największą tajemnicą Biblii jest to, że to księga, która naprawdę potrafi odmienić ludzkie życie. Niezależnie od stopnia jego skomplikowania. Natomiast co do tajemnic, które można wyjaśniać w sposób naukowy - jest ich pewnie co najmniej tyle, ile ksiąg w Piśmie Świętym. Im bardziej będzie rozwijać się nauka, tym więcej tajemnic zostanie rozszyfrowanych.

Będzie kolejna książka?
Owszem, zamierzam ją napisać. Mam już niemal wszystkie materiały. Nim jednak to zrobię, chwilę odpocznę od archeologii i skupię się na historii, która też kryje niezwykłe tajemnice ściśle z Biblią powiązane.

Odcina się Pani od nurtu, w którym mieszczą się sensacje rodem z książek Dana Browna, a czy Pani nie spotyka się z zarzutami o baśniowości przedstawianych historii? "Na tropach biblijnych tajemnic" nie jest przecież publikacją naukową.
Przyznam, że sama dziwię się, że jeszcze nikt nie zarzucił mi tej baśniowości. Spodziewałam się dość dużych ataków w tej kwestii, a tu nic! Ale nie, nie boję się. Wszystko w tej książce ma oparcie w konkretnych i uznanych przez naukę źródłach. Nie jest to pozycja naukowa, co podkreślam zresztą wyraźnie we wstępie, ale czy jako autorka książki, która choć naukowa nie jest, ale dotyczy nauki, mogę się zwolnić od rzetelności? Liczę się z tym, że mogłam popełnić jakiś błąd, ale nigdy nie pozwoliłabym sobie na firmowanie własnym nazwiskiem pracy, która obrażałaby ludzką inteligencję.

Z autorką książki Na tropach biblijnych tajemnic rozmawiała dziennikarka INTERIA.PL Anna Piątkowska.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje