Reklama

Reklama

Przemysław Babiarz: Nie będę szukał innej

- Małżonkowie mogą mieć różne charaktery, ale wszystko to da się pogodzić, jeśli jest wspólna płaszczyzna wartości – mówi Przemysław Babiarz. Z żoną Marzeną patrzą w jednym kierunku.

Katolickie tradycje przekazywane były w pana rodzinie  z pokolenia  na pokolenie? 

Przemysła Babiarz: - Tak, a wiem to z przekazów, bo nie miałem szansy poznać dziadków. Dziadek po kądzieli, Ludwik, zmarł w 1944 roku, kiedy moja mama miała zaledwie 10 lat. A ten po mieczu, Kazimierz, odszedł, gdy miałem rok i trzy miesiące. Rodzina mojej mamy podczas II wojny światowej kilka razy musiała zmieniać miejsce zamieszkania. Wreszcie znaleźli bezpieczne schronienie w klasztorze karmelitanek w Przemyślu. Przebywali tam przez kilka lat. Mieli więc na co dzień serdeczny kontakt z siostrami zakonnymi, oczywiście nie z tymi klauzurowymi.

Reklama

- W naszej domowej biblioteczce pojawiło się wówczas wiele książek o tematyce sakralnej. Jedna z nich, o świętej Teresie z Lisieux, karmelitance i doktorze kościoła trafiła w moje ręce, gdy miałem 14 lat. Przeczytałem ją, ale przyznaję, że nie była to łatwa lektura dla tak młodego chłopaka.

Pana przodkowie byli  też wielkimi patriotami...

- Mój dziadek ze strony taty, Kazimierz, był legionistą, walczył podczas I wojny światowej. Najpierw służył  w wojsku austriackim, na froncie włoskim. Został ranny, trafił do lazaretu, a potem wstąpił do Legionów. Zarówno on jak i babcia Helena byli bardzo religijni, śpiewali w chórze franciszkańskim.

- Po I wojnie światowej dziadek pracował na kolei. Kiedyś uległ wypadkowi. Lekarze uznali, że obrażenia są na tyle poważne, że nie uda się go uratować. Położyli go w szpitalu na korytarzu, żeby tam dogorywał. Babcia nie chciała się z tym pogodzić, więc wraz z trzema małymi synkami zaczęła się modlić przed obrazem Matki Boskiej. Ich próśb wysłuchano, dziadek wyzdrowiał w sposób zaskakujący dla medyków.

To jedyny cud, jaki wydarzył się w waszej rodzinie?

- Nie wiem, czy te wydarzenia można rozpatrywać w kategoriach cudu, ale na pewno Opatrzność czuwa nad moją  familią. Na samym początku okupacji Niemcy zbombardowali nasze rodzinne miasto - Przemyśl. Kiedy dziadkowie (rodzice mamy: Eugenia i Ludwik) usłyszeli przeraźliwy warkot silników samolotów, natychmiast całą rodziną schronili się w piwnicach. Jeden z pocisków uderzył w ich dom. W pokoju, który najbardziej ucierpiał, wszystkie meble i przedmioty zostały zniszczone - dosłownie poszatkowane jak kapusta! Nietknięta była jedynie figurka Matki Boskiej stojąca między oknami.

Kalwaria Pacławska to ważne miejsce dla waszej rodziny?

- Do Sanktuarium Męki Pańskiej od zawsze wyruszały z Przemyśla piesze pielgrzymki. Największa odbywa się w sierpniu, kiedy ma miejsce Wielki Odpust ku czci Wniebowzięcia NMP. Nazajutrz, po zakończeniu tych uroczystości, pielgrzymi wracali do domów. W Przemyślu było takie powiedzenie: "Kalwaryjscy wracają, lato się kończy". Moi rodzice wybrali się do Kalwarii Pacławskiej niedługo po ślubie. Osiemdziesiąte urodziny mojej mamy, Anny, świętowaliśmy właśnie w Kalwarii Pacławskiej, a uroczystą mszę celebrował ojciec gwardian.

- Kalwaria jest pięknie usytuowana na wzgórzu. Już z daleka widać połyskujące w słońcu wieże. Będąc tam, ma się wrażenie, że się jest bliżej Nieba.

Pana ojciec nie żyje już od 19 lat. Jak go pan zapamiętał?

- Poświęcał dużo czasu i uwagi mnie i mojej siostrze. Rzadko wyjeżdżał, a jeśli już, to służbowo, najwyżej na 2-3 dni, a ja i tak bardzo wtedy za nim tęskniłem. Byliśmy sobie bliscy, a myślę, że dla chłopca taka więź jest niezwykle ważna. Mój ojciec interesował się sportem i mnie zaszczepił tę pasję, podobnie jak wcześniej jemu przekazał to zamiłowanie dziadek. To on też przybliżał mi kwestie wiary.

- Zapamiętałem takie zdarzenie: wkrótce po tym, jak przystąpiłem do Pierwszej Komunii Świętej, praktykowałem 9 pierwszych piątków miesiąca. Kiedyś podczas spowiedzi ksiądz za pokutę zadał mi zmówienie dziesiątki różańca. To właśnie tata wytłumaczył mi, jak się go odmawia. Był człowiekiem szalenie słownym, a przy tym uczciwym oraz dobrym. Wciąż jest dla mnie niedoścignionym wzorem.

A pan, jakie wartości stara się przekazać dzieciom?

- Moja córka i syn są już dorośli. Mam z nimi dobry kontakt. Na pewno z Szymonem ta więź jest szczególna. Choć świat szybko się zmienia, wartości pozostają niezmienne. Kiedy wychowuje się dziecko, zawsze istnieje niebezpieczeństwo, że będziemy próbować kształtować je na nasz obraz i podobieństwo, szukać w jego obliczu siebie... Tymczasem to jest odrębny człowiek - może być bardzo do nas podobny, mieć identyczną sylwetkę czy głos, ale nigdy nie będzie mną. Trochę czasu zajęło mi zrozumienie tego.

- Dziś jestem dumny z syna i cenię jego zdanie. Zdarzyło się na przykład, że krytycznie wypowiedział się na temat sposobu, w jaki udzielałem wywiadu w telewizji. Powiedział mi potem: "Tato, nie musisz się aż tak wygłupiać". Przemyślałem to i przyznałem mu rację. Czasem po prostu zapominam, że przecież nie jestem komentatorem sportowym przez 24 godziny na dobę. Zresztą takie uwagi czyni mi też żona (śmiech).

Tworzycie zgrany małżeński duet już od przeszło 20 lat. Jaki jest przepis na udany związek?

- Ważne jest uczucie, rozwaga, cierpliwość, wierność, lojalność i uczciwość. Małżonkowie mogą mieć różne charaktery, typy osobowości, zainteresowania, temperamenty, ale to można pogodzić, jeśli jest wspólna płaszczyzna wartości. Ja i moja żona nie tylko bardzo się kochamy, ale mamy także ten sam system wartości. 

Czyli jest to kobieta na życie...

- Tak, na całe życie. Gdyby jej kiedyś zabrakło, nie szukałbym żadnej innej. Wierzę zresztą, że i po tamtej stronie będzie nam dane być nadal razem.

Kinga Frelichowska


Ludzie i wiara

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje