Reklama

Reklama

Szczęście i święty spokój

O marzeniach, sposobie na wychowywanie dzieci i zbliżających się świętach opowiada znana projektantka Ewa Minge.

Zatrudnia Pani prawie 150 osób, jest jedyną projektantką swojej firmy i głównodowodzącą. Jak pogodzić tyle zawodowych funkcji z życiem prywatnym?

Ewa Minge: Jeszcze kooperuję z kilkoma firmami, które realizują różne projekty (śmiech). Szczęśliwie, synowie cały czas uczestniczą w moim życiu. Tak naprawdę projektowanie jest moim hobby, w związku z czym praca nie stanowi żadnego problemu. Projektuję zdecydowanie więcej niż jestem w stanie przerobić i wdrożyć w życie. A moim dzieciom poświęcam bardzo dużo czasu, ponieważ zajęłam się działalnością charytatywną, która przez przypadek przypięła się do mnie parę lat temu i step-by-step w moim własnym domu powstało studio nagraniowe. Może nie jest profesjonalne, ale jak na studio domowe prezentuje całkiem wysoki poziom.

Reklama

Skąd taki pomysł?

E.M.: Moje starsze dziecko przyprowadzało do domu przeróżnych kolegów, których określiłam ,"częściowo dziećmi ulicy". Oskar miał tak dziwnych kolegów, że rwałam sobie włosy z głowy. Inne matki dzwoniły do mnie, że nie powinien kolegować się z takimi chłopakami. Nie przekonały mnie jednak. Zaczęłam tych chłopców sprawdzać, rozmawiać z nimi, w wyniku czego powstała grupa młodzieży, która egzystuje ze mną we wszystkie weekendy w domu. Nagrywają płyty, bawią się w ten sposób. Wielu z nich, dzięki mnie, dostało się do dobrych szkół i odzyskało poczucie własnej wartości. Ciekawie patrzą w swoją przyszłość.

A Pani synowie jak patrzą w swoją przyszłość? Wykazują talenty po mamie, artystyczne lub biznesowe?

E.M.: Starszy ma łeb do biznesu, sześć na dziewięć. Gdybym mu pozwoliła w wieku szesnastu lat, zbiłby fortunę i mówię to zupełnie serio. Zajmuje się muzyką, ma studio nagraniowe, które stworzył i 1001 pomysłów. Natomiast rozumie, że to nie jest ten moment i na razie proponuję mu się uczyć, bawić, szkolić.

Pasja do muzyki ma szanse rozwinąć się w zawodowym kierunku?

E.M.: Tworzy muzykę, ale zdecydowanie bardziej interesuje go produkcja niż śpiewanie. Jakiś czas temu płytę jego i jego przyjaciół słuchało trzech profesjonalistów i żaden z nich nie wierzył, że nagranie zostało zrealizowane w domowym studio, stworzone przez piętnastolatków od początku do końca. Uważam nieskromnie, że są lepsi od wielu profesjonalnych zespołów. Interesują się akurat hip-hopem, ale na wysokim poziomie, z przeróżnymi podkładami, na przykład arabskimi. Piszą fajne i mądre teksty. To jest rap z przesłaniem, czyli nie jest "taki, siaki czy owaki", tylko taki, który coś tam mówi...

A młodszy syn, dwunastolatek?

E.M.: Zamierza być herpetologiem. Ma szóstkę z przyrody. Zna się na jaszczurkach, których mamy cały dom. Jestem z niego dumna, bo sama nie umiem tego wszystkiego odróżnić i nakarmić.

Czyżby synowie nie wykazywali zainteresowania modą?

E.M.: Absolutnie. Starszy tylko w tym sensie, że bardzo dobrze ubiera się sam. Czasami, tak jak mama, przesadza lekko (śmiech)... Ma szesnaście lat, 1,84 wzrostu, 50. rozmiar buta i ramiona jak dorosły mężczyzna. Wygląda na dziewiętnastolatka i taki też ma sposób myślenia. Bardziej interesuje go ,"prawie" dorosła młodzież.

Nadchodzą święta. Jak będzie wyglądał Wasz wigilijny stół? Z rozmachem typowym dla Ewy Minge?

E.M.: Zawsze tak samo. Ewa Minge wszystkim kojarzy się z rozmachem i nikt nie chce zauważyć, że bywam spokojna i ascetyczna. Może udowodnię, że taka jestem. Mój stół jest zawsze podobny. Lubię nowoczesność, ale jestem ogromną tradycjonalistką i lepiej czuję się we wnętrzach ciepłych. Mieszam orient ze staropolszczyzną. Potrafię stworzyć cuda. Gram, buduję i działam kolorem. Na moim stole w tym roku stanie ciemny, bardzo mocny w głębokiej czerwieni serwis, specjalnie na tę okazję.

Dla zaostrzenia apetytu?

E.M.: Tak. Piękne, ogromne kielichy. Do tego zielone szkło, typowo choinkowe. Bardzo widoczny opłatek i akcesoria, które są niezbędne. To wszystko na potężnym drewnianym stole. Do przygotowań wigilijnych wciągam swoich synów. W zeszłym roku pomagali mi ich koledzy, a w tym dołączą także koleżanki. To, co jest dla mnie najważniejsze na stole, to potrawy, które co roku wykonuję własnoręcznie. Nie kupuję nic gotowego. Lubię rodzinne święta. Musi być żywa choinka do sufitu i bombki zbierane od pokoleń.

A prezenty?

E.M.: Prezenty kupuję przez cały rok. Powinny być przemyślane. To nie jest tak, że wybieram się na zakupy w ostatniej chwili, aczkolwiek takie też są. Bywając w różnych stronach świata, zawsze uda mi się przywieźć coś fajnego.

Często Pani podkreśla, że jest osobą wierzącą. O co ,"fajnego" poprosi Pani Boga w tym roku?

E.M.: Zawsze proszę o szczęście. Nie dla siebie. Myślę, że wysłuchiwani jesteśmy głównie w prośbach dla kogoś, a mnie otacza strasznie dużo ludzi nieszczęśliwych. Staram się zmieniać ich życie i mam takie osoby, zupełnie obce jeśli chodzi o krew i pochodzenie, ale bliskie jeśli chodzi o przyjaźń. Opiekuję się nimi. Takim przykładem jest Agata Jabłońska, która była obecna na moim zeszłorocznym pokazie. Modelka, która porusza się na wózku i, mimo swojego kalectwa, jest szczęśliwa. Dlatego jeśli już ktoś jest kaleki, niech będzie szczęśliwy. Dla każdego tym szczęściem będzie coś innego, w zależności od sytuacji, w jakiej się znalazł.

A dla siebie?

E.M.: Dzisiaj również modlę się o szczęście dla siebie, a Mikołaja poproszę o dwa tygodnie świętego spokoju i żeby zabrał ode mnie wszystkie telefony.

Święta to dla Pani czas spokoju?

E.M.: To taki czas, kiedy szykuję wszystko, żeby potem przez trzy, cztery dni się nie ruszać. Zamieniam fotel na kanapę, telewizor górny na telewizor dolny... Nie wykonuję żadnych prac domowych. Moi synowie angażują się w zmywanie, budzą mnie na śniadanie, dopieszczają swoją mamę. Są bardzo fajni, dają mi dużo natchnienia. Mamy genialny kontakt, a nie zawsze tak było. Między innymi stąd moja ucieczka z Warszawy, żeby mieć więcej czasu dla nich, paradoksalnie. Żeby ten świat z nimi tworzyć.

A może nie lubi Pani tego miasta, epicentrum showbiznesu?

E.M.: Bardzo lubię, ale jest to miasto powierzchowne. To tak jak z błyszczącymi rzeczami: gdy się zeskrobie wierzchnią warstwę, okazuje się, że pod spodem jest tombak.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje