Kiedy jedzenie staje się obsesją

Historie dziewczyn, które przeszły przez piekło, kiedy wpadły w pułapkę zaburzeń odżywiania.

"Jedzenie bez końca i bez uczucia głodu - tylko to mnie pociągało". Agata, 16 lat.

Reklama

Myśli Agaty bezustannie krążyły wokół jedzenia. Jednorazowo potrafiła pochłonąć tyle, ile zdrowy człowiek zjadał w czasie paru dni. Później to zwracała...

To wszystko chyba zaczęło się od zawodu miłosnego. Zostałam sama i smutek tłumiłam słodyczami. Na początku nie było to nic poważnego. Potem codziennie coś podjadałam. W końcu wszystkie moje myśli krążyły wokół czegoś do zjedzenia. Już nie chodziło wyłącznie o słodycze. Przy każdej okazji szłam po coś do przekąszenia. Nawet moi przyjaciele zwrócili mi uwagę na to, że ja ciągle coś jem.

Straciłam nad sobą kontrolę

Budziłam się i w głowie miałam tylko jedno: jeść! I tak było niestety przez cały dzień! Bez końca, ale i bez uczucia głodu. Tylko to mnie interesowało. Aby wypełnić brzuch, byłam w stanie pochłonąć paczkę chleba tostowego z masłem i dżemem oraz górę pieczonych udek kurczaka. Gdy się najadałam, było mi dobrze, ale zaraz potem zaczynał się horror: czułam się źle z powodu przejedzenia, wyrzucałam sobie niekontrolowane opychanie się, ale było to dużo silniejsze ode mnie. Wpadłam w błędne koło i nie byłam w stanie sama z tego wyjść. Oczywiście strasznie tyłam, a to jeszcze bardziej mnie frustrowało. Żeby stracić na wadze, przerzuciłam się na restrykcyjną dietę. Zakładałam, że zjem nie więcej niż np. 200 kcal i w 2 tygodnie traciłam około 5 kg. Ale nie wytrzymywałam długo i znów zaczynałam się opychać. Nie mogłam przestać jeść. Miałam na zmianę okresy ostrej diety i chorobliwego opróżniania lodówki. Mój organizm był całkowicie rozregulowany. Niezależnie od tego, czy stosowałam dietę, czy się objadałam, jedzenie było moją obsesją.

Nie wiedziałam, że to choroba...

Sama przed sobą nie potrafiłam się przyznać, że mam problem. Byłam coraz bardziej roztrzęsiona wyrzucałam sobie, że nie jestem w stanie sama się kontrolować. Ciągle trafiałam do kuchni i jak w transie pochłaniałam straszliwe ilości kalorycznych produktów. Wymyśliłam, że zacznę zmuszać się do wymiotów, żeby nie przybierać na wadze. Spędzałam popołudnia w toalecie, ale nie udawało mi się zwrócić jedzenia, tak jakby mój organizm chciał te kalorie zatrzymać. Potem jednak nauczyłam się wymiotować. Wprawdzie nie chudłam, ale też nie tyłam. Wcale nie było mi z tym lepiej. Bardzo się męczyłam i czasami myślałam, że lepiej byłoby umrzeć... Rodzice tylko pędzili mnie do nauki, ale nie zauważali, że ich córka ma duże wahania wagi. Nie wiedziałam, gdzie szukać pomocy. Moi przyjaciele się wykruszyli... Pewnego dnia weszłam na jakieś forum w necie o bulimii i anoreksji. Objawy tej pierwszej pasowały do mnie jak ulał! W ogóle nie wiedziałam, że jestem na coś chora. Teraz wreszcie mogłam się wyżalić, nikt mnie nie oceniał i nie krytykował.

Zmieniło się moje podejście do życia

Właśnie to forum pozwoliło mi spojrzeć nieco inaczej na moją sytuację. Zrozumiałam, że potrzebuję pomocy. Zdecydowałam się o wszystkim powiedzieć mamie. Zanim to zrobiłam, upłynęło jednak trochę czasu. W końcu się odważyłam. Mama była w szoku - myślała, że tyję z powodu burzy hormonalnej. Spytałam, czy nie poszłaby ze mną do psychologa. Zgodziła się. Z niecierpliwością czekałam na pierwszą wizytę. Wcale nie było przyjemnie, ale nie poddałam się i rozpoczęłam psychoterapię. Wkrótce zmieniłam profil klasy. Byłam w matfizie, a przecież nienawidzę przedmiotów ścisłych... Przeniosłam się do klasy humanistycznej. Zgodnie z zaleceniami psychologa staramy się całą rodziną rozwiązywać problemy i spędzać ze sobą więcej czasu. No i zaczęliśmy razem jeść. Dziś nadal mam te napady, ale mój stan ducha nieco się poprawił. Nie przyjmuję do wiadomości, że mi się nie uda. Moim celem jest teraz całkowite wyleczenie się i zaakceptowanie samej siebie. Zrozumiałam, że potrzebuję pomocy.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje