Reklama

Reklama

Kochaj i płać

Byłem gotowy spełnić każdą zachciankę Joanny, a ona bezwzględnie to wykorzystywała...

Kiedy kelnerka podeszła do mnie, zaniemówiłem z wrażenia. Naprawdę!

Reklama

- Czy mogę przyjąć zamówienie? - zapytała.

- Mój Boże, to pani jest tym aniołem, który zszedł na ziemię - odezwałem się po chwili, z zachwytem wpatrując się w tę nieziemsko piękną kobietę.

Uśmiechnęła się lekko speszona.

- Jeszcze nikt mi nic takiego nie powiedział. To bardzo miłe...

- Jak ma pani na imię? - zapytałem.

- Joanna...

- Prześlicznie.

- Proszę złożyć zamówienie, bo mój szef zacznie się zaraz złościć, że za długo z panem rozmawiam.

- Straciłem głowę. Zapomniałem, co chciałem, może pani mi coś poleci?

- Może kurki w sosie śmietanowym?

- Poproszę.

Przez cały czas wodziłem za nią rozmarzonym wzrokiem. Przysięgam, tak pięknej dziewczyny jeszcze w życiu nie widziałem. Kiedy się uśmiechała, to wokół wszystko jaśniało. Zakochałem się w niej jak sztubak. Może to kwestia wieku,a może hormonów? Miałem czterdzieści lat, udane życie, żonę, prawie dorosłe dzieci. Chyba był mi potrzebny dreszczyk emocji, czyli to, czego od dawna już nie czułem.

Kiedy tylko mogłem, jechałem do restauracji, w której pracowała śliczna Joanna. Kiedy w końcu udało mi się z nią umówić, byłem w siódmym niebie. Naprawdę oszalałem na jej punkcie. Byłem gotów spełnić każdą zachciankę Joanny, każdą prośbę. Nie potrafiłem jej niczego odmówić.

- Marek, jak długo będziemy się jeszcze spotykać w motelach i ukrywać przed całym światem? - zapytała któregoś razu nadąsana. - Musisz się zdecydować: albo ja, albo twoja żona. Nie mam zamiaru dłużej się tobą dzielić. Jeśli mnie kochasz, masz się z nią rozwieść.  

Zmartwiło mnie jej żądanie. Bo kochałem moją żonę, ale pragnąłem też Joanny i nie wyobrażałem sobie bez niej życia.

- To nie takie proste - westchnąłem.

- Słuchaj, wóz albo przewóz. Ja dla ciebie zerwałam z Sebastianem, choć go kochałam... Wybrałam ciebie i mam nadzieję, że tego nie pożałuję. Nie chcę, żeby ludzie wytykali mnie palcami. Nie mam zamiaru być dłużej twoją kochanką. Ja nasz związek traktuję poważnie. Jestem może i biedna, ale swój honor i godność mam. Do jutra masz mi powiedzieć, co postanowiłeś, a teraz zawieź mnie do domu. Nie będziemy się kochać! - oświadczyła.

W drodze powrotnej biłem się z myślami.  Nie byłem na to przygotowany.

Kiedy wszedłem do domu, zobaczyłem Dorotę, moją żonę, siedzącą w fotelu z telefonem w dłoni.

- Cześć - przywitałem się jak zwykle.

- Gdzie byłeś tak długo? - zapytała oschłym tonem.

- W biurze. Musiałem sprawdzić papiery... - tłumaczyłem się nieporadnie.

- Taak? W biurze, powiadasz?

- Tak... - rzuciłem. - Dorota, o co ci chodzi? Powiedz wprost. Jestem zmęczony.

- Ona tak cię zmęczyła?

- Jaka znowu ona? - udawałem głupiego.

- Ta, która napisała, że już niedługo będę się tobą cieszyć, bo to ona wkrótce zajmie moje miejsce. "Zmiana warty", tak to ujęła, bo mój czas już minął...  - głos jej lekko zadrżał. - Ty draniu! Jak mogłeś? Jak długo mnie oszukiwałeś? Wiesz? Brzydzę się tobą! Rzygać mi się chce, gdy pomyślę o tym, że jeszcze wczoraj się kochaliśmy - mówiła, kręcąc z niedowierzaniem głową. - To prawda, co napisała?

Stałem ze spuszczoną głową. Milczałem.

- Nienawidzę cię! Wynoś się stąd! - rzuciła we mnie telefonem.

Rozwód dostała dwa miesiące później. Już podczas pierwszej rozprawy. Zatrzymała dom i dwie hurtownie. Zobowiązałem się płacić wysokie alimenty na dzieci. Syn i córka nie odzywali się do mnie. Wykreślili ze swojego życia. Traktowali mnie jak powietrze, jakbym przestał istnieć. Jedynym pocieszeniem była myśl, że Joanna wynagrodzi mi tę stratę. Ale ból nie mijał, choć próbowałem go zabić na różne sposoby. Najpierw pojechaliśmy z Asią na Teneryfę w podróż poślubną. Jednak nie do końca byłem szczęśliwy. Moja młoda żona chciała się bawić do rana, chodzić po knajpach, a ja wolałem posiedzieć na tarasie wynajmowanego apartamentu.

- Misiu, nie zachowuj się jak stetryczały dziadek! - denerwowała się, kiedy się opierałem jej namowom, by wyjść do miasta. - Jesteśmy młodzi, cieszmy się życiem. Jak nie teraz, to kiedy?

Więc spełniałem jej żądania, chociaż męczyły mnie te wyjścia. Ale czego nie robi się dla ukochanej kobiety?

Nie odmówiłem też, kiedy poprosiła, żebym zatrudnił jej brata jako kierowcę.

- Misiu, po co masz trzymać tego obiboka Jarka, skoro możesz zatrudnić Michała. Koszula bliższa ciału, prawda? Mój brat zawsze będzie miał oko na to, co się dzieje, czy ludzie nie kombinują za twoimi plecami - namawiała.

Szkoda mi było Jarka, pracował u mnie już kilka lat i nie miałem do niego zastrzeżeń. Ale Joasia tak mi wierciła dziurę w brzuchu, że w końcu go zwolniłem i zatrudniłem szwagra. Trzeba przyznać, że dobry był z niego chłopak, nie ma co.

- Misiaczku, dasz mi parę groszy na zakupy? Potrzebuję nowych butów, nie mam w czym chodzić! A i do fryzjera powinnam się już w końcu wybrać, nie mówiąc o kosmetyczce. Chcę być piękna dla ciebie - wyszeptała, przymilając się.

- Dla mnie zawsze będziesz piękna - odparłem, uśmiechając się. Nie ukrywam, było mi miło, że to powiedziała. Joasia potrafiła połechtać moją męską próżność. - To ile chcesz?

- Tysiąc? - przekrzywiła główkę i złożyła usteczka w dzióbek, jak dziewczynka.

Uniosłem brwi. Trochę zaskoczyła mnie tak dużą kwotą, ale co tam, przecież nie będę jej żałował, stać mnie na taki gest. Podszedłem do sejfu i wyjąłem dziesięć banknotów stuzłotowych.

- Proszę - podałem jej pieniądze.

- Dziękuję - cmoknęła mnie w policzek i wyszła, seksownie poruszając biodrami.

Jakiś czas potem znów poprosiła o pieniądze. Tym razem pięćset złotych na jakiś zabieg ujędrniający ciało. I tak raz w tygodniu wyciągała ode mnie po kilka setek na różne zabiegi.

Któregoś dnia przejeżdżałem koło zajazdu i zobaczyłem tam moją Joasię z jakimś facetem! Zagotowałem się. "Cóż to, rogi mi przyprawia w biały dzień?", pomyślałem.

- O, co za niespodzianka! - zawołałem na jej widok, udając zdziwienie.

- Co tu robisz? - zapytała zaskoczona.

- To samo, co ty, wpadłem na kawę - oznajmiłem. - Nie przedstawisz mnie?

- To Marek, mój mąż. Sebastian, stary znajomy - przedstawiła nas sobie.

Zaraz, zaraz, coś mi mówiło to imię...

- To ja będę leciał. Do widzenia - znajomy żony wstał i wyszedł szybkim krokiem.

- Czy to nie jest twój były facet? - nagle przypomniałem sobie, skąd znam to imię.

- Tak, to on. Nęka mnie telefonami, ciągle wydzwania, w końcu powiedziałam, że spotkam się z nim pod warunkiem, że potem da mi święty spokój - powiedziała, uciekając wzrokiem.

- Tylko tyle chciał?

- Powiedziałam mu, że musi o mnie zapomnieć, że teraz jestem twoją żoną... Mam nadzieję, że w końcu zrozumiał...

- A jeśli nie? - zaniepokoiłem się.

- Zrozumiał. Nie martw się, Misiaczku - zapewniała mnie.

Uwierzyłem jej. Następnego dnia poprosiła mnie o pożyczenie samochodu, bo jej auto nie chciało odpalić, a miała wizytę u ginekologa.

- Jesteś w ciąży? - zapytałem zaskoczony, ale i uradowany.

- Być może...

- Proszę, tu są kluczyki - podałem jej.

- Tylko uważaj na siebie, dobrze?

- Dobrze - cmoknęła mnie w policzek.

Jakieś dwie godziny później zadzwoniła.

- Spotkałam przyjaciółkę i idziemy na drinka. Więc wrócę taksówką. Przyjedź po swoje auto, dobrze?

- A co powiedział lekarz? Jesteś w ciąży?

- Co?... To fałszywy alarm - odparła.

Akurat przyjechał nowy towar i musiałem go odebrać. Zawołałem więc szwagra.

- Michał, skocz po mój samochód. Joasia zostawiła go na parkingu przy galerii. Ja nie mogę teraz jechać.

- Jasne, tylko daj mi kluczyki.

- O, cholera! - zakląłem. - Idź do mieszkania, są w takim metalowym pudełku w pokoju na moim biurku - powiedziałem, dając mu klucze od domu.

- Dobra - ucieszył się jak dziecko, że będzie mógł pojeździć moim autem.

Kiedy pół godziny później wchodziłem do biura, na podjazd zajechała taksówka. Wyszła z niej Joasia. Trochę się zdziwiłem, że tak wcześnie wróciła. Myślałem, że dłużej zabawi z tą przyjaciółką.

- Nie pojechałeś po auto? - zapytała.

- Mam urwanie głowy. Michał pojechał.

W tym momencie Joanna pobladła.

- Co ci jest? - zaniepokoiłem się.

- Kiedy pojechał?! Boże, Boże! - powtarzała, nerwowo szukając telefonu w torebce. - Odbierz, odbierz... - szeptała.

Cała się trzęsła. W końcu, po którejś nieudanej próbie połączenia, usiadła na schodach do biura i zaczęła płakać. Po policzkach spływały jej czarne smugi.

- Asia, co się stało? Powiesz mi? - pochyliłem się w jej stronę i objąłem ją ramieniem, ale tylko zaniosła się płaczem.

W tym momencie zadzwonił jej telefon. Odebrała go drżącą ręką.

- Tak, słucham? Boże, w którym szpitalu? Zaraz tam będę - rzuciła i rozłączyła się. - Zawieź mnie do szpitala. Michał miał wypadek, jest w krytycznym stanie. Muszę do niego jechać. Boże, Boże, wybacz mi! - mówiła nieskładnie.

- Kochanie, dlaczego tak mówisz? To nie twoja wina - próbowałem ją uspokoić.

- Moja! To ty miałeś odebrać to cholerne auto, ty miałeś rozbić się na moście, nie on. Rozumiesz?! - wykrzyczała.

- Ja miałem rozbić się na moście? - powtórzyłem jak echo. - O czym ty mówisz?

- Sebastian... Uszkodził hamulce w twoim samochodzie. On to wszystko wymyślił... Namówił mnie, żebym zaczęła z tobą kręcić, żebym wyszła za ciebie i upozorowała wypadek... Boże, jaka ja byłam głupia, że go posłuchałam. Marek, wybacz mi, ja...

Czułem się tak, jakbym dostał obuchem w głowę. Siedziałem otępiały na schodach i płakałem, płakałem jak dziecko...

- Marek, powiedz coś - szepnęła.

- Odejdź! Nie chcę cię znać... - jęknąłem.

Na szczęście Michał przeżył. Auto poszło do kasacji. Tak samo jak moje małżeństwo z Joanną, która czeka w areszcie na rozprawę za współudział w próbie zabójstwa z premedytacją... 

Marek I., 44 lata

Dowiedz się więcej na temat: ślub | żona | małżeństwo

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje