Reklama

Reklama

Mam przecież dwoje dzieci

Kiedy okazało się, że nasza córka jest chora, całą swoją matczyną miłość i troskę skupiłam na niej, czuwałam przy Wiolce dzień i noc...

- Dawid! - wołałam. - Dawid!

Wiolka miała lekką gorączkę, ale to wystarczyło, żeby ją pobudzić. Wymachiwała rękami, odganiając od siebie jakieś niewidzialne owady. Cała górna połowa jej ciała poruszała się w lewo i prawo, a z każdym ruchem plama krwi na prześcieradle rozmazywała się coraz bardziej. Nie mogłam zostawić jej samej, bo w takim stanie mogła spaść z łóżka na podłogę. Poduszki, którymi ją obłożyłam, nie stanowiły wystarczającego zabezpieczenia dla jej dobrze rozwiniętego osiemnastoletniego ciała.

- Dawid! - krzyknęłam już ostro. - Co ty tam robisz?! Ja cię potrzebuję, a ty znowu oglądasz jakieś porno?!

Reklama

To podziałało. Mój trzynastoletni syn z hukiem otworzył drzwi:

- Nigdy nie przestaniesz o tym mówić?! - wrzasnął.

- Nie rozumiesz, że potrzebuję twojej pomocy?!

- Co znowu?! - wywrócił oczami.

- Przynieś mi nowego pampersa dla Wioli, bo zakrwawi całe łóżko. Dostała okres.

- Nie chcę tego słuchać! - zatrzasnął drzwi.

- Przynieś mi pampersa! - krzyknęłam za nim.

Słyszałam, jak trzasnął drzwiczkami łazienkowej szafki, w której składowałam pampersy. Potem drzwi do pokoju uchyliły się i czysty pampers wylądował na podłodze. Poza zasięgiem mojej ręki. Rozpłakałam się. Po chwili piersią Wiolki też wstrząsnął szloch. Zagryzłam wargi. Nie miało sensu nic jej tłumaczyć. Nie zrozumiałaby. Musiałam po prostu sama się uspokoić. To był jedyny sposób komunikacji z moją córką - na tym podstawowym, najprostszym poziomie, na jakim matka porozumiewa się z niemowlęciem, kiedy wyczuwają nawzajem swoje emocje.

Kiedy po raz pierwszy wzięłam ją na ręce, czułam, że dotknęłam cudu. Była podobna i do mnie, i do męża, co dało się zauważyć już w pierwszym dniu jej życia. Czuliśmy się najszczęśliwszymi rodzicami na świecie. Szczęście trwało kilka miesięcy. Potem zaczął się rajd po lekarzach, huśtawka nastrojów, rozpacz mieszała się z nadzieją. Im Wiola była starsza, tym bardziej widoczne stawało się jej opóźnienie w rozwoju intelektualnym. Nie rozwijała się w takim tempie, jak inne dzieci. Próbowaliśmy różnych rodzajów rehabilitacji i wciąż liczyliśmy na to, że w końcu mózg naszej córeczki dogoni jej ciało.

Potem urodził się Dawid, który na szczęście w rozwoju nie odbiegał od swoich rówieśników, a jeśli już, to na plus. Zaczął mówić wcześnie jak na chłopca. Za każdym razem, kiedy uczył się czegoś nowego, nabywał jakąś nową umiejętność, porównywałam go z Wiolką. Jej braki, niedostatki stawały się jeszcze bardziej widoczne!

- Pats, mamu! - pokazywał mi z dumą ułożoną przez siebie wieżę z kolorowych klocków.

"Wiolka nie potrafiłaby ustawić na sobie nawet dwóch klocków...", myślałam przygnębiona. "Powinnam z nią więcej ćwiczyć, żeby nadgoniła te opóźnienia."

Jeszcze wierzyłam, że to możliwe. Potem Wiolka dostała zapalenia opon mózgowych. Lekarze nie dawali mi żadnych gwarancji, że z tego wyjdzie. Kryzys na szczęście minął i wróciliśmy z nią do domu, a ja po raz drugi od dnia jej narodzin czułam się, jakbym doznała jakiejś łaski. Kiedy na wymizerowanej buzi Wioli pojawiał się uśmiech, miałam wrażenie, że uśmiecha się do mnie anioł. Udało się ją wyrwać ze szponów śmierci.

Potem stopniowo zaczęło do nas docierać, jakie spustoszenie w jej mózgu poczyniła choroba. Przed szpitalem Wiolka umiała sama poruszać się po mieszkaniu, choć robiła to w sposób nieskoordynowany, jak malutkie dziecko. Po chorobie nie była w stanie sama utrzymać się na nogach. Wcześniej nie potrafiła sama używać kredki ani łyżki, teraz nie potrafiła już nawet w normalny sposób połykać. Jej oczy coraz rzadziej skupiały się na jednym obiekcie, i na coraz krócej. Przestała reagować na swoje imię.

Ja przestałam rozumieć słowo "rozpacz". Nie mogłam sobie na rozpacz pozwolić - musiałam robić wszystko, co tylko się dało, żeby swojej córce pomóc. Szukaliśmy z mężem na zmianę informacji o nowych badaniach, o nowych sposobach terapii. Byliśmy gotowi spróbować wszystkiego, ale to kosztowało. Ja nie mogłam pracować, bo Wiolka potrzebowała mnie dwadzieścia cztery godziny na dobę. Zrozumieliśmy, że aby jakoś związać koniec z końcem, mąż będzie musiał szukać lepiej płatnej pracy za granicą.

- Pojadę na pół roku, no, może rok - stwierdził. - Mam nadzieję, że zarobię tyle, by starczyło na dłuższy czas, a potem się zobaczy - powiedział zatroskany i spojrzał na Dawida.

Mały, przygryzając język, rysował samolot, którym jego tata miał wkrótce polecieć w świat.

- On jest jeszcze mały, nawet nie zauważy, że cię nie ma - spróbowałam uspokoić męża.

Rzucił mi dziwne spojrzenie, ale nic nie powiedział.

Dawid był grzecznym chłopcem, spokojnym i opanowanym. Potrafił zająć się sam sobą na długie godziny, przy jedzeniu nie grymasił. Byłam pewna, że poradzę sobie ze wszystkim pod nieobecność Pawła. Ten pierwszy wyjazd męża przetrwaliśmy bez większych wstrząsów.

Na tęsknotę nie miałam czasu. Owszem, cieszyłam się, kiedy mąż wracał do kraju, ale zwykle byłam tak wyczerpana i zajęta opieką nad Wiolką, że czas, który spędzaliśmy jako małżeństwo, skrócił się do minimum. Właściwie przestaliśmy być małżonkami, byliśmy już tylko rodzicami. Często musiałam spać obok Wiolki, bo wybudzała się w nocy i płakała.

- Wykończysz się - powiedział cicho Paweł któregoś dnia, kiedy usłyszał, jak stękam, przebierając trzynastoletnią Wiolę. Córka w ciągu ostatniego pół roku nagle urosła o dziesięć centymetrów i przybrała siedem kilo.

- Iza, to nie na siły jednej osoby. Rehabilitacja nie przynosi żadnych efektów... Jej potrzeba całodobowej specjalistycznej opieki w jakimś ośrodku... - dodał po chwili.

Zrobiło mi się niewymownie przykro, poczułam się tak, jakby wbił mi nóż w plecy.

- Nikt się nią nie zajmie tak dobrze jak ja - powiedziałam kategorycznie.

- Wykończysz się...

- Dam radę, nie martw się - powiedziałam zdecydowanym tonem, kończąc dyskusję na ten temat.

Jakieś pół roku później Dawid pośliznął się na mokrej posadzce w łazience. Strasznie narzekał, że go boli ręka. Najpierw myślałam, że mu przejdzie, ale niestety, spuchło całe przedramię. Trzeba było go zabrać do lekarza, ale na nieszczęście Wiola się rozchorowała. Nie mogłam ryzykować, że dostanie zapalenia płuc. Nie miałam z kim jej zostawić, dlatego poprosiłam sąsiadkę, żeby pojechała z Dawidem na pogotowie.

- Nie chcę - płakał syn. - Nie chcę nigdzie jechać z panią Bogusią.

- Kochanie, ale ja muszę zostać z Wiolką - próbowałam mu wytłumaczyć. - Zobaczysz, będzie dobrze, zaraz wrócisz do domu. Pani Bogusia wszystkim się zajmie - dodałam, głaszcząc go po głowie.

Dawid wrócił ze szpitala z gipsem na zwichniętym nadgarstku i mokrą plamą na spodniach. Krępował się powiedzieć pani Bogusi, że musi iść do toalety.

- Widzisz sama, że nie radzisz sobie  - powiedział mój mąż, kiedy opowiadałam mu to wszystko podczas jego kolejnej wizyty w domu. - Są ośrodki prowadzone przez zakonnice...

- Świetnie sobie radzę - czułam, że zaczynam tracić grunt pod nogami. Zastanawiałam się, do czego on próbuje mnie przekonać?!

- Iza, nie widzisz, że coś się dzieje z Dawidem? - zapytał z wyrzutem w głosie.

- A co się dzieje? Nie mógł zapytać, gdzie jest toaleta?! - naskoczyłam na niego.

- Przestań się nad nim użalać, jest zdrowy! Za dwa tygodnie nie będzie pamiętał, że w ogóle cokolwiek sobie zrobił! Wielka tragedia, bo się zsikał w spodnie!

Mąż zasłonił sobie twarz dłońmi.

- Iza... może on zapomni, że sobie zwichnął nadgarstek, ale nie wiem, czy tak prędko zapomni o tym wstydzie... Jak ty byś się czuła, gdyby ci się coś takiego przytrafiło? Ośmiolatki nie sikają w spodnie i on o tym doskonale wie. To Wiolka nie jest świadoma tego, co się wokół niej dzieje...

Nakrzyczałam na niego. Jak mógł?! Czyżby przestał już widzieć w naszej córce swoje pierworodne dziecko? Rosła, zaczynała wyglądać jak panienka, może nie rozpoznawał w niej już tego chucherka, które tyle razy woził ze mną do szpitala? Zachowywał się tak, jakby nasza córka była kimś gorszym, kimś, kogo powinniśmy się pozbyć! Jakby nie była częścią naszej rodziny, naszym dzieckiem! Dawidowi przecież nic się nie stało. Pobolało go i przestało, to normalne. Nie da się przejść przez życie bez zadrapania. W porównaniu z Wiolką był szczęśliwcem.

Dla mnie każdy dzień bez infekcji u niej, bez zachłyśnięcia podczas karmienia, każda noc, podczas której Wiolka nie budziła się z płaczem, były powodem do radości. Ale kiedy przez tydzień jej zdrowie się nie pogarszało, zaczynałam mieć koszmary. Budziłam się przerażona, że moja córeczka umiera, że coś zaniedbałam, nie ułożyłam jej odpowiednio, że poduszka zatkała jej usta, nos i się dusi. Co chwilę zaglądałam do niej i sprawdzałam, czy wszystko jest w porządku. Nie potrafiłam się odprężyć i normalnie spać.

Mąż przyjeżdżał do domu coraz rzadziej, z Dawidem rozmawiał przez internet. Moja rodzina była inna niż wszystkie dookoła, ale nauczyliśmy się z tym żyć. Aż synowi w pewnym momencie zaczęło odbijać: oglądanie filmów porno, a teraz rzucanie pampersem.

Kilka dni po tym incydencie zjawiła się jakaś kobieta, która powiedziała, że przyszła w sprawie mojego syna.

- Jestem jego wychowawczynią - dodała, widząc, że nie kojarzę jej twarzy. - Wie pani, chłopcy dzisiaj przygotowują imprezę na Halloween. Ma być koncert i konkursy. Dawid powinien tam z nimi być.

- Nie mówił mi nic o koncercie.

- On ma ogromne poczucie obowiązku. Powiedział mi, że dzisiaj żaden wolontariusz nie może pani pomóc przy jego siostrze, więc on musi zostać w domu. Pomyślałam, że wpadnę i pomogę pani zająć się córką, a on w tym czasie pójdzie na próbę. Witaj, Dawid - uśmiechnęła się nagle.

Odwróciłam się. Syn stał w progu między przedpokojem a pokojem, w którym otoczona poduszkami wpółleżała Wiolka. Zerkał na nią, żeby upewnić się, że się nie przewróci, ale najwyraźniej nie chciał, by ominęło go to, co się działo przy drzwiach naszego domu. Na jego twarzy pojawił się rumieniec. Nie potrafiłam się domyślić, jakie emocje to spowodowały. Wstyd? Radość? Stres? Kiedy mój syn stał się dla mnie zagadką?

- Chcesz iść? - spytałam go. - To idź, ja jakoś sobie poradzę. A pani dziękuję, mam wprawę.

Zrobiła minę, z której wynikało, że chyba chce porozmawiać o Dawidzie. Zaprosiłam ją do pokoju Wiolki.

- Dawid zaczął się gorzej uczyć - westchnęła. - U takiego zdolnego dziecka jak on to często znak, że nie ma warunków do nauki.

- On ma świetne warunki do nauki. Ma pokój tylko dla siebie. Prawda, Wioluś? - pogłaskałam córkę po ręce, bo właśnie udało jej się na chwilę skupić wzrok na naszym gościu.

- Stał się nerwowy - powiedziała wychowawczyni szeptem, jakby bała się, że jej głos przestraszy Wiolkę. - I taki wyobcowany. Przestał rozmawiać z kolegami.

- Może mają na niego zły wpływ... - odparłam. Z kącika ust Wiolki ciekła strużka śliny. Wytarłam ją.

- Przyłapałam go na oglądaniu porno w internecie. Jestem przekonana, że to oni wzbudzają w nim zainteresowanie takimi rzeczami! - dodałam oburzona.

- Mogło też być odwrotnie... - powiedziała wychowawczyni. - Może on ogląda te filmy po to, by poczuć, że ma coś wspólnego z kolegami albo żeby im zaimponować jakąś wiedzą na ten temat.

Westchnęłam ciężko.

- Wie pani... - mówiła dalej spokojnym tonem - w jego wieku chce się przynależeć do grupy, być takim jak wszyscy. Może on chce być "normalny". Większość chłopców w jego wieku nie ma osiemnastoletnich sióstr, które wymagają dwudziestoczterogodzinnej opieki. On nie ma z kim o tym porozmawiać.

Dawid wrócił z przygotowań do Halloween odprężony. Tamtej nocy znów miałam sen o śmierci. Ale tym razem to nie Wiolka umierała, tylko ja. Wiolka leżała w łóżku, podparta poduszkami, i była zupełnie spokojna. Nagle zza jej pleców wyłoniła się twarz Dawida. "Mamo, mamusiu!",  płakał tak rozpaczliwie, że się obudziłam.

W domu panowała cisza przerywana tylko rzężeniem dobiegającym z gardła Wiolki. Znowu była przeziębiona, trzeba było czyścić jej nos gruszką jak niemowlęciu... Tak naprawdę moja osiemnastoletnia córka nie miała szczęśliwego dzieciństwa...

Ale czy Dawid je miał? Jak będzie wspominał lata spędzone w domu rodzinnym? Chciałam być dobrą matką. Już nawet nie najlepszą na świecie, ale po prostu dobrą, taką, która daje swoim dzieciom to, czego im potrzeba. I chyba wówczas dotarło do mnie, że Wiolka potrzebuje regularnych posiłków, kontrolnych wizyt u lekarza, bezpiecznego otoczenia. Dawid potrzebuje tego wszystkiego, a poza tym jeszcze poczucia własnej wartości, mojej uwagi, mojego czasu, rozmów.

A ja tak się skupiłam na roli matki dziecka specjalnej troski, że przestałam widzieć potrzeby tego drugiego, zdrowego... Uzmysłowiłam sobie, że  przecież Wiola nie widzi różnicy między posiłkiem podanym moją a cudzą ręką. A Dawid potrzebuje mojego wsparcia, moich rad i wskazówek, mojego zainteresowania jego sprawami. On wie, że jestem jego matką. Wiolka nie zna nawet pojęcia "matka"...

Przez resztę nocy nie spałam. Pilnowałam, by moja córka się nie zakrztusiła i myślałam o moim synu. Zastanawiałam się, jak ratować to, co pozostało z jego dzieciństwa.

Izabela D., 44 lata


Z życia wzięte

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: okładka | macierzyństwo | rodzeństwo | upośledzenie | problemy

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje