Reklama

Reklama

Mamy 12 lat, by zmniejszyć wzrost temperatury

„Ziemia. Jak doprowadziliśmy do katastrofy” to głośny reportaż Nathaniela Richa, który odbił się szerokim echem w Stanach Zjednoczonych. Płynący z niego wniosek, że przez lata nie zrobiono nic, by ocalić ludzi i ziemię, w 2020 roku wybrzmiewa szczególnie mocno. Poniżej publikujemy fragmenty książki.

Niemal każda rozmowa na temat zmian klimatycznych w 2019 roku już się odbyła w roku 1979. Nie chodzi tylko o prognozy, o ile stopni wzrośnie temperatura, o ile metrów podniesie się poziom wód w morzach i oceanach i o spór geopolityczny, ale także o rozważania na temat geoinżynierii, apele krajów rozwijających się o pomoc w pokonaniu głodu i chorób bez uciekania się, jak w naszym przypadku, do ogromnego zwiększenia zużycia węgla, oraz o analizy kosztów i korzyści, które zawsze zdają się preferować bierność.

Reklama

Czterdzieści lat temu politolodzy, ekonomiści, teoretycy społeczni i filozofowie zajmujący się postępującym zagrożeniem zmianami klimatycznymi w zasadzie zgadzali się, że nie ma co liczyć na to, że sami siebie uratujemy. Wspólna zasada ich teorii brzmiała, że ludzie, czy to w ramach organów międzynarodowych, demokracji, przemysłu, partii politycznych, czy jako jednostki, nie są w stanie poświęcić wygody dnia dzisiejszego, by powstrzymać karę nałożoną na przyszłe pokolenia.

Jeśli istoty ludzkie naprawdę potrafiłyby spojrzeć w szerszej perspektywie - na poważnie rozważyć bieg historii ludzkości dziesiątki czy setki lat po naszej śmierci - to na przestrzeni czasu musielibyśmy zmierzyć się z końcem wszystkiego, co znamy i kochamy. Więc nauczyliśmy się, w drodze ewolucji czy kultury, stale myśleć o dniu dzisiejszym, martwić się w perspektywie średnioterminowej, a długoterminową wyrzucać z głów, tak jak wypluwa się truciznę. Filozof Klaus Meyer-Abich zauważył w 1980 roku, że przystosowanie się do zmian klimatycznych "wydaje się najbardziej rozsądną opcją polityczną". Od tamtej pory mniej lub bardziej świadomie dążymy właśnie do tego.

Więcej o książce "Ziemia. Jak doprowadziliśmy do katastrofy" Nathaniela Richa (tłum. Agnieszka Szling) przeczytasz TUTAJ.

Cztery dekady później główna różnica polega na tym, że mamy rozwiązanie, a nawet kilka. Obejmują one połączenie podatku węglowego, inwestycji w energię odnawialną, rozwój energii jądrowej, zalesianie, udoskonalone techniki rolne i - bardziej spekulatywnie - urządzenia zasysające węgiel z atmosfery. "Z punktu widzenia technologii i gospodarki - mówił mi Jim Hansen - nadal możliwe jest pozostanie na poziomie mniej niż dwu stopni Celsjusza". Opracował własny dziesięcioletni program, który zatrzymałby zmiany klimatyczne i zaoszczędziłby biliony dolarów.

William Nordhaus, kiedy w 2018 roku został laureatem Nagrody Nobla, mówił tak samo: "To raczej problem polityczny niż ekonomiczny czy możliwości zrealizowania". Wierzymy w technologię i ekonomię. Trudniej mieć wiarę w zachowania ludzkie. "Od chwili, kiedy po raz pierwszy zaangażowałem się w tę sprawę - mówił mi Al Gore - głównym problemem zawsze było to, że maksimum uważane za politycznie możliwe wciąż jest niższe niż minimum wymagane dla skuteczności. Są dwa wyjścia w przypadku takiej rozbieżności. Jednym jest skulić się w kłębek i popaść w rozpacz. Drugim - opracować strategię rozszerzenia granic tego, co jest politycznie możliwe".

Rozbieżność nie znika, ale według Gore’a się zmniejsza - przypisuje to "spektakularnym zmianom w innowacjach technologicznych i w filozofii biznesu", wierzy także, mimo nieodwracalnych szkód, że "naprawdę mamy teraz szansę zmierzyć się z problemem". Nordhaus i Hansen nie są takimi optymistami. Wątpią, że uda się zatrzymać wzrost temperatury na poziomie mniejszym niż dwa stopnie.

Kiedy Rafe Pomerance jest przygnębiony, nosi bransoletkę, którą zrobiła dla niego wnuczka, by przypominała mu, dlaczego wciąż walczy. Wymyślił własne praktyczne rozwiązanie problemu zmian klimatycznych - nie jest ono technologiczne, ale polityczne. Uważa, że to amerykański Kongres jest kluczową władzą ustawodawczą, która może podjąć się redukcji globalnych emisji. Jest przekonany, że jeśli Kongres będzie nalegał na poważną politykę klimatyczną, reszta świata postąpi tak samo.

Jak jednak wpłynąć na jego działania? Pracuje nad tym mniej więcej od czasu, kiedy poznał Gordona MacDonalda w 1979 roku. Pomerance jest teraz konsultantem ReThink Energy Florida21, organizacji, która ma nadzieję ostrzec władze stanu przed zagrożeniem spowodowanym podniesieniem poziomu wód w oceanie. Republikańscy kongresmeni z Florydy mają większe powody do obaw o skutki zmian klimatu niż ich koledzy, co jest rozsądnym podejściem w miejscu, które w dużym stopniu najbardziej zagrożone jest skutkami wzrostu poziomu wód. Pomerance wierzy, że  jeśli przekona florydzkich republikanów, by domagali się podjęcia działań politycznych, to oni przekonają resztę swoich partyjnych kolegów.

Jeśli perspektywa kompleksowej zmiany politycznej wydaje się niedorzeczna, to przypomnijmy sobie, że już rozwiązaliśmy albo przynajmniej próbowaliśmy na serio rozwiązać poważne kryzysy społeczne, niektóre z nich o charakterze egzystencjalnym. Kiedy w krótkim czasie ruchom obywatelskim udawało się zmienić opinię publiczną, wymuszając przegłosowanie głównych aktów prawnych, dokonały tego, odwołując się do zasad moralnych, które przekonały wystarczającą liczbę wyborców, by sprawę traktowali nie jako polityczną, ale humanitarną.

Nie wahamy się powoływać na argumenty moralne w debatach na temat niesprawiedliwości społecznej, rozprzestrzeniania broni masowego rażenia, przemocy z użyciem broni, imigracji, małżeństw tej samej płci czy przyspieszenia tempa mechanizacji. Jednak publiczna dyskusja na temat zmian klimatycznych rzadko wykracza poza polityczne, gospodarcze czy prawne dywagacje. Kiedy mówimy o klimacie tylko jako o kwestii politycznej, spotyka ją los wszystkich innych kwestii politycznych. Kiedy mówimy o klimacie tylko jako o kwestii gospodarczej, spotyka ją los każdego innego kryzysu wartości poddanego analizie kosztów i korzyści.

Pierwszym warunkiem jest uczciwe mówienie o problemie: jako o walce o przetrwanie. Jest to antyteza podejścia denialistycznego. Kiedy będziemy dokładnie wiedzieli, o co toczy się gra, to imperatyw moralny nie będzie podlegał dyskusji. Analiza kosztów i korzyści szybko się zmienia, odległe niegdyś niebezpieczeństwa konsekwencji zmian klimatycznych nie są już odlegle. Regularnie pojawiają się na naszych oczach nowe. Każda potężna burza i ogromny pożar zwiastują nadejście bardziej przerażających anomalii.

Ale w czasie, jaki nam pozostał, same katastrofy nie zrewolucjonizują opinii publicznej. Nie wystarcza tylko odwoływanie się do wąsko pojętych interesów własnych; to bowiem przez wąsko pojęte interesy własne znaleźliśmy się w tym punkcie. Dziesiątki milionów Amerykanów, którzy nie mają powodów do obaw, że pożar spali im drzwi na taras, a woda zaleje drogę dojazdową do domu, i tak muszą domagać się całkowitej transformacji naszego systemu energetycznego, naszej gospodarki i nas samych. Alternatywą jest czekanie, aż cierpienie stanie się nie do zniesienia.

Czy mamy podtrzymywać status quo przez kolejne dwanaście lat? Jest to czas, jaki daje nam Międzyrządowy Zespół ds. Zmian Klimatu, by zmniejszyć wzrost temperatury do półtora stopnia. Przerażenie młodego pokolenia będzie rosło w tempie kolejnych dramatów ocieplającego się świata. W którymś momencie, może niedługo, obawy młodego pokolenia przytłoczą obawy starego. Za jakiś czas młodzi zgromadzą siłę krytyczną, by działać. Jeśli tego doczekamy, to może nadal będzie czas na uniknięcie najbardziej apokaliptycznego scenariusza, ale to by było na tyle.

Wszystko w przyrodzie się zmienia i wszystko musi się zmienić w naszym sposobie życia. Łatwo narzekać, że problem jest za duży, a my niewiele możemy. Jest jednak coś, co każdy z nas może zrobić sam, w naszych domach, we własnym tempie - coś znacznie prostszego niż recykling czy zmniejszenie temperatury na termostacie i coś znacznie bardziej cennego. Możemy zagrożenia dla naszej przyszłości nazwać po imieniu. Możemy nazwać złoczyńców złoczyńcami, bohaterów bohaterami, ofiary ofiarami, a samych siebie współwinnymi. Możemy sobie uświadomić, że całe to gadanie o losie Ziemi nie ma nic wspólnego z odpornością planety na wyższe temperatury, za to ma dużo wspólnego z naszym pobłażaniem dla samooszukiwania się. Możemy również uzmysłowić sobie, że kiedy mówimy o takich rzeczach, jak normy efektywności paliwowej, podatki paliwowe czy spalanie metanu, nie mówimy o niczym innym, jak tylko o tym wszystkim, co kochamy, i o
wszystkim, czym jesteśmy.


Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje