Reklama

Reklama

Przyjaciółka, która zastąpiła nieobecną żonę

Czasami romans bywa jeden i krótki, a czasami skłania ludzi do zorganizowania sobie długiego, alternatywnego, równoległego życia. Czasami zdradzany małżonek ma pewność, że partner jest nieuczciwy, a czasami tylko podejrzenie. Warto w takiej sytuacji rozważyć wizytę u prywatnego detektywa. Przeczytaj fragment książki "Jak zdradzają Polacy", w której Zuzanna i Patryk Szulc rozmawiają z detektywem Dariuszem Kaganowskim o zdradach, jakie zdarzyło mu się wytropić.

Dariusz Korganowski: Pani wyjeżdża na półtora tygodnia w delegację. Jej mąż zostaje sam w domu, nie mają dzieci. W delegacji rozmowy biznesowe idą na tyle dobrze, że udaje się sfinalizować umowę dwa dni wcześniej, więc pani o te dwa dni wcześniej może wrócić do domu. Nie mówi nic mężowi, chce mu zrobić niespodziankę. Około północy cichutko zakrada się do domu, idzie do garderoby na parterze, wkłada seksowną bieliznę, pończochy... Planuje, że wskoczy mężowi do łóżka i będą uprawiać namiętny seks. Jest tylko jeden problem - przyjaciółka, która zastąpiła nieobecną żonę i na górze w ich łóżku śpi nago pod samą kołderką. Mąż w tym czasie bierze prysznic. Pani ma jaja, podchodzi do tematu na chłodno - nie robi awantury, tylko grzecznie wychodzi i dzwoni do nas. Mamy to dla niej nagrać, bo potrzebuje dowodu do sprawy rozwodowej. Zdecydowała od razu, bez sentymentów, między północą a pierwszą w nocy, że będzie rozwód.

Reklama

Zuzanna Szulc: Przyjechaliście mimo tego, że pani zadzwoniła w środku nocy?

D.K.: Jasne. Dotarliśmy na miejsce po niecałej godzinie, i to nie sami. Wezwaliśmy ślusarza, bo pani natychmiast chciała wypierdolić męża z domu, który był akurat jej własnością. Trzeba było wymienić zamki. Pani podeszła do tematu naprawdę na pewniaka - zaprosiła jeszcze całą rodzinę męża, łącznie z jego rodzicami, a swoimi teściami. To dopiero była akcja, gdy około drugiej w nocy wszyscy wchodzimy na chatę i męża z kochanką witają jego rodzice i żona! (śmiech) Kochanka szybciutko się ubrała i s***a, ale i tak zdążyliśmy całą sytuację nagrać. Mąż był mocno zaskoczony, nie robił problemów - zgodnie z oczekiwaniami żony wyprowadził się tej samej nocy.

Patryk Szulc: Jak opowiadasz, że cała sprawa rozpoczęła się o północy, a przed drugą do domu wpadła żona, cała rodzina i wy z kamerą, to widzę jeden do jednego sytuację z programów telewizyjnych.

D.K.: No tak, tutaj wyjątkowo tak się zdarzyło, że wszystko trwało krótko, była duża dynamika zdarzeń i wielu ludzi jak w telewizji. To jednak wyjątek. Ale i tak do telewizji trochę nam zabrakło: nie zdążyliśmy jakimś cudem zamontować w domu malutkiej kamerki, a przy samym wejściu na adres nie mieliśmy zespołu trzech kamerzystów, dźwiękowca z wielkim mikrofonem na wysięgniku i do tego jeszcze skrzypka na dachu. (śmiech) W każdym razie postawa klientki bardzo mi się spodobała - upierdoliła niewiernego męża z zimną krwią w niespełna dwie godziny.

Z.S.: Zawsze macie kogoś, kto jest w stanie przyjąć takie zlecenie na gorąco w środku nocy?

D.K.: Praktycznie tak. Wtedy akurat udało mi się pójść spać o ludzkiej porze, ale naprawdę zawsze odbieram telefon. Zebrałem pracowników i pojechaliśmy. Gdybyśmy jednak byli zajęci inną sprawą - czy to na miejscu, czy gdzieś w kraju - odesłalibyśmy panią do konkurencji. Z żalem, bo z żalem, ale w razie czego wiemy, kogo można polecić. Taki jest biznes.

P.S.: Powiedz coś więcej o ślusarzu, który uczestniczy w waszych czynnościach.

D.K.: Mamy ślusarza, który nie należy do naszego zespołu. Prowadzi własną firmę, ale stale z nami współpracuje. Facet jest naprawdę zajebisty. Otwiera wszystko - mieszkania, samochody, sejfy... Z jego usług korzysta też policja. U nas ostatnio na przykład opiniował, czy taki mały przenośny sejf jest bezpieczny. No i wniosek był taki, że ani to nie jest bezpieczne, ani to nie jest sejf. Otworzenie tego gówna zajęło mu trzydzieści sekund, a z narzędzi potrzebował tylko... spinacza. Generalnie tak zwane sejfy z zamkiem elektronicznym czy kilkucyfrowym kodem, gdzie się ręcznie przekręca cyferki, można sobie w dupę wsadzić. W sumie nie wiem, czego się spodziewałem, skoro zapłaciłem trzysta czy czterysta złotych. Najlepsze rozwiązanie to sejfy na klucz czy szafy takie jak na broń. No, ale to tylko taka ciekawostka. Wracając do wymiany zamków w drzwiach przy okazji wyrzucenia z domu zdradzającego męża - nie jest to mały koszt. Za otworzenie i wymianę czterech zamków w tym przypadku zapłaciliśmy blisko dwa i pół tysiąca złotych.

Z.S.: Ten przykład przypomina mi o jednej kwestii, do której mieliśmy wrócić później. Jakie wyróżniłbyś typy klientów, którzy do ciebie przychodzą?

D.K.: Pierwsza i chyba najlepsza kategoria to właśnie osoby działające na chłodno i wręcz metodycznie. Przychodzą zdecydowane, co chcą zrobić, i oczekują profesjonalnych działań. Ich wizyta u nas nie jest efektem fiaska własnych czynności. Najczęściej tacy klienci nie mają też dowodów zdrady. Po prostu chcą się rozwieść. Ewentualnie mają co najwyżej jakieś podejrzenia, intuicję. Poza tym najczęściej wiedzą, że druga strona będzie stwarzała problemy - i dlatego potrzebne jest im mocne zabezpieczenie pod kątem procesu.

Druga kategoria to zleceniodawcy, którzy już coś wiedzą. Z reguły zobaczyli jakąś wiadomość typu "kocham cię", wysłaną do obcej kobiety czy obcego mężczyzny. My mamy tylko potwierdzić, że jest ktoś na boku - a to, wbrew pozorom, zawsze jest ciężka praca, bo rozpracowywana strona obawia się ujawnienia romansu.

Trzecia kategoria, również trudna i wymagająca najwięcej czasu na początku, to klienci w rozpaczy. Oni już wiedzą, że są zdradzani, ale nadal kochają i jeszcze nie mogą się z tą sytuacją pogodzić. Tutaj często zamieniamy się w psychologów, a niejednokrotnie musimy pewne decyzje podjąć praktycznie za nich, bo emocjonalnie nie są w stanie tego zrobić. Pojawia się rozchwianie emocji - rano kochają, wieczorem nie kochają, chcą się rozstać, potem znowu nie. Postanawiają nawet się wycofać, ale po jakimś czasie do nas wracają.

Co gorsza, takie osoby często mieszkają jeszcze ze zdradzającym małżonkiem, który robi im wodę z mózgu, wykorzystuje ich miłość: obiecuje rozwód na warunkach zrozpaczonego klienta, więc on się godzi, a jak przychodzi co do czego, to zdradzający pierwszy składa pozew rozwodowy, i to na przykład żądając orzeczenia o winie, alimentów, naprzemiennej opieki nad dzieckiem i najlepiej całego majątku. Zrozpaczony klient jest w dupie, przychodzi do nas i nie wie, co dalej - tylko dlatego, że nas nie posłuchał. Powiedzmy to jasno, że nawet jeśli miałby rację i mógłby małżonka pogrążyć przed sądem, to tamten, składając pozew z żądaniem orzeczenia o winie, też już buduje jakąś wizję sądu na ten temat.

Czwarty rodzaj klientów, nie obrażając nikogo, to takie ciapki. Przychodzą, trzymają jeszcze palucha w buzi i mówią: "Pomoze mi pan? Baldzo plose". A w czym? Tego nie wiem. Ale co najlepsze - oni też nie wiedzą. Plusem tej sytuacji jest to, że ciapek zdaje się we wszystkim na nas, więc mamy wolną rękę i możemy działać po swojemu. Zazwyczaj takie sprawy nie trwają długo, bo mechanizm jest prosty: żona zdradza ciapka nawet z trzema kochankami, bo jest kobietą, która ma swoje oczekiwania. Przede wszystkim mowa o oczekiwaniach seksualnych, a ciapek nie jest w stanie ich spełnić, bo ma też ciapka w majtkach. (...)

*Więcej o książce "Jak zdradzają Polacy" przeczytasz TUTAJ.

Dowiedz się więcej na temat: Zdrada | detektyw

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje