Reklama

Reklama

Urok dawnych jarmarków

Czy zastanawiali się Państwo kiedyś nad tym, czym w dawnych czasach różniły się targi od jarmarków?

Targi, organizowano regularnie np. co wtorek, czy też co wtorek i piątek. Sprzedawano na nich chleb, jajka, płody rolne, konie... Zainteresowanych tą tematyką zapraszam do poprzedniego wpisu. Jarmarki miały natomiast bardziej uroczysty - by nie rzec wielkopański - charakter. Odbywały się raz do kilku razy w roku. Możliwość ich organizowania była dla miasta sporym wyróżnieniem.

W czasach zaborów, gdy wszystkiego brakowało w sklepach, dawały one nadzieję, że może tym razem uda się kupić to, czego szukano od wielu miesięcy. W wielu kalendarzach drukowano dni jarmarków na cały rok z podaniem miejscowości, tak aby każdy wiedział, co, gdzie i kiedy można sprzedać lub kupić. Były to szczególnie cenne informacje dla osób, prowadzących handel obwoźny. Ciągnęła więc do miast w "dni jarmarkowe" ludność z najdalszych regionów kraju, a nawet spoza granic (z Węgier czy Czech). Przyjeżdżali sprzedawcy produktów z wyższej półki oraz tych pospolitych: maziarze, garncarze, koszykarze... Do tego dla okrasy prostytutki, wędrowni śpiewacy, złodzieje, kuglarze, a nawet trupy teatralne. Każdy szukał zarobku.

Reklama

Na łatwowiernych czekały cyganki przepowiadające świetlaną przyszłość, loterie fantowe, ruletki prowadzone przez Żydów i szulerzy ze znaczonymi kartami. Wprawdzie księża grzmieli z ambony, napominali, że trwonienie pieniędzy na hazard to grzech, wciąż jednak znajdowali się naiwni.

Porządny jarmark to taki, który nie mieścił się na jednym placu, ale rozpościerał po wielu ulicach miasta. No i koniecznie musiał trwać kilka dni. Handlowano prawie wszędzie. Dla eksponowania tych lepszych produktów sprzedawcy wynajmowali budki, a nawet sale hotelowe. Po ulicach rozwieszano "uwiadomienia jarmarkowe", w których zapraszano kupujących. Na jednym z takich "uwiadomień" przechowywanym w zbiorach Biblioteki Jagiellońskiej czytamy, że będzie miała miejsce "rzeczywista najrzetelniejsza wyprzedaż" płótna, bielizny stołowej, ręczników, chustek do nosa, a wszystko w Hotelu de l’Europe.

Z innego znów ogłoszenia dowiadujemy się, że B. Zahler z Brodów przybył na tegoroczny jarmark z wielkim zapasem "chińskiej karawanowej herbaty" w wybornych gatunkach i po umiarkowanych cenach, o czym "Szanowną Publiczność uwiadamia". Miejsce sprzedaży: Plac Ferdynanda, naprzeciw hotelu Europejskiego.

Inny znów, tym razem Mołdawianin J. Fiehmann w ogłoszeniu z 1858 roku podawał w związku z jarmarkiem we Lwowie, że w swojej budce na placu Ferdynanda będzie sprzedawać: konfitury cukrowe, sorbety, chałwę, prawdziwe fajki stambulskie, papier do

"Komuż niewiadomo jak nasze miasteczka pospolicie ciche i smętne, przybierają nagle postać ożywioną i wesołą w dzień jarmarczny. Zgiełk ludu, natłok wozów i bydląt domowych, wrzawa targujących się, wołania zachęcających do kupna kramarzy, brzmienia wędrownych muzyk w pozakładanych na około targowiska szynkowniach, rżenie koni na sprzedaż wyprowadzonych, wszystko to jest nader zajmującym widokiem...".

Pisał anonimowy autor artykułu publikowanego w "Magazynie Powszechnym" z 1836 roku.

Źródło: Blog historyczno-obyczajowy Agnieszki Lisak

Agnieszka Lisak – blog historyczno-obyczajowy

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje