Reklama

Reklama

Zachciało się ślepej babie zakon zakładać - historia Elżbiety Czackiej

W książce "Siostry z powstania" Agata Puścikowska opisuje dramatyczne historie zakonnic biorących udział w powstaniu warszawskim. Poniżej publikujemy fragment poświęcony Elżbiecie Czackiej.

Koniec XIX wieku. Młodziutka hrabianka traci wzrok i postanawia służyć innym ociemniałym - biednym i niewykształconym. Zakłada także zgromadzenie zakonne pomagające niewidomym dzieciom. 

Róża hr. Czacka, znana jako m. Elżbieta Czacka, w czasie wojny, a potem w powstaniu warszawskim będzie walczyć o każdego człowieka ramię w ramię z innymi siostrami i niewidomymi dziećmi.

Jeszcze jako Róża Czacka zakłada Towarzystwo Opieki nad Ociemniałymi, a pierwsze schronisko dla niewidomych dziewcząt przy ul. Dzielnej w Warszawie otwiera już w roku 1911. 

Reklama

Sama uczy dzieci alfabetu Braille’a i mimo zaborów robi to po polsku. Coraz poważniej myśli też o założeniu nowego zgromadzenia. Życzliwy pomysłowi jest ówczesny nuncjusz apostolski Achilles Ratti, późniejszy papież Pius XI. Także arcybiskup warszawski Aleksander Kakowski rozumie tę potrzebę. Jego kuria już jednak niekoniecznie. Jeden z księży, oddelegowany do pracy nad tą inicjatywą, miał stwierdzić: "Zachciało się ślepej babie zakon zakładać".

Kobieta jednak nie porzuca swojej idei - w 1917 roku składa śluby wieczyste, a rok później powstaje Zgromadzenie Sióstr Franciszkanek Służebnic Krzyża, którego charyzmat zawiera opiekę nad ociemniałymi i nawiązuje do tradycji św. Franciszka. M. Elżbieta prosto formułuje założenia zgromadzenia: 

- Głównym celem naszym jest wynagradzanie Panu Jezusowi za duchową ślepotę ludzi. 

Dba też, by osoby niewidome nie skupiały się na przeżywaniu swojej choroby jako nieszczęścia, lecz odczytywały ją w kontekście Ewangelii i czerpały z niej dobro. 

W 1921 roku m. Elżbieta otrzymuje pięć morgów nieużytków w Laskach, gdzie rok później rozpoczyna budowę ośrodka dla niewidomych i domu macierzystego zgromadzenia. Niedługo potem powstaje kilka skromnych budynków z przeznaczeniem na internat, pomieszczenia szkolne, mieszkania pracowników, warsztaty. 

Dzieje się to w latach, gdy Elżbieta przechodzi dwie operacje nowotworowe. W 1933 roku na terenie zakładu buduje się dom rekolekcyjny, do którego przyjeżdżały elity intelektualne Polski.

Okupacja

Założony przez m. Elżbietę ośrodek dla niewidomych dzieci jest na ówczesne czasy absolutnie nowoczesny. Podopieczni otrzymują w nim wykształcenie, formację, mogą też śmiało planować przyszłość, są otoczone opieką. Zakład się rozwija, przyjmując dziesiątki ociemniałych dzieci z niemal całej Polski.

Pod koniec lat trzydziestych, gdy widmo wojny staje się jednak coraz bardziej realne, m. Czacka zaczyna przygotowania i zabezpiecza ośrodek na wypadek walk - nakazuje gromadzenie żywności i lekarstw. 

W piwnicy, pod murowanym magazynem w podwórzu, siostry budują schron przeciwlotniczy i przenoszą do niego Najświętszy Sakrament.

Więcej o książce "Siostry z powstania" Agaty Puścikowskiej przeczytasz TUTAJ

Wybucha wojna. M. Elżbieta i wszystkie franciszkanki postanawiają na miarę swoich możliwości walczyć o ojczyznę. Już 7 września zakonnice, uzbrojone w łopaty i zachęcone przez Czacką, idą piechotą przez lasy i łąki do Warszawy. 

W ten sposób odpowiadają na apel prezydenta Stefana Starzyńskiego, by budować okopy wokół walczącego miasta. Po dotarciu na miejsce kopią i pracują ramię w ramię z mieszkańcami stolicy. Któregoś dnia na kamienicę spadła niemiecka bomba. 

Na ratunek ruszyły franciszkanki z oddziału przeciwpożarowego. Pod gruzami znalazły martwą staruszkę, którą się opiekowały, i śmiertelnie ranną postulantkę ze zgromadzenia. Długo nie mogły znaleźć Czackiej, choć nie ustawały w gorączkowych poszukiwaniach. Liczyła się każda minuta. 

W końcu zauważyły ją, przywaloną gruzem, zakrwawioną. Miała ranę w niewidzącym oku i strzaskane ramię. Siostry wyniosły ją z budynku, zaprzęgły konie i wywiozły pod ostrzałem kul w bezpieczne miejsce. Przytomna matka modliła się i prosiła tylko, by zakonnice ratowały siebie: 

- Ja jestem stary grat, a wy jesteście młode, nie narażajcie życia dla mnie. Nie posłuchały. Chyba po raz pierwszy w życiu. 

Korowód sióstr, rannych i niewidomych, pod wodzą s. Joanny Lossow błąkał się bez pomocy po wielu miejscach. Ostatecznie udało się im dotrzeć na ul. Wiślaną, do urszulanek Serca Konającego. 

I było to opatrznościowe zrządzenie losu, gdyż jedną z urszulanek szarych była słynna okulistka s. Zofia Wojno. Przewieziono więc do niej m. Elżbietę. Urszulanka operowała ją bez środków znieczulających, bo tych już zabrakło. 

Zabieg trwał długo, ale się udał - dr Wojno usunęła Czackiej gałkę oczną. Ranna zakonnica według świadków zachowywała przez cały zabieg spokój i poddawała się bolesnej operacji bez najmniejszego nawet jęku.

Po 30 września przewieziono m. Elżbietę do pałacyku Tyszkiewiczów, gdzie otrzymała w miarę dobrą opiekę. Gdy siostry przyjechały do niej w odwiedziny, usłyszały: 

- Zwycięstwo wroga jest tylko powierzchowne, do czasu... Polska żyje i żyć będzie. Walka trwa dalej, schodzi w głąb, każdy z nas musi stać się twierdzą.

Jak pomóc powstaniu?

W 1944 roku akowcy ukrywający się w rejonie Lasek przygotowywali placówki sanitarne, gospodarcze i kwaterunkowe z myślą o walce z okupantem. Wcześniej jeszcze dowództwo postanowiło, że na terenie domu rekolekcyjnego sióstr należy utworzyć szpital. Przewidywano, że w razie walk w Warszawie będzie przyjmował rannych z rejonu Żoliborza i Bielan.

Pod koniec lipca siostry obserwowały, jak cywilna ludność masowo uciekała z Warszawy. Atmosfera była ciężka, wszyscy oczekiwali na rozpoczęcie walk. Nikt jednak nie znał dokładnej daty wybuchu Powstania. 

Prowadząca wówczas internat dziewcząt Janina Doroszewska wspominała po latach niezwykłą rozmowę m. Elżbiety z ks. Wyszyńskim w konspiracyjnych warunkach, w lesie. Wyszyński pytał wprost o los niewidomych: 

- Czy mamy prawo tak ich narażać? Są bezbronni, nie biorą udziału w walkach, a zostaną wystawieni na śmierć!. 

Matka jednak miała inne zdanie: uważała, że wszyscy, również niewidomi, powinni mieć szansę i możliwość walczyć dla ojczyzny. Prymas wspominał trzydzieści lat później, że to wydarzenie wywarło na nim ogromne wrażenie i zobaczył matkę w nowym świetle: 

- Myślałem sobie, skąd w tej kobiecie taka odwaga, żeby wystawić dzieło na wszelkie niebezpieczeństwa związane z czynnym zaangażowaniem się w Powstanie? Nie był to bowiem tylko szpital, był tutaj i ośrodek aprowizacyjny, i były łączniczki, i szpital cywilny, i wiele innych rzeczy. Matka uważała, że trzeba było okazać postawę mężną, bo tego wymaga w tej chwili cały świat. Taką mi dała odpowiedź, gdy projektowałem, abyśmy zajęli się tylko rannymi z frontu. Odsłonił mi się wtedy zupełnie nowy obraz człowieka (...). Było w niej coś z Traugutta.

Wiadomość o wybuchu Powstania Warszawskiego dotarła do zakładu w Laskach szybko, bo już 1 sierpnia, około godziny 18.00. Już po pierwszym ataku oddziałów kampinoskich na lotnisko bielańskie zaczęto przywozić pierwszych rannych. Szpital, przygotowany na siedemdziesięciu rannych, okazał się za mały. Siostry, lekarze, pielęgniarki świeckie, również mieszkanki Lasek, ruszyli do pracy.

Chorych wciąż przybywało, więc zorganizowano drugi szpital na trzecim piętrze w domu dziewcząt. Ciężko rannych, wymagających operacji umieszczano na oddziale chirurgicznym w domu rekolekcyjnym. Umierało zresztą wielu, codziennie kilka osób. Z powodu braku trumien chowano je w prześcieradłach na cmentarzu w Laskach. 

Teren pod nekropolię oddała m. Elżbieta z posiadłości zakładu. Ks. Wyszyński spowiadał, udzielał sakramentów, ale też opatrywał rannych, nosił ich, wykonywał wiele potrzebnych posług. Stanowił wsparcie duchowe dla wszystkich.

Do 8 sierpnia Laski były w rękach powstańców. Potem na kilka dni znalazły się w obszarze międzyfrontowym. Następnie w okolicy kwaterowały przyjazne Polakom oddziały węgierskie. 

Okupanci szybko zauważyli, że Węgrzy sprzyjają Polakom. Przerzucili więc ich na front. W zamian wysłali do Lasek półdzikie oddziały RONA. 

Wtedy zaczął się dramat miejscowej ludności: żołnierze, często pijani, strzelali z granatników na oślep, pociski docierały do ambulatorium zakładowego i trafiały w dom rekolekcyjny. Członkowie RONA gwałcili też i zabijali kobiety. Te, którym udało się uciec, przybiegały zrozpaczone do sióstr po pomoc. Te skrzywdzone były opatrywane. 

Bandy RONA wpadały też do zakładu. Któregoś razu s. Monika Bohdanowicz, przełożona zakonnic pracujących w szpitalu, wydała nagle polecenie młodej, ładnej pielęgniarce: 

- Proszę natychmiast zdjąć czepek pielęgniarki, narzucić fartuch sprzątaczki. I iść zamiatać w pokoju chorego na tyfus. 

Pielęgniarka, chociaż bardzo zdziwiona, bo pokój był wysprzątany, a sama nie była przecież salową, wykonała polecenie. W tym samym czasie do budynku weszli żołnierze. Nie doszli jednak do ukrytej dziewczyny. Była uratowana.

Niebezpieczeństwo zresztą czyhało co chwila, również ze strony niemieckiej. 

- Kiedyś Niemcy stanęli prawie w progu sali operacyjnej w chwili, gdy siostra Agnieszka dawała choremu narkozę. W trakcie usypiania zaczął on wymieniać głośno nazwiska swych kolegów partyzantów. Doktor Cebertowicz natychmiast przycisnął maskę z narkozą do twarzy. Z ust chorego powstańca wydobywał się już tylko niezrozumiały bełkot.

Walka na każdym froncie

W połowie sierpnia po bombardowaniach wsi przez radzieckie lotnictwo i artylerię do Lasek przywożono rannych cywili: kobiety, mężczyzn i małe dzieci, co pozwalało na ukrywanie między cywilami chorych powstańców. 

Tych ostatnich przywożono w ukryciu, pod stertami jarzyn, na wozach zaprzężonych w parę osłów, i pozostawiano w oddalonym od zakładu bezpiecznym miejscu. Wtedy ruszało swoiste pogotowie ratunkowe złożone z niewidomych i widzących. Rannych przynosiło kilku niewidomych chłopców i zwykle jeden widzący mężczyzna: ks. Wyszyński lub Henryk Ruszczyc. Zwozili rannych porzuconych w lesie. 

Siostry pomagały nocą, by nie wzbudzać podejrzeń strojem zakonnym. Mundury i broń odbierano rannym już w lesie i przywożono ich w samej bieliźnie. Mundury zresztą były najczęściej bardzo pobrudzone. Siostry i niewidome dzieci z oddaniem je prały i cerowały. Podopieczni zakonnic robili wszystko co w ich mocy, by pomóc rannym powstańcom. 

Gdy nie było już prądu i stanęła piekarnia, a więc nad wszystkimi zawisło widmo głodu, chłopcy stanęli do pracy i nocami wyrabiali chleb ręcznie.

Prace w Laskach trwały przez całe Powstanie. A co stało się z zakładem i Czacką po wojnie?

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama