Reklama

Reklama

Pokazuję różne twarze

Bohaterka "Kryształowego Anioła" była moją nauczycielką - rozmowa z Katarzyną Grocholą.

Czy jest Pani osobą, która lubi wracać do zakończonych projektów, poprawiać książki, które się ukazały i funkcjonują na rynku? Czy to dla Pani zamknięty rozdział?Katarzyna Grochola: Absolutnie zamknięty rozdział. Czasami mam nawet z tego powodu kłopoty, bo kiedy ukazują się nowe wydania, od czasu do czasu trzeba poprawić błąd, który był w poprzednich. Uważam, że trzeba umieć sobie powiedzieć: trudno, jeżeli wczesna Grochola popełniała błędy, to późna Grochola nie może ich poprawiać. Tym bardziej że nie są to dzieła aż tak ważne, żeby żaden błąd nie mógł w nich istnieć. Kiedyś tak pisałam, dzisiaj pewnie zrobiłabym inaczej.

Reklama

Czyli można spojrzeć na te książki jak na rodzaj dokumentu, dojrzeć w nich fotografię autorki z pewnego okresu?
Tak, kiedy zaglądam do swoich wcześniejszych książek, dostrzegam czasem niezręczne sformułowania, ale co zrobić? Tak kiedyś pisałam, więc tylko uśmiecham się z pobłażaniem do tamtej Kasi i nawet pilnuję, żeby redaktorzy tych niezręczności nie zmieniali.

Niedawno ukazało się wznowienie serii o Judycie, które przyniosło niezwykłą zmianę: pojawia się pani na pierwszych stronach okładki. Takie zacieśnienie więzi między autorką a główną bohaterką może być chyba niebezpieczne?
Kiedy autor mocno wchodzi w świat swojego bohatera, zawsze jest to niebezpieczne. Jednocześnie, bez zacieśnienia tej więzi nie ma szans na prawdziwą książkę. Myślę, że Tolkien musiał stać się hobbitem, kiedy pisał o hobbitach. A Judycie naprawdę wiele pożyczyłam - ma moje koty, moich przyjaciół, mojego psa, mój mały domek. Natomiast po "Trzepocie skrzydeł" naprawdę musiałam długo odpoczywać, bo czułam się jednocześnie i bitą, kochającą żoną, i mężem, który kocha, a musi bić.

Trzepot również jest książką na wskroś prawdziwą, choć inaczej i składa się z rzeczy, których dotykałam, które słyszałam i czułam, musiała być tak zwarta i niepokojąca.

A potem trzeba było odpoczywać.
Tak, wyczerpała mnie, ale też zaskoczyła. Uprzedzałam wydawnictwo, że nowa książka, pierwsza wydana w WL-u, nie musi być bestsellerem. Tymczasem, ku mojemu ogromnemu zdziwieniu, ciągle świetnie się sprzedaje. Ale nie dlatego, że jestem genialna, tylko dlatego, że jest tak wiele chorych związków.

Kiedyś na cmentarzu zatrzymała mnie kobieta i powiedziała: "Nie wybaczę pani tego "Trzepotu". Nigdy pani nie wybaczę. Jak pani mogła mi to zrobić? Teraz od dwóch miesięcy znowu nie sypiam. Nie wolno tego robić ludziom". Jak rozumiem, w tej książce jest historia, która żywo ją dotknęła, może nawet jej historia.

Czy "Trzepot skrzydeł" stanowił coś w rodzaju przełomu w pani pisarstwie?
Nie, przecież nie jest on aż tak odmienny od moich pozostałych książek. Moja pierwsza powieść "Przegryźć dżdżownicę" miała podobny do "Trzepotu" klimat. Nie mam wrażenia, że radykalnie się zmieniam, przeciwnie, jestem cały czas taka sama - to znaczy różnorodna - raz wesoła, raz smutna, raz dowcipna, raz przygnębiona. Po prostu pokazuję różne twarze, trudno być autorką trzynastu takich samych książek.

Wspomniała Pani o nowej powieści, która wkrótce się ukaże.
"Kryształowy Anioł" to powieść o młodej kobiecie z kłopotami. Bo jeśli wchodzi się w przeddzień ślubu do mieszkania przyjaciółki, która ma być druhną, i widzi się - no właśnie... nie zdradzę co, to trauma gotowa.

A potem, nawet jak się pojawia przyzwoity mężczyzna, cała energia zostaje skierowana na to, aby nie zauważać tego, co dzieje się blisko niej. A jeśli jeszcze marzy najpierw o aktorstwie i Oskarze, a potem o pracy w radiu z taką wadą wymowy, jaką ma Sara, to nic dziwnego, że można tam tylko parzyć kawę i herbatę.

A jednak Sara wpływa na losy świata, a przynajmniej świata, który zna i na losy ludzi, których nie zna. W jaki sposób? Odpowiedź: nieoczekiwany.

Ale jeśli Judyta jest tezą, "Trzepot" - antytezą, to "Kryształowego Anioła" w jakimś sensie można uważać za syntezę tych dwóch ujęć.
Judyta chyba faktycznie jest moją tezą życiową. Kiedy mam depresję, sięgam po Judytę i wtedy przypominam sobie, jak należy myśleć. Pada deszcz? To dobrze, bo podleje roślinki. Nieważne, że właśnie spieszę się na randkę.

Czy "Trzepot" jest antytezą? Nie wiem. Jest tak samo prawdziwą powieścią. W "Żabach i aniołach" Judyta idzie słoneczną stroną ulicy, w "Trzepocie" Hanka musi wyjść z cienia, żeby zobaczyć, że jej życie zależy od niej, że można wyrwać się z więzienia, jakiekolwiek by ono było: mąż pełen agresji, zły związek, niedobra praca, brak przyjaciół, choroba...

Nie wiem, czy dobrze rozumiem. Bohaterka może być nauczycielką autorki?
Tak. Na przykład Sara, bohaterka "Kryształowego Anioła", bez wątpienia była moją nauczycielką, ponieważ musiała wiedzieć o wiele więcej ode mnie. Choćby na temat genetycznie modyfikowanej żywności czy tego, ile wody mężczyzna marnuje przy goleniu, a ile kobieta, kiedy odkręca prysznic, żeby nie było słychać, że płacze. Sara, mimo pewnych ograniczeń w kontaktach z mężem czy przyjaciółmi, jest osobą otwartą na świat. Traktuje świat jako całość - jest świadoma, że kiedy my w Polsce marnujemy za dużo wody, w Afryce panuje susza.

Przeciętny Polak, a także Katarzyna Grochola, nie zawsze zdają sobie z tego sprawę. Nauczyłam się od Sary, że Brytyjczycy wyrzucają na śmietnik cztery miliony jabłek dziennie, a w niektórych częściach świata ciągle panuje głód, więc coś jest nie w porządku. Cyferki dają ciekawy obraz - jeżeli co dziesięć sekund na świecie dochodzi do rozwodu, to ten świat nie jest taki radosny. Podczas naszej rozmowy już rozpadło się kilkadziesiąt związków zawieranych na całe życie.

Czy "Kryształowy Anioł" jest otwarciem jakiegoś cyklu?
Trochę się zdziwiłam, kiedy to samo pytanie zadała mi kuzynka, która jako pierwsza przeczytała tę książkę w maszynopisie. Nie mam pojęcia, czy Sara będzie się do mnie dobijać (bo moi bohaterowie czasami się do mnie dobijają) - pozwólmy Sarze chwilę pożyć. Potem się okaże, czy dalszy ciąg jest jej potrzebny.

Oczywiście że jest potrzebny. Zwłaszcza po TAKIM zakończeniu...
Szczerze mówiąc, książka miała się kończyć zupełnie inaczej, ale w pewnym momencie Sara już mi nie pozwoliła sobą rządzić. To miły moment w pisarstwie, kiedy postać zaczyna mieć własne zdanie i wcale nie musi zgadzać się z autorem: wybiera sobie partnerów i podejmuje decyzje, których ja wcale nie chcę. Ostatnie zdanie Kryształowego Anioła napisałam dużo wcześniej, dążyłam do tego zakończenia, ale Sara tupała nogami i wreszcie musiałam jej posłuchać. Na ostatnich stu stronach książki pisałam właściwie to, co mi dyktowała. Wyrwała się spod kontroli.

Sara, Judyta... Skąd to upodobanie do starotestamentowych imion bohaterek?
Też się nad tym zastanawiałam. Imię Judyta wymyśliłam z desperacji. Kiedy pisałam "Nigdy w życiu", zamiast imienia stawiałam X, ponieważ żadne mi nie odpowiadało. Chciałam, żeby mogło być imieniem każdej kobiety. Mam swojego ulubionego świętego - św. Tadeusza Judę, patrona od spraw beznadziejnych. Pomyślałam wreszcie: "święty Judo, pomóż mi jakoś!" - i wtedy przyszła mi do głowy Judyta.

Natomiast Sara jest imieniem, które kochałam od zawsze. Wydawało mi się, że nie ma piękniejszego zdrobnienia dla kobiety niż to, kiedy mężczyzna mówi do niej "Sarenko". Niestety to starotestamentowe imię jeszcze trzydzieści lat temu było w Polsce niepopularne, dlatego bałam się tak nazwać swoją córkę. Dzisiaj na szczęście jest inaczej, więc pomyślałam, że wreszcie spełnię swoje marzenie. Później przez chwilę chciałam jednak zmienić imię bohaterki, ale kiedy zrobiłam to na próbę, popatrzyłam na tekst i pomyślałam: "Boże, gdzie moja Sara? Muszę chyba zacząć pisać książkę od nowa!". Kiedy bohaterka sama przedstawia mi się z imienia, jestem już stracona.

Część akcji "Anioła" rozgrywa się w studiu warszawskiego radia Ambi, przeciętnej komercyjnej rozgłośni. Rozumiem, że nazwała pani tę stację przewrotnie - poprzez ironiczne skojarzenie z czymś ambitnym?
Nie, zupełnie nie. A nawet wręcz przeciwnie. Chodziło o słowo ambiwalencja.

Skąd zna pani zasady działania radia?
Miewam kontakt z radiem, bo chodzę tam, kiedy mnie zapraszają. Ale jest to znajomość na tyle powierzchowna, że mam raczej wyobrażenia niż wiedzę o radiu: cichy pokój z mikrofonem, bez okien lub z małym okienkiem. I jest tam jeszcze jakaś szyba, przez którą można zaglądać, ale należy być cicho. To wszystko, co wiem o radiu.

Postanowiłam nie zatrudniać się w rozgłośni na tydzień, żeby opis był bardziej prawdopodobny. Co prawda znam tylko takie wyrażenia jak konsoleta, mikrofon, przycisk itp., ale po prostu uznałam, że to wystarczy. Niech radio pozostanie instytucją odrobinę tajemniczą, nie tylko dla mnie.

Tylu dziennikarzy pytało już Panią o wątki autobiograficzne ukryte w powieściach. Może pojawiła się chęć napisania autobiografii i ucięcia spekulacji?
Owszem, od czasu do czasu ta ochota powraca, chciałabym sobie uporządkować własne ciekawe życie. Ale po pierwsze jestem za młoda na autobiografię, po drugie - kiedy ja mam pisać te kilka tomów? Po trzecie - uciąć nic nie można nikomu - spekulacji też nie. Jeśli to zrobię, to raczej dla przyjemności przypomnienia sobie tych wszystkich fantastycznych rzeczy, które mnie w życiu spotkały i spotykają, a także tych trudnych, które mnie tak wiele nauczyły.

materiały prasowe

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje