Tam cię zmielą jak w młynku do kawy - strona 6.

To, co nas w Holoubku czaruje,czego usiłujemy szukać w oczach,głosie, inteligencji, jest poezją.Odrywa nas od powszedniości,budzi jakieś przeczucia,unosi na wyższe piętro.

Po sześciu spektaklach przedstawienie zdjęto.

Reklama

"Wiadomo było - opowiadał Korzeniewski - że władze chcą zabrać ten teatr Holoubkowi, żeby go ukarać. (...) Aby jednak zachować pozory, wymyślono Teatr Rzeczypospolitej, który miał (...) przejąć Teatr Dramatyczny". Nad wejściem, obok neonu Dramatycznego, pojawił się drugi neon.

Dymisję z 3 stycznia 1983 roku Żygulski wręczył Holoubkowi na stojąco. Wraz z nim odeszli z zespołu Zapasiewicz, Fronczewski, Łapicki, Zawadzka i Halina Labonarska. Bileterki płakały. Nowym dyrektorem został Jan Paweł Gawlik. Dawna publiczność zbojkotowała Dramatyczny. Zwożono autobusami młodzież, która piła wódkę w antraktach. Zdarzyło się na Weselu Figara, że wymiotowała z balkonów. Teatr się rozlatywał.

- Było to jedno z większych morderstw dokonanych na teatrze - wspomina Maciej Prus. - Wiele osób nie mogło się pozbierać po odejściu Holoubka. Niektórzy przestali być aktorami. Ja zmieniałem dyrekcje i nie znalazłem miejsca dla siebie. Zrujnowano nie tylko teatr, lecz także życie paru ludzi.

- Może nawet dobrze, że Gustawowi zabrano wtedy Dramatyczny... - zastanawia się Tadeusz Konwicki. - Bo teatr był u szczytu, nie zdążył się zbanalizować bulwarowym repertuarem, zniknął i zostawił po sobie wspaniałą legendę.

- To byt bardzo trudny moment dla Gustawa - zejście z pozycji lidera do pozycji szeregowego - opowiada Jan Englert, w latach 80. aktor Polskiego pod dyrekcją Dejmka. - Nie bardzo chciał grać. Nie byto w nim imperatywu do działania artystycznego. Wziął udział w wielkich historycznych wydarzeniach i potem samo granie musiało mu się wydawać miałkie. Był też chyba zawiedziony, że - wraz z upływem czasu - miłość społeczeństwa do teatru i aktorów tak szybko wygasła. Społeczeństwo się zmęczyło, teatr stracił na znaczeniu, wszedł w jałowy bieg. Można było społeczeństwu albo śpiewać, albo je rozśmieszać, nie można było z nim rozmawiać na najwyższych poziomach. Sądzę, że to było przyczyną zmęczenia Holoubka. Miałem do niego wtedy pretensje, że w jego palenisku już nie buzuje... Po 1989 roku wraz z kilkoma kolegami znów wszedł do polityki. Dla dobra Polski, ale - wydaje mi się - również dlatego, żeby przestać mówić tylko cudzymi słowami, jak to się dzieje na scenie, i zacząć wreszcie mówić własnymi... Była to ich największa porażka. Nie przypuszczali, że właśnie tam, w Sejmie i Senacie Rzeczypospolitej, kompletnie nikt nie będzie ich słuchał.

Holoubek i Szczepkowski zostali senatorami, Łapicki - posłem w pierwszej kadencji parlamentu. Po latach Holoubek przyznał, że ich skuteczność była nikła; mogli albo domagać się dla środowiska dawnych przywilejów, więc w gruncie rzeczy upierać się przy komunizmie, albo poddać się dyktatowi ekonomii, która spycha sprawy kultury na daleki plan.

W 1992 roku Tadeusz Konwicki cierpko mówił o zaangażowaniu przyjaciela w politykę: "(...) to go w jakiś sposób pospolituje, (...) odczarowuje. Taki aktor, tej rangi, tej klasy i tej tajemnicy artystycznej, powinien się odzywać od wielkiego dzwonu (...). Nieustanne uczestnictwo w życiu potocznym (...) mnie osobiście, jako jego przyjaciela, boli. (...) Ja bym wolał, żeby Holoubek mniej się rozpraszał, żeby mniej się pokazywał, żeby ten zasób swojej siły rezerwował na te najważniejsze przedstawienia".

Po premierze Króla Edypa w marcu 2004 roku Holoubek wygłosił w Ateneum przemówienie, które goście odebrali jako krzyk protestu i credo, i testament artysty. - Nie udało nam się przerobić rewolucji na praworządność - mówił. - Zamieniliśmy bezsens poprzedniego ustroju na popis pospolitości, na psychiczną szarość, brak elit i autorytetów. Kultura zeszła poza sferę zainteresowań rządzących. Telewizja traktuje swych odbiorców jak kretynów. Pojedynczy człowiek nie jest wartością zasadniczą. Potrzeba odnowy, przywrócenia kulturze - i człowiekowi - należnego im miejsca. Potrzeba humanizacji. Takiego wychowania człowieka, by drugi człowiek był dla niego obiektem najwyższego szacunku. Ja nie czuję obrzydzenia do świata, nie potępiam wszystkiego w czambuł - mówi. - Ubolewam tylko nad oddalaniem się ludzi od autentycznych wartości. Ale znajduję również w rzeczywistości pozytywne zjawiska. Obserwuję kolegów mojego syna. Odrzucają instynktownie wszelkie chamstwo, są kompetentni, nie sprzeniewierzają się wartościom. Wierzę w ich pokolenie.

Ateneum. Tu dostał pierwszy angaż w Warszawie. Tu trafił po Dziadach. Tu przyszedł, gdy z Polskiego wyrzucił go Dejmek. Kiedy po zmarłym Januszu Warmińskim obejmował w 1997 roku dyrekcję, wyraził nadzieję, że ta scena stanie się dawnym Teatrem Dramatycznym.

Okryty zielonym suknem stolik do kości stoi przy wejściu na scenę, w bezpiecznej odległości, żeby widzowie nie słyszeli licytacji.

Dyrektor uważa, że recenzenci demolują jego teatr. Joanna Szczepkowska: - Przez niezbyt mądre recenzje młodsze pokolenie może postrzegać Gustawa jako kogoś, kto myśli "po dawnemu". Tymczasem on ma prawdziwie współczesny umysł i jego aktorstwo jest naprawdę współczesne. Niedawno odbyło się w Akademii Teatralnej sympozjum na temat słowa. Żeby udokumentować swój pogląd, Gustaw zaczął mówić Wielką Improwizację. Można powiedzieć, że odwrotnie niż w 1968 roku. Zaskakująco kameralnie, jakby rozmawiał z kolegą przy kartach. Zapadła cisza. Studentów zatkało.

Prof. Anna Kuligowska-Korzeniewska: - Jako dyrektor Holoubek zgromadził grono dobrych reżyserów, którzy stanowili o ambicjach artystycznych tego teatru. Nie odrzucał propozycji, które mogły uchodzić za prowokacyjne czy nowatorskie. Jednak teatr stracił na świeżości repertuarowej, na dynamizmie artystycznym. Trzyma się repertuaru, który dogadza mieszczańskiej publiczności. Nadal trudno się do Ateneum dostać. O sile tego teatru stanowią gwiazdy tej sceny. To jest scena tradycyjna i staroświecka, ale należy uszanować gust i smak artystyczny Holoubka. Oby tylko ta jego demonstracja staroświecczyzny, która jest też przecież pewną grą intelektualną, nie spowodowała martwoty teatru.

Maciej Prus: - Gdyby recenzenci patrzyli tylko na stronę zawodową aktorów, to nie powinni walić w ten teatr, bo jest on ostoją rzemiosła. Aktorzy świetnie artykułują, już wszystko umieją, brakuje im tylko jakiegoś błysku... Żeby ktoś im dał ognia... Może należałoby tam wpuścić powietrze, jak to robił Warmiński, gdy czuł, że teatr kostnieje. Wprowadzał wtedy młodych reżyserów.

Piotr Fronczewski, Edyp w ostatniej premierze: - Może rzeczywiście jest tu pewna patyna, może nie sprzątnięto wszystkich kulek naftaliny... Gustaw jest konserwatystą i nie będzie tu robił generalnego odkurzania. Albo to komuś odpowiada, albo nie.

- Recenzje są czasem przesadnie napastliwe - uważa prof. Edward Krasiński. - Jednak Ateneum - zawsze jeden z pierwszych teatrów stolicy - przestał nim być. To chyba kwestia zmęczenia Holoubka - to samo zauważało się u Dejmka w Polskim. Zmęczenia pracą i życiem.

Rok 1993: "(...) Człowiek miewa chwile zwątpienia w sens naszej egzystencji. (...) Zaczynam odczuwać zwykły, prosty lęk, że to wszystko się kiedyś skończy. Jakże chciałoby się być nieśmiertelnym".

Rok 1997: "Ogarniają mnie lęki przed pewnymi symptomami odchodzenia".

Grał Prospera w Burzy Szekspira w Ateneum w 1991 roku. W finale, na wyciemnionej scenie, Prospero mówi wprost do publiczności: "Opadły czarodziejskie stroje. O własnych siłach tylko stoję, a te są nikłe".

Kwiecień 2004, po powrocie ze szpitala: - Lęk mnie nie opuszcza. Jestem w trakcie walki o następny etap mojego życia. Jeżeli to w ogóle jeszcze będzie możliwe... Jaki jest sposób na lęk? Praca. Tylko praca. Gdy w domu, pod nieobecność żony, ogarnia mnie przygnębienie, uciekam do teatru. To jest mój azyl, teatr daje mi poczucie, że jeszcze mogę się na coś przydać...

Jerzy Jarocki powiedział o nim, że ma moc rozszerzania pojemności granych przez siebie postaci. Zaopatruje tych przegranych herosów - Konrada, Leara, Superiusza - nie tylko w samoświadomość klęski, lecz także w wolę dalszej gry. Na przekór okolicznościom. To nie jest jedynie aktorska metoda, twierdzi Jarocki, ale osobista postawa filozoficzna Holoubka.

Trzeci stolik od wejścia, przy ladzie z ciastkami. Tadeusz Konwicki w zielonej kurtce z demobilu. Andrzej Łapicki w tweedowej marynarce. Gustaw Holoubek w jasnej wiatrówce. Pochyleni nad marmurowym stolikiem w kawiarni Bliklego. Chudzi. Osobni. Nie pasują. Lecz ich statyczność i obcość pośród zgiełku ulicy Nowy Świat wzbudzają czułość. Jak kartka klasycznej powieści, zaplątana pomiędzy strony efekciarskiej i tandetnej prozy współczesnej.

Andrzej Lapicki: - W tym trio każdy gra swoją melodię. Ja uważam to za normalne, że odchodzę z tego świata. Staram się zachować starczą pogodę i tolerancję wobec otoczenia. Gucio się buntuje. Jest bardziej aktywny, jeszcze chce brać w tym wszystkim udział... To znajduje odbicie w naszych sposobach rozmowy. Ja jestem spokojny, on się czasem podnieca. Najbardziej zgorzkniały i zgryźliwy jest Tadzio. Przeżyliśmy dużo razem, ale to nie znaczy, że jesteśmy dla siebie mili. Nie ma dnia, żebyśmy się nie spięli. Ciągle się obrażamy i przepraszamy. Temu pokoleniu towarzyszył pośpiech - pisał Holoubek w swoich wspomnieniach. "Musieliśmy uciekać przed lawiną głazów, które zasypywały za nami drogę powrotu, ciągle do przodu, bez możliwości oglądania się za siebie".

Konwicki: - Chcieliśmy we wszystkim wziąć udział... Życie było pełne błędów. A jednak w latach PRL żyło się w pewnym wyżu moralnym. Ciągle trzeba było podejmować jakieś ważne moralnie decyzje. Teraz rozterką jest, czy ukraść 80 czy 100 milionów. Nasze rozterki były o parę pięter wyżej. Jak się zachować... podpisać protest czy uciec przez okno... Chodziło wtedy o sprawy, które człowieka mimo woli podnosiły, prostowały. I nie mieliśmy takich apetytów. Nikt się nie rzucał do budowania willi.

W 1964 roku Konwicki poprosił Stanisława Dygata, by poznał go z Holoubkiem. Zrobił z nim cztery filmy. Przyznaje, że Lawę nakręcił ze względu na przyjaciela - żeby utrwalić jego Wielką Improwizację. Opowiada: - Strasznie mnie parło, żeby z Guciem współpracować, wejść z nim w kontakt psychiczny i duchowy. Ja się go bałem na początku. Był ostry i groźny przez niezwykłą wyrazistość swojej sztuki. W nim się czuje do dziś jakąś przewagę. Widziałem na planie, jak klasycy przy nim tracili swoją aktorską osobowość. On peszy niechcąco.

Przez lata zasiadali razem w południe w kawiarni Czytelnika; byli - jak mówi pisarz - rodzajem instalacji literacko-humorystycznej, motorem dwucylindrowym... Nie omawiali spraw narodu ani losów sztuki, nie udawali kapłanów - zastrzega. - Gucio lęka się pozy artystycznej. Robi wszystko, żeby zbanalizować swój byt. Interesuje się sportem. Lubi posiedzieć, pożartować... Żyliśmy! Gadaliśmy o sporcie, piliśmy, rwaliśmy panienki. Przypominaliśmy takich... w miarę estetycznych chuliganów.

Lapicki: - Wstydzimy się "głęboko" rozmawiać, "głębokie" refleksje są na wynos.

Konwicki: - Mamy pewną kindersztubę. Pewne obyczaje i wzorce, pryncypia pokoleniowe, które nami sterowały. Lubiliśmy angielską literaturę. Styl powściągliwy, dżentelmeński. Ton pozbawiony histerii... W Guciu można się tylko domyślać pewnych dramatycznych procesów wewnętrznych, ale on z tego nigdy nie robił ostentacji. Gucia mentalność jest mi potrzebna. A jemu - ta moja neurastenia, ruchliwość umysłowa, niepokój - widocznie też są potrzebne jako surowiec do jego procesów wewnętrznych.

Holoubek: - Konwicki mną powoduje. Nie ma takiej sytuacji, w której bym nie musiał go posłuchać. Siadam przy stoliku u Bliklego - "nie tu siadaj, ale tu". Przesiadam się. "Jak ty trzymasz popielniczkę. Przysuń do siebie. Odsuń od siebie". Bez przerwy jestem przez niego pouczany, na co daję mu przyzwolenie. Uważam to za dziwactwo, które nie ma nic wspólnego z istotą naszych stosunków. Bo ten sam Konwicki, który się ze mnie śmieje - gdy leżałem w szpitalu po poważnej operacji, przychodził codziennie... On, który z domu się nie rusza, nikogo nie odwiedza już od wielu lat... Stawał przy moim łóżku bez słowa, po pięciu minutach wychodził. My nie musimy informować się o czymkolwiek. Mamy identyczny stosunek do wielu faktów.

Zwalniają stolik za dziesięć dwunasta.

Dlaczego swą książkę wspomnieniową Holoubek kończy tam, gdzie zaczął się w jego życiu teatr? Precyzyjnie opisuje kształt i fakturę przedmiotów dzieciństwa, zapach matki, urodę ojca i ten moment po przebudzeniu, gdy wydało mu się, że posiadł świat. I w chwili, w której jako młodzieniec przekracza próg szkoły aktorskiej, stawia kropkę.

Bo teatr nie jest wszystkim, nie jest końcem świata - wyjaśnia. Jest pasjonującą przygodą - kapryśną, ryzykowną i gorzką. Lecz nie warto porzucać dla niej prawdziwego życia. Tylko życie jest ważne.

Fragment książki Magdaleny Grochowskiej "Wytrąceni z milczenia"

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje