Reklama

Reklama

Aktorka na śmierć i życie

Dla roli potrafi rozebrać się na scenie, występować na ulicy, na długo zostawić dom. Ale wtedy dzwoni do dzieci z garderoby w czasie charakteryzacji. Maria Seweryn pokonała kompleks córki znanych rodziców. W teatrze swojej matki, Krystyny Jandy, gra razem z ojcem Andrzejem Sewerynem.

Gdy powstawał Teatr Polonia, przez cztery miesiące dziećmi Marii Seweryn zajmował się tylko ich tata Robert Jaworski. Mama przygotowywała się do Trzech sióstr. A potem na kilka dni przed premierą dostała w zastępstwie rolę w spektaklu Lament na placu Konstytucji, w którym na ulicy Warszawy w godzinach szczytu opowiada przechodniom historię bezrobotnej, porzuconej kobiety. I to jest Maria, jakiej nie znamy. Kiedyś, na początku kariery, rozbierała się w buntowniczym Shopping and Fucking. Dziś dojrzała aktorka gra w duecie z ojcem Andrzejem Sewerynem w Dowodzie, historii oszalałego geniusza i związanej z nim utalentowanej córki.

Reklama

Załatwiłaś ojcu rolę w teatrze mamy?

Maria Seweryn: Można tak powiedzieć (śmiech). Mama przeczytała Dowód i powiedziała: "Jest dla ciebie rola. Musimy tylko znaleźć aktora, który zagra twojego ojca i jeszcze to wyreżyseruje". A ponieważ od paru lat marzyłam, żeby zagrać z tatą, natychmiast pomyślałam o nim.

Nareszcie masz ojca dla siebie?

Nareszcie. Nigdy w życiu nie spędziłam z nim pełnych dwóch miesięcy. Nigdy nie występowaliśmy na scenie. Nie denerwowaliśmy się wspólnie przed premierą.

Nie pozabijaliście się?

Dziwne, prawda? Mnie szybko ponoszą nerwy. Zdarza mi się kłócić z reżyserami. A tu zero konfliktów. Aż zmartwiłam się, czy nie jest za miło. Okazuje się jednak, że są różne metody. To było wspaniałe spotkanie. Poza tym ojciec jest pedagogiem, uczy aktorstwa. Praca z nim była też nauką o sobie, swoich możliwościach i brakach. Nie mogę już doczekać się lipca, kiedy znów zagramy.

Pasowanie na aktorkę dłonią mistrza?

Myślę jednak, że już nią jestem. Ale rzeczywiście długo miałam kłopot z tym, żeby mówić o sobie "aktorka". Wydawało mi się, że na to trzeba zasłużyć. Znam osoby, które uznały mnie w pełni za aktorkę dopiero po Lamencie na placu Konstytucji, bo w dwa dni przygotowałam rolę, zastępując inną aktorkę (śmiech).

Lubisz grać na ulicy?

Bardzo, ale to jest naprawdę kompletna jazda bez trzymanki. Nawet po kilkunastu przedstawieniach boli mnie z nerwów brzuch przed wyjściem. Nigdy nie wiadomo, co się wydarzy. Ile karetek przejedzie, zagłuszając nas zupełnie. Kto przyjdzie, może jakiś wariat, a może pijak komentujący nasze słowa. W spektaklu mówię: "Nie mam pracy". Kiedyś usłyszałam: "To się powieś!".

Co wtedy robisz?

Gram dalej. W teatrze, w budynku sytuacja jest bezpieczna. Jestem na scenie, reflektor świeci w oczy, nie widzę publiczności. Na ulicy rozpoznaję wszystkie twarze, widzę, czy ktoś słucha, czy ziewa. Do tego hałas miasta w godzinach szczytu. To dobra nauka skupienia, żeby nic nie wytrącało mnie z roli. Napięcie jest niesłychane. Widzowie reagują spontanicznie. Zdarza się, że kobiety płaczą. Tylko jedno mi przeszkadza: gdy zobaczę kogoś znajomego. Mój ojciec oglądał Lament schowany za słupem. Nie wiedziałam, że jest.

Czy tak jak Twoja bohaterka znasz sytuację, kiedy nie masz pracy?

Po Shopping and Fucking przez jakiś czas nie miałam propozycji.

Kara za obrazoburstwo? Za drastyczny język i prowokację obyczajową?

Tak myślę. To był pierwszy spektakl brutalistów. Odniosłam wrażenie, że wiele osób ze środowiska obraziło się za ten spektakl. Pamiętam taką wypowiedź: "Jak Krystyna Janda mogła pozwolić córce na coś takiego!".

Widziała spektakl?

Widziała drugą generalną. Podeszła z uśmiechem, nie oburzała się. "Kochani, przede wszystkim błagam was, mówcie głośniej!" - to był jej komentarz.

Potraktowała was jak dzieci robiące rewolucję?

Nie odniosłam takiego wrażenia. Ale może dlatego, że nikt z nas żadnej rewolucji nie planował.

A gdy Cię krytykowano, pocieszała?

Nigdy nie żaliłam się jej, że ktoś mnie krytykuje, że nie mam pracy. Byłam młoda, obserwowała mnie. Wiedziała, że muszę przez to przejść sama. Wiesz, co mnie wtedy uratowało? Teatr Polskiego Radia. Często zapraszali mnie do współpracy. Przytuliłam się do mikrofonu. Minęły dwa lata, zrobiłam jeszcze parę spektakli i pewnego dnia mama powiedziała: "Chcę popracować z tobą". Stanęłyśmy razem na scenie. To były Opowiadania zebrane, amerykański dramat. Historia uczennicy i mistrzyni. Zrobiła mi warsztaty, coś w rodzaju jednoosobowej klasy mistrzowskiej. Jeżdżąc ze spektaklem, zagrałyśmy chyba w każdym mieście w Polsce, w którym jest teatr. Teraz zdarza mi się, że nie poznaję miasta, ale wchodzę na scenę i wiem: Lublin (śmiech).

Dusza wędrowca?

Uwielbiam wyjazdy. Gdy dowiaduję się, że jedziemy ze spektaklem, odliczam dni. Mogę wyrwać się z domu, pojechać z kolegami, których lubię. W nowym miejscu zawsze wydarzy się coś nowego w przedstawieniu, choćbyśmy grali pięćdziesiąty raz. A potem dobra kolacja, jesteśmy razem nie tylko na scenie, to bardzo przyjemne.

A w dzieciństwie, gdy mama płakała po przyjściu z teatru, zarzekałaś się, że nigdy nie będziesz aktorką!

Zdarzały się jej chwile załamań, ale związane na przykład z zakazem pracy, jaki dostała w latach osiemdziesiątych po spektaklu Wieczernik Ernesta Brylla w kościele Miłosierdzia Bożego. Albo kiedy wycieńczona wracała z planu Przesłuchania. Małemu dziecku ten zawód mógł kojarzyć się rzeczywiście źle... Ale mnie nawet przez głowę nie przeszło, że mogłabym być aktorką, bo byłam nieśmiała. Uważałam, że jestem brzydka, i żałowałam, że nie urodziłam się chłopcem.

I kto machnął magiczną różdżką?

Radek Piwowarski. Zadzwonił, bo chciał, żeby Edward Kłosiński, mąż mamy, robił zdjęcia do Kolejności uczuć z Danielem Olbrychskim. Odebrałam telefon. "Ile ty masz lat? - zapytał. - Siedemnaście. - To przyjdź na próbne zdjęcia". Nie chciałam. "Chociaż mi się pokaż", przekonywał. Potem mi opowiadał, że zobaczył chłopca z krzywymi nogami, który się bardzo ładnie uśmiechnął.

Pamiętam ten film. Nie widziałem w nim chłopca z krzywymi nogami.

Włożyli na mnie sukienkę, codziennie kręcili loki. Magia po prostu (śmiech).

To wtedy odkryłaś siebie jako dziewczynę?

Na pewno, bo stwierdziłam, że chcę być aktorką. W ogóle spodobała mi się praca na planie. Trzymałam blendę oświetleniowcowi, interesowała mnie kamera i co robi script - pani, która na tabliczce zapisuje numery scen.

Mama wołała: "Tylko, broń Boże, nie aktorką!"?

Wołała. Nie dziwię się jej. W tym zawodzie można być bardzo nieszczęśliwym człowiekiem. Spróbujesz, spodoba ci się, a potem nie dostajesz pracy. A nadzieję masz zawsze.

Tobie się udało?

Tak, pracuję i mam poczucie, że się rozwijam. Nie odpuszczam żadnego przedstawienia, na scenę zawsze wychodzę na śmierć i życie. Ale każdemu podobać się nie da.

Myślałaś kiedyś, że źle wybrałaś zawód?

Myślałam tak przy okazji jednego ze spektakli. Czułam, że nie pasuję do reszty grupy. To paraliżowało mnie i nie byłam w stanie grać. Nina Zarieczna mówi tak w Czajce: "Pan nie wie, jak to jest, kiedy się stoi na scenie i wie, że gra okropnie. To straszne uczucie". Ale nie odeszłam ze spektaklu, bo wiedziałam, że jeśli to zwalczę, zyskam siłę i niezależność tak potrzebne w tym zawodzie. Ostatnie spektakle zagrałam z prawdziwą przyjemnością. Poznałam ludzi, którzy mi dali Dojrzałaś?

Wtedy byłam szczylem. Chyba teraz dojrzewam. Zaczynam być spokojniejsza. Jestem w gorącej wodzie kąpana. Szybko się denerwuję. Wiele razy z tego powodu paliłam za sobą mosty, to bardzo zła cecha. A teraz potrafię zatrzymać emocje, uspokoić się i zacząć jeszcze raz. Taka praca nad sobą może być dużą przyjemnością. Niektórzy chodzą do psychoanalityka. Ja nigdy nie poczułam, żebym z czymś nie mogła uporać się sama.

"Zawsze dam radę" to po mamie?

Po mamie, po babci. A ona pewnie po prababci (śmiech). Mam też jedną wspaniałą cechę. Cokolwiek by się działo, najstraszniejsze rzeczy - ja śpię. Jak dziecko. Przesypiam problemy. Potem oczywiście wstaję i je rozwiązuję.

Gdy umarł mąż mamy, wspierałaś ją? Wyszłaś z roli córki?

Nie musiałam. Cała nasza rodzina się wspiera. Jesteśmy rzeczywiście blisko. Mam kłopot z mówieniem o śmierci Edwarda, bo mama publicznie jeszcze nic o nim nie powiedziała. Nie chciałabym tego robić przed nią. Na pewno jego odejście to cezura w naszym życiu. Jakiś koniec. Naprawdę minęło bardzo mało czasu. Myślę, że to wszystko jeszcze nie dotarło do naszej świadomości.

Podobno Twoja mama, gdy zakochała się w Edwardzie Kłosińskim, zapytała, czy wujek może zamieszkać z wami?

Nie pamiętam, byłam malutka. Ale też bym tak zrobiła. Tak zostałam wychowana. Nawet jeśli masz cztery lata, twoje zdanie się liczy.

Jak wychowywał Cię wujek?

Mądrze, z wyczuciem, ostrożnością, uwagą. Gdy byłam nastolatką, uświadomił mi, że mam prawo nie zgadzać się z matką.

Trzymaliście sztamę?

Nie. Ale sprawił na przykład, że nie wyobrażam sobie, że mogę nie iść na wybory.

Zabierał Cię na spacery i tłumaczył świat?

Nie. Edward i mama byli zbyt zapracowani, nie mieli czasu brać mnie na spacer.

Straszne.

Dlaczego? Była druga strona ich stylu życia. Mama robiła film w Stanach, a niemiecki film, gdzie miał pracować Edward, spadł. Wujek jednym podpisem zwolnił mnie na miesiąc ze szkoły i spędziliśmy ten czas, jeżdżąc po Ameryce. Pokazał mi Stany. Spotkałam przy nim ciekawych, wspaniałych ludzi, miałam okazję rozmawiać, obcować z wielkimi autorytetami. Przecież wychowywanie dzieci nie polega na tym, żeby chodzić z nimi po parku i umoralniać. Dziecko obserwuje rodziców i świat. I wyciąga z tego wnioski.

Twoja mama powiedziała: "Moje dzieci wychowała babcia".

Mówiła o moich braciach, jej synach. Kiedy urodził się Adaś, babcia przeprowadziła się do nas. Wzięła wychowanie chłopców na siebie. To ich wielkie szczęście. Wszyscy, którzy poznają naszą rodzinę, zakochują się w babci. Nie w mojej mamie. Nie we mnie. W babci.

Babcia w centrum rodziny?

Głową rodziny jest mama. Ale gdyby nie było babci, nie byłoby rodziny. Ona podejmuje decyzje życia codziennego, dba o wszystko. Była pierwszą osobą, której powiedziałam, że jestem w ciąży. Ona mnie nauczyła, jak się gotuje zupę. Do niej dzwonię, gdy moje córki są chore. To niezwykły człowiek. Nie znam drugiej osoby, która by tak nie zajmowała sobą świata. I tak dużo robiła dla innych.

Chciałabyś taka być?

Oczywiście. Ale nie potrafię. Zresztą aktor chyba powinien chcieć zajmować sobą świat. Skromny człowiek nie poradzi sobie w tym zawodzie.

Pielęgnujesz w sobie egoistkę?

Tak. Czasem pozwala mi ona nie zapomnieć o sobie (śmiech). Gdy urodziłam dzieci, siłą rzeczy przestałam być numerem jeden w swoim życiu. Jestem ważna, bo to ode mnie zależy ich los. One są najważniejsze.

Co Twoje córki powiedzą? Kto je wychował?

Starsza, Lena, nie narzeka, że mnie nie ma. Sama odrabia lekcje. Uczy się samodzielności. Mam nadzieję, że zrozumie: to nie jest takie złe.

Twoja mama też Ci to mówiła?

Tak. Pamiętam, że miałam 15 lat i weszłam w okres buntu. Przestałam chodzić do szkoły. Po trzech tygodniach wracam do domu, mama mówi: "Wezwali mnie do szkoły, czy coś zrobiłaś?". Nie odważyłam się wyjawić jej prawdy, ale pojechałam z nią. Myślałam, że to koniec świata, że mnie zabije. Czekałam pod drzwiami gabinetu dyrektora. A ona usiadła koło mnie i popłakała się. Zaczęła mnie przepraszać. I mówić, że to jej wina. Tak mnie zaskoczyła i wstrząsnęła, że w tydzień nadrobiłam zaległości. Nigdy więcej nie było problemów.

Smutno mi, gdy tego słucham.

Przestań! Wychowałam się przy szczęśliwych, spełnionych ludziach. Ludziach niezwykłych i ważnych nie tylko dla mnie, ale dla tego kraju. Dlaczego to ma być smutne? Nie byłam puszczona samopas. W rodzinie opowiada się historie, jak mama, mimo że była od pół roku w Stanach, cały czas panowała nad tym, co działo się w domu. Potrafiła zadzwonić do cioci, że ma kupić mi zeszyt do nut. A skąd wiedziała, że był mi potrzebny, tego nikt nie wie.

Też cały czas myślisz o swoich dzieciach?

Tak. Cała sztuka polega na dobrym zorganizowaniu życia. Żeby moje córki nie czuły się bezradne, opuszczone.

Żadnych minusów?

Oczywiście, są. Nie ma co udawać. Dzieci tak szybko rosną, bardzo dużo mnie omija. Z Leną pierwszy rok byłam w domu, wtedy studiowałam. Cztery miesiące po urodzeniu Jadzi już grałam. Ale udało mi się karmić ją przez rok. Robiliśmy przerwę w zdjęciach i ściągałam mleko. Wstawiałam butelkę do lodówki i graliśmy dalej.

Lenę urodziłaś na studiach. Wcześnie?

Byłam przerażona. Śmieszne, bo przez pół roku miewałam ten sam sen, że nie mogę mieć dzieci. Więc gdy zaszłam w ciążę, byłam szczęśliwa. Dopiero potem zaczęłam się martwić. To były trudne momenty. Rodzice nie ucieszyli się, nie zaczęli klaskać. Tylko babcia powiedziała: wspaniale. Na szczęście natura tak stworzyła kobietę, że przez te dziewięć miesięcy zmienia się i dojrzewa. Nie znam załamań psychicznych w ciąży. Mam energii za dwoje. Wszystko działo się naturalnie. Chciałam gniazda, rodziny. Robert, mój mąż, opowiadał, że dziwiło go, bo kiedy dziecko płakało, ja zawsze wiedziałam, co robić. Nie wiedziałam, działałam instynktownie.

Dzięki ojcu masz francuskie obywatelstwo. O Francji nie marzysz?

Odkąd jest Teatr Polonia, nie mogę wyjechać. To jest moje miejsce, dom. Bałam się, że będę całe życie wlec się za mamą. Ale nie mam takiego odczucia. Znalazłam swoje miejsce w Polonii. Ciężko tam pracuję, uczę się i sprawia mi to wielką radość. I mimo wszystko czuję się niezależna.

A teraz dołączył do was ojciec. Rodzice w komplecie.

Od momentu, gdy wybrałam zawód, starałam się uciekać od nich, iść swoją drogą i udawało mi się to. Ale ta droga zaprowadziła mnie do nich. Nie uważają mnie za najlepszą aktorkę w tym kraju. Ale mnie cenią i chcą ze mną pracować. Czuję się im potrzebna.

Rozmawiał Roman Praszyński

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje