Reklama

Reklama

Ciężko znoszę rozstania

Bożyszcze kobiet i jeden z najpopularniejszych polskich aktorów obchodzi wkrótce 50. urodziny i właśnie świętuje jubileusz 25-lecia pracy. Czego nauczyły go te lata? Tylko w SHOW spowiedź Cezarego Pazury.

Czy czuje się pan mężczyzną spełnionym?
Cezary Pazura: - Kiedy przypominam sobie, jakie miałem pragnienia np. jako licealista, to wiem, że życie wyprzedziło moje marzenia. Nigdy nie spodziewałem się, że będę popularnym aktorem, i że będę się przyjaźnił z tymi, których kiedyś oglądałem w telewizji. Słowem, pod względem zawodowym dostałem więcej niż kiedykolwiek przypuszczałem.

A co z życiem prywatnym? Czy udało się panu znaleźć harmonię między pracą a byciem głową rodziny?
- Pogodzenie życia prywatnego i zawodowego to podstawa udanego związku, i to nie tylko dla aktora. Przyznam szczerze, że nie zawsze udawało mi się godzić obie rzeczy. Ale ostatnio chyba w końcu znalazłem odpowiednie proporcje.

Reklama

Z okazji 25-lecia pracy artystycznej przygotował pan specjalny satyryczny program jubileuszowy, z którym jeździ pan od kilku miesięcy po Polsce, ale był też np. w USA. Tęskni pan za najbliższymi podczas tych podróży?
- Właśnie wróciłem do domu po dwóch tygodniach nieobecności. Mimo codziennych kontaktów na Skypie, było mi naprawdę ciężko. A na koniec okazało się, że źle obliczyłem datę przylotu do Polski. I ten jeden dodatkowy dzień w Nowym Jorku bez bliskich mocno przeżyłem. Teraz coraz trudniej znoszę rozstania z rodziną. Staram się więc tak organizować swoje występy w Polsce, aby wrócić na noc do domu. Jeżeli muszę już gdzieś wyjechać dalej, to nie ma mnie w domu najwyżej dwa lub trzy dni. Jednak są to przypadki bardzo sporadyczne.

Potrafi pan odpoczywać?
- Moim patentem na odpoczynek jest... cisza i spokój, którą znajduję w naszym domu na Warmii. Moje dziewczyny uwielbiają tam przebywać. To oaza spokoju i moja emerytura. Po ciężkich tygodniach pracy na pełnych obrotach wsiadamy z żoną i córką do samochodu i jedziemy na wieś. Taki odpoczynek pozwala naładować nam baterie na kolejne dni pełne pracy. Jestem szczęśliwy, gdy uszczęśliwiam najbliższych.

Jaka jest Edyta, pana żona?
- Taka jak ja, czyli marzycielka pragmatyczka. Chciałaby, aby nasz dom był szczęśliwy, zdrowy i bogaty w duchowym sensie, na co oboje pracujemy.

A czy wie pan, jakie ona ma marzenia? Podobno na wiosnę ma dostać swój własny program w Polsat Café...
- Nie wiem, czy Edytka dostanie program. Ale wiem, że moja żona nie ma ciśnienia, aby występować w telewizji. Edyta traktuje to, co robi, bardzo poważnie. Świetnie jej idzie na uczelni. Żona bardzo ostrożnie selekcjonuje propozycje zawodowe. Wiele razy miała propozycję udziału w tanecznym show, ale odmawiała. Mile mnie tym zaskoczyła. Sparzyła się na tych wszystkich rewelacjach, które wypisywała prasa. I teraz jest ostrożna.

Zna pan tytuł pracy magisterskiej żony?
- Ależ oczywiście! "Droga organizacji na rynek NewConnect". Moja żona pisze o źródłach finansowania przedsiębiorstwa i wprowadzeniu firmy na giełdę. Wiem też, że chce dalej studiować i zająć się inżynierią finansową.

Kto u państwa ma w domu decydujący głos, na przykład podczas dobierania koloru zasłon: pan czy małżonka?
- Nie muszę stawiać na swoim, bo moja żona ma bardzo dobry gust i ona organizuje wszystkie sprawy domowe. Nigdy nie dochodzi u nas do sprzeczek na tym tle.

Czy Edyta dobiera też panu krawaty?
- Na szczęście nie musi. Ostatnio krawaty wyszły z mody i wiszą teraz bezużyteczne w szafie. Zakładam za to rozpięte koszule, a za jedyną ozdobę do garnituru uznaję chusteczkę w kieszonce marynarki.

Ma pan dorosłą córkę Anastazję z pierwszego małżeństwa i maleńką Amelię, która przyszła na świat dwa lata temu. Czym różni się dojrzałe ojcostwo od bycia tatą w młodym wieku?
- Zmienia się optyka. Na pierwszy plan wysuwa się rodzina, dziecko i jego potrzeby. Młodzi mężczyźni, którzy są ojcami, większość czasu spędzają w pracy. Zajęci są życiem codziennym i zarabianiem pieniędzy dla rodziny. Mężczyzna, który ma za sobą 25 lat pracy, może już więcej czasu poświęcić swoim bliskim, w moim przypadku żonie i Amelce. Bardzo się cieszę, że mogę sobie na to pozwolić.

No dobrze. A kiedy razem z żoną i córeczką jest pan w waszym domu na wsi, to potrafi pan... wyłączyć komórkę?
- Telefonu nigdy nie wyłączam, ale często wyciszam. Wtedy na bieżąco mogę sprawdzić, kto do mnie dzwonił. Prowadzę firmę producencką i muszę być dostępny.

Teraz dla swojej widowni jest pan dostępny niemal cały rok. Prawie nie schodzi pan ze sceny!
- Nie wyobrażałem sobie, bym mógł świętować 25 lat pracy inaczej niż na scenie. Przygotowałem wraz z innymi kabareciarzami specjalny program, z którym w ciągu ostatnich dziewięciu miesięcy zjeździliśmy całą Polskę, ale i Europę, a także Stany Zjednoczone i Kanadę. Działo się, ale to jeszcze nie koniec. Bo trasa trwa...

Lubi pan to?
- Bardzo! Przede wszystkim dlatego, że czuję, że publiczność na mnie czeka. Nie każdy ma tyle czasu, żeby wybrać się do Warszawy, by zobaczyć Pazurę. Więc ja odwiedzam moich widzów. Nasze występy oglądają tłumy! Często też słyszę pytanie: "Czemu tak rzadko?". Niedawno, w Nowym Jorku czekała na mnie niezwykła niespodzianka: lodowy posąg Kilera! To mnie naprawdę wzruszyło. Chociaż po kilku godzinach Kiler zaczął się topić... I jak tu nie wracać do takiej publiczności?

Złości się pan, gdy słyszy o sobie "polski Jim Carrey"?
- Nie, dlaczego miałbym się złościć? Obaj stosujemy przecież podobną metodę aktorską - gramy "na minach". Tak właśnie tworzyłem swoją postać z "13 posterunku". Ale nieskromnie muszę przyznać, że ja byłem pierwszy, więc chyba należałoby powiedzieć, że to Jim Carrey jest "amerykańskim Pazurą" (śmiech). Ostatnio usłyszałem dla odmiany od dzieci Polaków mieszkających w Ameryce, że jestem podobny do Mr Beana, czyli do poczciwego brytyjskiego Jasia Fasoli. Tego podobieństwa nigdy nie widziałem, ale to bardzo miłe!

Jak spędzał pan wolny czas w Stanach?
- Nie miałem go wiele, ale udało mi się pójść na Broadway na musical "Spiderman". Byłem pod wrażeniem! W przyszłym roku chciałbym zabrać do Nowego Jorku Edytę, bo ona uwielbia musicale.

W programie jubileuszowym gra z panem m.in. Paweł Małaszyński. Jak doszło do współpracy?
- Paweł jest z tego pokolenia aktorów, które wychowało się na filmach z moim udziałem. On widzi we mnie swojego "nauczyciela". A ja lubię jego podejście do pracy. Moim zdaniem Paweł jest prawdziwym aktorem, takim z powołania. Potrafi też być bardzo śmieszny. Nie musiałem go długo namawiać i uważam, że na scenie kabaretowej radzi sobie bardzo dobrze. Zresztą, zapraszam na nasze wspólne występy - sami państwo to ocenią.

Chciałby pan kiedyś wystąpić w filmie w starym składzie z "Psów"? Lubaszenko, Kondrat, Linda i pan?
- Nawet był taki pomysł. Ale niestety, teraz nie ma na takie produkcje wystarczających środków. Na razie pomysł więc upadł.

20 stycznia wchodzi jednak do kin "Sztos 2", który wyreżyserował Olaf Lubaszenko. Czego możemy się po tym filmie spodziewać?
- W kontynuacji "Sztosu" ponownie spotkamy się z tymi samymi aktorami, których publiczność polubiła już w latach 90. Będę więc ja, Edward Linde i Jan Nowicki. Dołączyli też do nas Borys Szyc i Bogusław Linda, którzy zagrają zupełnie nowych bohaterów. Przypomnę, że pierwsza część tej kultowej już komedii była debiutem reżyserskim mojego przyjaciela Olafa Lubaszenki. W ubiegłym roku ponownie się spotkaliśmy na planie "Sztosu" po to, by tym razem wspólnie z naszymi bohaterami cofnąć się do szarych lat 80. i wejść w środowisko cinkciarzy.

Próbował pan namówić Marka Kondrata, by wrócił do aktorstwa?
- Jeśli chodzi o Marka Kondrata, to najlepiej byłoby spytać o to jego samego. Nie jest tajemnicą, że on

ostatnio nie ma ochoty na granie.

Kondrat został winiarzem. Pan także zadebiutował w świecie wina. To dobry pomysł?
- Ja nie produkowałem wina P'Azzuro, tylko użyczyłem produktowi swojego wizerunku. Gdyby jeszcze raz nadarzyła się do tego okazja, znowu powiedziałbym "tak". Po pierwsze: wino sprzedało się bardzo dobrze. A po drugie: wszyscy, którzy go próbowali, byli zadowoleni, bo po prostu im smakowało. Uważam, że w Polsce brakuje dobrego, niedrogiego wina, które nie musi przecież kosztować 100 złotych.

Mężczyźni plotkują?
- Oczywiście! Bardziej niż kobiety! (śmiech). Mężczyźni bardzo plotkują, ale niepotrzebnie to mówię, bo koledzy będą mi mieli za złe. Po prostu rozmawiamy sobie na różne tematy... (śmiech). W towarzystwie satyryków, którymi ja się otaczam, wszystko, co mówimy,

podszyte jest humorem. My to nazywamy "rozmową o sprawach ważnych".

Czego panu życzyć przed 50. urodzinami?
- Kolejnych pięćdziesięciu lat w zdrowiu.

Może roli? Którą ze swoich ról lubi pan najbardziej?
- Ojca i męża. Dzięki temu, że spełniam się w tych dwóch rolach, mogę potem spokojnie realizować się jako aktor, producent czy reżyser.

Oskar Maya, Iwona Zgliczyńska

Nowy większy SHOW - elegancki magazyn o gwiazdach! Jeszcze więcej stron, więcej gwiazd i tematów! Więcej przeczytasz w najnowszym wydaniu magazynu, w sprzedaży od 24 października!

Show

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: rozstania | Cezary Pazura

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje