Reklama

Reklama

Grzecznie niegrzeczna

Podobno Joanna Szczepkowska jest potworem. Bo wymaga, bo trudna, bo upiera się przy swoim. Zagrała własną matkę w filmie Popiełuszko. To pretekst, by pozwolić jej opowiedzieć o niespokojnym, niezbyt sielskim dzieciństwie, rozmowach z ludźmi na murku i dlaczego nie zawsze wie, czego chce.

Właśnie się przeprowadza. Mieszkanie wynajmuje, nie kupuje. - Nie lubię się wiązać - mówi. Niedzisiejsza. Obce są jej słowa, "parcie na lans", "pracoholizm", "kredyt hipoteczny", a nawet "praca na etacie". Co ma w zamian? Wolny czas i poczucie, że zawsze można zacząć wszystko od początku.

Reklama

Miała Pani wątpliwości, czy zagrać bliską osobę?
Joanna Szczepkowska: Moja mama była postacią tak barwną i fascynującą, że po przeczytaniu scenariusza poczułam niedosyt. Wydawało mi się, że nie pokażę jej osobowości tak, jak na to zasługiwała. Nie domagałam się jednak większej roli, bo film był o księdzu Popiełuszce, a nie o niej. Na planie nie czułam się nawet aktorką, tylko kimś, kto pamięta atmosferę czasów PRL-u. Czy przekroczyłam granice prywatności? Chyba nie. Zdjęcia do filmu rozpoczęły się, kiedy mama jeszcze żyła. Miałam jej pełne błogosławieństwo.

Podobno była osobą niezwykle wspierającą.
Niepokorna, trudna, nie potrafiła się nagiąć. Pracowała w kościele Świętego Marcina, w komitecie pomagającym rodzinom internowanych. Potrafiła łączyć środowiska. Robotnicy z Huty Warszawa, studenci medycyny, artyści... dogadywała się ze wszystkimi. Umiała rozładować konfliktowe sytuacje poczuciem humoru. Ksiądz Popiełuszko, który siłą rzeczy często bywał u nas w domu, doceniał to.

Jest Pani podobna do mamy?
Niezupełnie. Była ideałem, chociaż przestrzegała dziwnych zasad. Przykład? Nie znam matki, która pociesza dziecko przynoszące ze szkoły złe stopnie. A ona to robiła. Denerwowała się, że jestem za grzeczna. Wolałaby mnie widzieć potarganą, bijącą się z chłopakami, chodzącą po drzewach, a nie piszącą wiersze. No to chodziłam po drzewach, żeby jej się podobać.

Skąd wzięła się ta grzeczność?
Z tego, że miałam bardzo niegrzecznych rodziców. W szalonych latach 60. mieszkaliśmy w kamienicy, w której żyli sami młodzi aktorzy. Właściwie ich życie było jedną wielką nieustającą zabawą.

Czuła Pani zazdrość o tłumy dzieci przewijające się przez wasz dom?
Tak. Kiedy rodzice się pobrali, postanowili, że będą mieli tyle dzieci, ile się da. Ale pojawiłam się tylko ja, a mamie z głębokim, rozsadzającym ją instynktem macierzyńskim najwyraźniej to nie wystarczało. Zaczęła opiekować się dziećmi z zaniedbanych rodzin. Wyprowadzała na ludzi największych łobuzów. Na jednej z wycieczek szkolnych zaczęła rozmawiać z chłopakiem, który nigdzie nie ruszał się bez noża, zastraszał nauczycieli, uciekał z domu. Ten mężczyzna, Piotr, dziś mieszkający w Stanach Zjednoczonych, mówi, że tylko dzięki mamie wyszedł na prostą. Na zakończenie szkoły podarował jej nóż. Zrobiony na pracach ręcznych.

Może chciałaby Pani znów być dzieckiem?
Nie. Moje dzieciństwo było pełne jakichś niepokojów, zagubienia, strachu przed przyszłością... Wydawało mi się ciągle, że jestem inna, wszędzie obca. Nie wiedziałam wtedy, że cierpię na dekoncentrację, rodzaj ADHD. Potrafiłam napisać esej o poezji włoskiej dla całej klasy, ale spakowanie się na lekcje przekraczało moje umiejętności. Wpatrywałam się w nauczycieli, widziałam, w jakich są nastrojach, ale nie potrafiłam powtórzyć, o czym mówili przez całe 45 minut. Wszystko jakoś za silnie przeżywałam.

Dowiedz się więcej na temat: Popiełuszko | szkoły | mieszkanie

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje