Reklama

Reklama

Keanu Reeves: mężczyzna niezniszczalny

Outsider jednym z najpopularniejszych gwiazdorów Hollywood? Trudna sztuka, ale Keanu Reeves udowodnił, że to możliwe. Ostatnio pokazał też, że potrafi się podnieść nawet po trudnych życiowych doświadczeniach. Jak mówi "Twojemu STYLOWI", nigdy dotąd nie jeździł tak szybko na motorze, nie uśmiechał się tak często i nie miał takiej ochoty na wielką miłość.

Do pokoju w nowojorskim hotelu Ritz Carlton aktor wszedł energicznym krokiem. Rozpromieniony, zrelaksowany, lekko niedogolony. W progu zażartował: "Nazywam się Keanu Reeves. Czy jest tu ktoś, kto chciałby ze mną porozmawiać?". Od dawna nie widziano go tak uśmiechniętego i rozmownego. Po serii tragicznych wydarzeń w jego życiu (śmierć córki przy porodzie w 1999 r., rozstanie z jej matką, która wkrótce potem zginęła w wypadku samochodowym) Reeves bardzo niechętnie udzielał wywiadów. A jeśli już mu się zdarzało, robił to pod presją agenta ("to konieczne, mamy zapis w umowie"). Większość "newsów" o jego romansach okazywała się plotkami, a on sam powoli zyskiwał opinię samotnika i pracoholika. Przez ostatnich dziesięć lat niemal wyłącznie poświęcał się kinu. Zagrał w tym czasie w prawie 20 filmach, został jednym z najpopularniejszych i najlepiej opłacanych gwiazdorów Hollywood. Ale mimo to otwarcie przyznawał: "Do satysfakcji z życia potrzebuję czegoś więcej". Jeszcze kilka miesięcy temu unikał kamer i reporterów. Teraz coś się zmieniło. Keanu Reeves nareszcie powraca do świata, i to w całkiem niezłej formie.

Reklama

Twój STYL: Jakiś czas temu mówiono, że przestał się Pan uśmiechać. Dziś jest inaczej. Czy w Pana życiu zaszła ostatnio jakaś rewolucja?

Keanu Reeves: W pewnym sensie tak... wewnętrzna. Odzyskałem dawny spokój. Utrata bliskich osób była dla mnie straszliwym ciosem. Marzyłem o domu, rodzinie, byciu ojcem. Wszystko tak świetnie się układało i nagle... Długo nie mogłem przyjąć do wiadomości, że to się stało naprawdę, że przydarzyło się właśnie mnie. Nie wymazałem z pamięci osób, które kochałem. Ciągle zdarza mi się myśleć o tym, jak wyglądałoby teraz moje życie, gdyby córka i moja partnerka były ze mną. I nie walczę z tym. Na zawsze pozostaną częścią mojej przeszłości. Ale czas pomógł mi zrozumieć, że nie mogłem zapobiec obu tym tragediom. I dotarło do mnie w końcu, że nie powinienem przeżyć reszty życia na ich rozpamiętywaniu. Uporanie się z bólem zajęło mi kilka lat, ale dziś znowu chce mi się żyć nie tylko pracą.

Nie oszczędzał się Pan w ostatnich latach. Grafik wypełniony do granic możliwości to Pana sposób na ucieczkę od trudnych wspomnień?

Tak. Nie kryję, że praca wyciągnęła mnie z depresji. Choć to nie było tak, że samo zatracanie się w kolejnych rolach czy przemieszczanie się z jednego planu filmowego na drugi przywróciły mi dobre samopoczucie. Ale dzięki temu w ogóle jakoś funkcjonowałem. To nie był łatwy czas. Nagle zacząłem tracić pewność siebie. Niezależnie od tego, ile ról mi proponowano i jak wysokie dostawałem za nie stawki, nachodziły mnie wątpliwości, czy w ogóle jestem dobrym aktorem? Czy uniosę kolejną postać itp.? Czułem się tak, jakby nagle wyczerpał się mój twórczy potencjał.

Mówi Pan o czasie swoich sukcesów: Lepiej późno niż później, Dom nad jeziorem i wreszcie trylogia Matrix. W tym czasie zdobył Pan przecież status kultowej gwiazdy i kilkaset milionów dolarów!

Tak, mówimy o tym samym okresie. Jak widać, sukcesy nie muszą oznaczać wiary w siebie. W mojej pracy wszystko układało się wtedy doskonale. Dobrze robiło mi przebywanie wśród ludzi. Ale gdy wracałem z planu filmowego, pogrążałem się w ponurych myślach. Racjonalne argumenty do mnie wówczas nie trafiały.

To zaskakujące wyznanie. Neo był wtedy dla wielu ludzi kimś więcej niż postacią z ekranu. Emanował wewnętrzną siłą, pewnością siebie, charyzmą.

Nawet mnie trudno dziś uwierzyć, że chwilami miałem wyłącznie czarne myśli. W jakimś sensie Neo podtrzymywał mnie na duchu w trudnych momentach.

Jako nastolatek musiał Pan dorabiać, by pomóc matce. W początkach kariery też nie było łatwo. Co Pan czuł, gdy na Pana konto zaczęły wpływać milionowe kwoty?

Nie zachłysnąłem się tym. Spotkałem wielu nieszczęśliwych ludzi z milionami na koncie, może dlatego widzę świat w trochę bardziej skomplikowany sposób. Mnie do szczęścia potrzebne jest coś innego niż rezydencja w Hollywood i trzy sportowe wozy. Kiedy człowiek czuje satysfakcję z życia i ma kogoś bliskiego przy sobie, wtedy genialnie jest się przejechać takim autem albo popływać w basenie. Ale pamiętam chwile, w których czułem się tak, że nie miałem siły zejść na podjazd, żeby popatrzeć na swoje limuzyny. Na szczęście ten etap mam już za sobą. Ale nadal nie czuję się spełniony.

Czy to z tego powodu nie lubi Pan bywania na czerwonym dywanie? Często podkreśla Pan, że uczestniczy w podobnych wydarzeniach tylko wtedy, gdy jest to absolutnie konieczne z powodów profesjonalnych?

Jestem introwertykiem. Nie przepadam za całym tym zgiełkiem, którego celem jest robienie ze swojego życia jak najbardziej efektownego widowiska. Nie jestem odludkiem, ale wolę wizytę u przyjaciół od balangi w nocnym klubie czy przyjęcia dla VIP-ów.

Podobno na planie Matriksa lubił Pan spędzać czas na rozmowach z ekipą techniczną?

Tak. Szczególnie z ludźmi od efektów specjalnych. Fascynowało mnie, w jaki sposób tworzą na ekranie te wszystkie zapierające dech wizje. Przegadaliśmy wiele godzin. A czasem tylko siadałem z boku i patrzyłem na to, co robią.

W Hollywood krąży opinia, że jest Pan ekscentryczny.

Niektórzy tak myślą, bo uważam, że motor jest lepszy od ferrari. Choć przyznaję - jedno zamówiłem, wkrótce po 40. urodzinach. No i chętniej piję piwo niż szampana. To się nie zmieniło od czasów szkolnych. Nie dotknął mnie też grzech wielu kolegów po fachu, którzy, gdy tylko pojawiają się reporterzy, za wszelką cenę starają się podobać.

W tym roku kończy Pan 45 lat. Dla wielu facetów to trudny czas. Ma Pan jakieś symptomy kryzysu wieku średniego, pomijając potrzebę zamówienia ferrari?

Chyba nigdy dotąd nie czułem się tak dobrze jak obecnie. Jako dwudziesto-, trzydziestolatek wciąż się czymś zamartwiałem. Nie potrafiłem się cieszyć tym, co na bieżąco przynosiło życie. Nawet sukcesy zawodowe wydawały mi się wciąż niewystarczające. Teraz naprawdę budzę się z sympatią do siebie. Czuję się w pełni sprawny fizycznie, na motorze jeżdżę szybciej niż dawniej, śmieję się więcej niż kiedykolwiek przedtem. Niezależnie od dat w metryce to chyba nazywa się młodość?!

Jakie miał Pan dzieciństwo?

Nietypowe. Urodziłem się Libanie. Mama była wtedy tancerką, ojciec geologiem awanturnikiem. Zostawił rodzinę, gdy miałem trzy lata. Potem moja matka wychodziła jeszcze kilka razy za mąż. Na świat przychodziły moje kolejne siostry, a my przeprowadzaliśmy się z miasta do miasta. Po Libanie był Nowy Jork, Toronto. W końcu dotarliśmy do Hollywood. Mama w tym czasie zmieniła zawód i została stylistką. Ubierała aktorów. Dzięki temu poznałem np. Dustina Hoffmana, który ma pewien udział w tym, że zainteresowałem się filmem. Był dla mnie jak ojciec i przyjaciel w jednym. Pamiętam, że nieraz siedziałem z nim gdzieś na ławce i skarżyłem się na to, jak cholernie trudne i nieprzyjemne potrafi być życie. A on słuchał tego wszystkiego cierpliwie. Nie pouczał mnie, nie strofował, nie kazał mi być twardzielem ani wziąć się garść. Tylko uśmiechał się przyjaźnie, jakbym był jego kumplem, a nie gówniarzem, i mówił: "Teraz naprawdę masz przechlapane, Keanu, ale zobaczysz, że jeszcze wszystko się zmieni na lepsze". Naprawdę mogłem na niego liczyć. Zawsze mówił mi, że nie muszę być taki jak wszyscy. I wziąłem to sobie do serca.

Czy to znaczy, że jako nastolatek był Pan już indywidualistą?

Tak. Choć z nieco innych powodów niż obecnie. Byłem nieśmiały i zamknięty w sobie, kumple z klasy uwielbiali się ze mnie nabijać. Z tego powodu nie lubiłem szkoły. Kłopoty z akceptacją rówieśników zniechęcały mnie do szkolnej edukacji. Prawdę mówiąc, liceum wspominam jako koszmar. Pamiętam wiele sytuacji w stylu: cała klasa idzie do kina albo na imprezę, a ja jestem jedynym, który nie został zaproszony. Dzieciaki potrafią być wobec siebie okrutne. Między innymi dlatego rzuciłem szkołę jako siedemnastolatek, choć bardzo lubiłem czytać.

Miał Pan ulubione młodzieńcze książki?

Nowy wspaniały świat Aldousa Huxleya i Folwark zwierzęcy George´a Orwella.

Ambitna lektura jak na nastolatka. A co Pan czytał na planie Matriksa. Podobno sporo czasu między zdjęciami spędzał Pan na lekturze?

To była część mojej pracy. Bracia Wachowscy (reżyserzy Matriksa - przyp. red.) podrzucili mi kilka książek Schopenhauera i Nietzschego, żebym wczuł się w klimat swojej postaci. Buntownika, który sam wyznacza horyzont swoich możliwości. A raczej go nie wyznacza.

Jak w ogóle został Pan aktorem?

Praca w filmie była moim młodzieńczym marzeniem, ale wcale nie pierwszym. Najpierw chciałem zostać sławnym hokeistą. Jeszcze w czasach, gdy mieszkaliśmy w Kanadzie. Byłem w tym naprawdę dobry. Wyobrażałem sobie, że kiedyś jako hokeista pojadę na olimpiadę. Ale jednocześnie już w Toronto chodziłem na pierwsze kursy aktorstwa. Zacząłem często bywać w kinie. Gdy mieszkaliśmy już w Hollywood, poszedłem na kolejny kurs. W końcu nadarzyła się okazja na jakiś epizod, kolejny i jeszcze jeden. Jedną z pierwszych ról w filmie Youngblood dostałem dzięki temu, że grałem w hokeja.

Mama Pana wspierała?

Od początku, choć nigdy nie wciskała mnie w ten zawód. Miałem dużo wolności. Nawet gdy rzuciłem szkołę, nie dramatyzowała. Atmosferę w domu dobrze oddaje krótka wymiana zdań, którą zapamiętałem. Kiedyś siedziałem z mamą w kuchni. Coś kroiła, gdy zapytałem: "Mamo, nie przeszkadzałoby ci, gdybym został aktorem?". A ona odpowiedziała tylko: "Nie, Keanu. Zostań, kim chcesz, bylebyś miał z tego jakąś radość". I kroiła dalej. Dostałem od niej bardzo dużo akceptacji. Miała skomplikowane życie osobiste, a ja byłem tylko jednym z czworga jej dzieci, w dodatku najstarszym. Ale nigdy nie czułem się przez nią odstawiony, zaniedbany. W domu zawsze było też pełno jej znajomych, z którymi mogłem pogadać, pośmiać się, poprosić o pomoc w jakiejś sprawie. Uważałem ich za swoją rodzinę. Kiedy porównuję tamte czasy z dzisiejszym moim życiem, muszę przyznać, że w domu czasem brakuje mi takiego gwaru wokół mnie. I ludzi, którzy tak po prostu wpadają, żeby razem pobyć, zapytać, jak leci, pośmiać się z czegoś wspólnie. Praca na planie czasem daje taką atmosferę.

Do gwiazdora nie wpada się ot tak?

Niestety, kiedy zaczynasz być sławny, pojawiają się ludzie, których nic nie obchodzisz, ale którzy wiedzą, że teraz opłaca się pokazywać w twoim towarzystwie. Na luksus posiadania takiego domu, jaki prowadziła moja mama, nie mogę sobie teraz pozwolić.

Po latach życia w pojedynkę czasem trudno wejść w związek. Nie boi się Pan, że coś może Pana ominąć? Rodzina, dom...

Rodzina to najważniejsza rzecz na świecie. Zupełnie otwarcie przyznaję się do tego, że marzę o jej założeniu. Chciałbym mieć prawdziwy dom. Nie mam na myśli mniej czy bardziej luksusowych murów, tylko miejsce, w którym mógłbym czuć się bezpieczny z kimś, kogo kocham. Jeśli ma się taką pracę jak moja - miesiące spędzane w podróży: hotele, samoloty, różne miasta, kraje, kontynenty - dom i rodzina stają się obsesyjnym marzeniem. Ale miłość to nie jest coś, co możesz zamówić z karty.

W plotkarskich portalach pojawiły się sugestie o Pana romansach. Czy tak zaczyna się nowy rozdział w Pana życiu? Będzie Pan kolejnym słynnym hollywoodzkim łamaczem serc?

W tej konkurencji mam raczej skromne dokonania. Mogę co najwyżej podziwiać mistrzów. Przy różnych okazjach z niedowierzaniem obserwuję, jak reagują kobiety, gdy w okolicy pojawia się np. George Clooney.

Jak?

Wszyscy inni mężczyźni w promieniu kilometra przestają być nagle dostrzegani. No, chyba że w tę samą okolicę zabłądził również Brad Pitt. A mówiąc serio, nie jestem raczej typem uwodziciela. Bardziej cieszą mnie dobre recenzje moich ról niż miejsce na liście stu najbardziej seksownych facetów świata.

Do niedawna wzbudzał Pan sensację, deklarując, że w Pana domu nie ma komputera. To odważne wyznanie jak na odtwórcę roli Neo i paru innych futurystycznych bohaterów, którzy bez komputera nie wyobrażają już sobie życia.

W końcu kupiłem. Wysyłam nawet e-maile, ale na tym moje związki z komputerem się kończą. Z przyjaciółmi wolę się spotykać albo rozmawiać przez telefon.

Jedna sprawa związana z Panem wzbudza kontrowersje. Wśród prawie 20 filmów, w których wystąpił Pan w ciągu ostatniej dekady, są hity, ale też pozycje, o których nikt już nie pamięta. Jest Pan mało wybredny?

Czuję na sobie presję, że każda moja kolejna rola po Matriksie powinna być wiekopomna. Ale ja nie jestem nadczłowiekiem, tylko aktorem. Czasem po prostu film, w który wierzę, nie wypala. Postać, która zachwyciła mnie w scenariuszu, nie porywa widzów, choć wkładam w nią wszystkie swoje emocje. Najzwyczajniej w świecie popełniam też błędy przy wyborze ról.

Wierzy Pan, że najnowsza, w filmie Dzień, w którym zatrzymała się Ziemia, będzie zaliczona do udanych?

Tak. Wziąłem ją, bo spodobał mi się temat filmu. Rzecz dzieje się w przyszłości. Ludzie tak zapamiętale niszczą naturę, że świat stoi u progu zagłady. Wtedy na Ziemi pojawia się Klaatu, którego gram. Przybysz z kosmosu z misją ratunkową ostatniej nadziei. Chce przekonać Ziemian, że świat musi zmienić się natychmiast albo przestanie istnieć. Pierwszy film na podstawie tego scenariusza nakręcono przed 50 laty. Odniósł wielki sukces, ale nie zmienił mentalności ludzi. A przydałoby się. Nie chcę się wymądrzać, ale uważam, że traktujemy Ziemię niezbyt odpowiedzialnie. Sam wspieram kilka fundacji ekologicznych. A udział w filmie traktuję jak mój wkład w otwieranie ludziom oczu.

Dziennik "Los Angeles Times" napisał, że film jest "rozrywkowy".

To świetnie. W końcu chodzi o kino, a nie moralitet ekologiczny. Ale jeśli poza wrażeniami, które zostawią efekty specjalne, widzowie wyjdą z kina z jakąś refleksją, będę się cieszył.

Co Pan robi z czasem, gdy akurat ma Pan kilka wolnych dni?

Przed laty, gdy miałem go więcej, grałem w zespole. Tak kombinowałem, żeby moje filmowe zobowiązania nie kolidowały z trasą koncertową. Był nawet czas, gdy Dogstar grał jako support przed koncertami Bon Jovi. Ale to już historia i to odległa. Zespół się rozwiązał. Teraz mam inne rozrywki: ostatnio pojechałem na motorowy objazd Europy. To było genialne przeżycie. Całe dnie spędzałem, jadąc. Nocowałem w jakichś dziurach. Prawdziwa wolność!

Jest Pan mężczyzną po przejściach. Potrafi Pan myśleć o przyszłości z optymizmem?

Mówi się, że porażki i ból są w życiu po to, by człowiek stał się silniejszy. Kiedy przechodziłem trudne chwile, wydawało mi się to pustym frazesem. Ale teraz coraz bardziej dostrzegam, że to prawda. Poczułem się silnym facetem. A to dobry punkt wyjścia do osiągania swoich celów.

Rozmawiał Bartek Kołodziej

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje