Reklama

Reklama

Królowa TVP: Irena Dziedzic

Była jedną z najjaśniejszych gwiazd naszej telewizji. Nawet ministrowie drżeli ze strachu przed występem w jej programie.

Konkretna, pewna siebie do bólu, nieprzejednana - tak ją wspomina większość znajomych. I tylko były partner, aktor, Ignacy Gogolewski stwierdził, że zapamiętał Irenę Dziedzic jako wyjątkowo łagodną kobietę. Może dlatego, że to on ją porzucił?

Filmowanie przez pończoszkę

Czegóż to o niej nie mówiono! Że miała romans z premierem Cyrankiewiczem, karierę w telewizji zawdzięcza partii, charakter ma paskudny, w dodatku robi sobie za granicą operacje plastyczne, a kamerzystom każe się filmować przez pończochę założoną na obiektyw, żeby na lekko rozmytym obrazie nie było widać jej zmarszczek! Jedno jest pewne: nie była ludziom obojętna.

Reklama

Irenka idzie do klasztoru

Pomyśleć tylko, że kobieta, która budziła takie zainteresowanie i emocje, chciała być kiedyś... zakonnicą. Przynajmniej tak mówiła koleżankom z żeńskiej szkoły sióstr felicjanek we Lwowie. Dzieciństwo i wczesną młodość spędziła na Kresach, ale maturę zdała w Krakowie, dokąd przeniosła się z matką, gdy jej ukochane miasto znalazło się w granicach Związku Radzieckiego. Ojciec już nie żył: zginął w kampanii wrześniowej.

Tele-Echo, echo, echo...

Młodziutka repatriantka przez rok studiowała prawo, lecz rozmyśliła się, bo pochłonęło ją dziennikarstwo. Zaczęła w 1946 r. w "Echu Krakowa". Dwa lata potem pracowała już w Warszawie, gdzie poznała ambasadorową Mirę Michałowską, późniejszą scenarzystkę serialu "Wojna domowa", która też była dziennikarką, a przede wszystkim - damą. To Michałowska marzyła o programie, w którym prowadzący rozmawia z ciekawymi gośćmi. Widziała taki we Francji i chciała, żeby powstał i w Polsce. Wybór padł na Dziedzic. Tak zaczęła się trwająca ćwierć wieku epopeja "Tele-Echa", pierwszego talk-show w polskiej telewizji.

Salonik w stylu Ludwika XVI

Program natychmiast stał się popularny, a Dziedzic była w oczach widzów uosobieniem damy. Faktycznie, wyróżniała się na tle szarzyzny PRL: elegancka, dystyngowana, konwersowała w studiu z gośćmi usadzonymi na fotelach z epoki Ludwika XVI. A zapraszała różnych, od gwiazd, jak Jan Kiepura, przez fryzjerów, jak Gabriel Sielski, u którego się czesała, po dyrektorów przedsiębiorstw i urzędników administracji państwowej. I zawsze była przygotowana do rozmowy. - Irena miała twardą osobowość i ministrowie, którzy do "Tele Echa" przychodzili, drżeli przed nią ze strachu - opowiadał reżyser, Jerzy Gruza.

Tylko cztery piętra niżej

Polacy chcieli o niej wiedzieć wszystko, zwłaszcza o jej perypetiach miłosnych. Szybko rozeszła się wiadomość, że zostawiła męża, dziennikarza radiowego, dla Jana Suzina, chyba najpopularniejszego spikera w dziejach TVP. Romans trwał rok, a rozstaniu towarzyszył skandal, ponieważ Dziedzic nie oddała Suzinowi samochodu. - Skoro Janek mieszkał u mnie i jadł, to auto należy do mnie - mówiła.

Potem związała się z aktorem Ignacym Gogolewskim, mężem Katarzyny Łaniewskiej (grała m.in babcię Józię w "Plebanii"). Oboje byli sąsiadami pani Ireny. Podobno jego romans z Dziedzic zaczął się od wizyty w "Tele-Echu". Już wkrótce aktor - nic nie mówiąc żonie - zaczął wynosić swoje ciuchy z ich mieszkania do lokum Dziedzic, 4 piętra niżej. Byli ze sobą parę lat, a potem historia się powtórzyła. Dziedzic wróciła z podróży i... nie zastała w domu ani Gogolewskiego, ani jego rzeczy.

W poszukiwaniu meblościanki

Tymczasem zawodowo wiodło jej się świetnie. Zyskała wpływy wykraczające poza telewizję. Miała znajomych w partii, w rządzie, w dyplomacji. Wielu kolegów po fachu nie wybaczyło jej sukcesu. - Nie było dnia, abym czyichś zębów nie musiała odrywać od mego gardła - podsumowała w jakimś wywiadzie. Jej przeciwnicy twierdzili, że wykorzystywała swoją pozycję i program do załatwiania prywatnych spraw i zdobywania deficytowych dóbr - a to kuchenki gazowej, a to meblościanki, a to mieszkania. Mówiono też, że nie oddaje długów.

Caryca szybko pokonała królową

I ona miała swoje sympatie i antypatie. Wspierała spikerki - Edytę Wojtczak i Bogumiłę Wander. Nie lubiła zaś Katarzyny Dowbor, którą uważała za "protegowaną prezesa Radiokomitetu". Nie przypadła jej też do gustu Nina Terentiew, której w ogóle nie chciała dopuścić do pracy na antenie. A ta po latach odpłaciła jej pięknym za nadobne. W 1991 r., kiedy Terentiew została szefową telewizyjnej Dwójki, Irenę Dziedzic zwolniono z pracy. "Caryca szybko poradziła sobie z królową", podsumowali nieżyczliwi.

Obecnie Dziedzic mieszka sama w Warszawie. Podobno otrzymuje 900 zł emerytury, dlatego chce zapisać komuś mieszkanie w zamian za dożywotnią pensję.

Małgorzata Sienkiewicz

Naj

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje