Reklama

Reklama

Krzysztof Ziemiec: Poparzone ciało ciągle mnie boli

Choć fizycznie odczuwa konsekwencje wypadku, nie narzeka, bo wiele w jego życiu zmieniło się na lepsze. Wie, że to wszystko co przeżył, było po coś.

Rodzina jest dla niego najważniejsza. Ratując swoje dzieci, uległ poparzeniu. Dziś, choć jest bardzo zapracowany, zawsze znajdzie czas, by poczytać bajkę czy iść z nimi do kina. I ciągle się dziwi, że jego pociechy tak szybko rosną.

Reklama

Z żoną Danutą jesteście razem ponad 15 lat. Jaki jest pana sposób na udane małżeństwo?

Krzysztof Ziemiec: - Trzeba umieć słuchać i umieć rozmawiać. Na początku małżeństwa czasem ukrywałem wątpliwości, wstydziłem się, nie chciałem urazić Danki jakimś stwierdzeniem. Dziś wiem, że musimy mówić, co nas cieszy, co nas boli. Czasami trzeba rozumieć się bez słów. Ale bez tej iskry bożej nawet w najszczerszej rozmowie będzie trudno dojść do porozumienia. Musi być jeszcze coś, co ludzi do siebie przyciąga.

To prawda, że poderwał pan żonę, udając mleczarza?

- Nigdy nie lubiłem chwalić się pieniędzmi czy zajmowanym stanowiskiem. To działo się dawno temu, gdy poznaliśmy się na jakiejś imprezie. Choć były to czasy, kiedy już nie spotykało się mleczarzy rozwożących mleko pod drzwi, żona na moment uwierzyła w moją opowieść.

Była dla pana wsparciem, kiedy dochodził pan do zdrowia po poważnych oparzeniach? 

- W takich sytuacjach poznaje się, czy związek jest udany, czy nie. Nie tylko małżeński, ale też koleżeński. Jeżeli ludzie pozostają sobie bliscy, są sobie oddani, ofiarni to jest to wartość. Myśmy wzajemnie się wspierali. Dostałem dowód, że w moim małżeństwie jest dobrze.

Jak pan patrzy na pożar mieszkania z perspektywy czasu?

- Akurat minęło 7 lat od tej tragedii. Gdyby nie to, że w trakcie bardzo zimnych i ciepłych dni poparzone części ciała trochę mnie bolą, w ogóle bym tego już nie pamiętał. Tylko w takich momentach przypominam sobie, że kiedyś było coś złego. A tak na co dzień nie mam powodów, żeby wracać do tamtych zdarzeń i narzekać. Moje życie wygląda dzisiaj o wiele barwniej, ciekawiej. Mam więcej wyzwań przed sobą. Wypadek nie blokuje mnie, nie ciąży, nie mam koszmarnych snów, które budzą mnie nad ranem. Było, minęło, idę do przodu.

Podobno cierpienie uszlachetnia. Zgadza się pan z tą opinią?

- Zgadzam się, chociaż niektórzy uważają, że cierpienie nie ma sensu. Biorą życie w kategoriach przyjemności i korzyści, a cierpienie dla nich jest czymś złym. Ja uważam, że jest to dobry egzamin na człowieczeństwo. Dla niektórych będzie to też sprawdzian wiary. Jest jeszcze drugie powiedzenie - co nas nie zabije, to nas wzmocni. Nie rozumiałem tego powiedzenia, dopóki mnie nie spotkało coś takiego. Często nie zdajemy sobie sprawy, jakie pokłady siły w nas drzemią. I dopiero taki zakręt życiowy pokazuje, że jednak jesteśmy twardzielami. Cierpienie jest czymś, z czym warto się zmierzyć.

Wiara pomaga panu w życiu?

- Pozwala uporządkować sobie wewnętrzne życie i znajdować odpowiedź na wiele trudnych pytań. Np. kiedy w "Wiadomościach" emitujemy materiały o śmiertelnie chorych dzieciach, ciśnie się pytanie: dlaczego tak los je doświadcza, jaki jest tego sens? Uważam, że łatwiej jest szukać odpowiedzi osobom wierzącym niż tym, które negują istnienie Boga.

A jak udaje się panu łączyć życie zawodowe z prywatnym?

- To jest trudne, bo zawód dziennikarza wymaga tego, że nawet w dzień wolny muszę przejrzeć prasę, internet. Muszę być  zawsze na bieżąco, sytuacja polityczna potrafi się szybko zmieniać. Praca jest dla mnie ważna i nie chcę robić z siebie pośmiewiska. Ale najważniejsza jest rodzina. Choć czasami wracam po dyżurze zmęczony, znajduję siły, by pomóc dzieciom w lekcjach albo poczytać najmłodszemu książkę przed snem. Mam nadzieję, że będą wspominały, że tata pomagał, poczytał, pocałował na dobranoc. Nigdy nie zdarzyło się nam z żoną, że wyjechaliśmy sami na wakacje, a dzieci zostały z dziadkami. Uważamy, że wakacje trzeba spędzać razem.

Ostatnia pana książka ma znamienny tytuł "Warto być dobrym"...

- Być dobrym człowiekiem to dla mnie elementarna sprawa, podobnie jak być uczciwym i przyzwoitym. Trzeba wspierać innych, również w codziennych sytuacjach. Ostatnio poszedłem do sklepu osiedlowego po zakupy dla mojej mamy. Śpieszyłem się bardzo, ale nagle jakaś starsza kobieta poprosiła, abym jej pomógł zanieść zakupy do mieszkania. Trochę byłem zły, bo chciałem szybko iść mamy. Ale jak nie pomóc? Dziękowała mi tak, że do dziś pamiętam. Nie bez powodu istnieje powiedzenie, że dobro dane komuś, wraca do nas z podwójną siłą. Dawanie działa w dwie strony. Ja cały czas tego doświadczam na własnej skórze.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje