Na irokeza zabrakło odwagi

Chciał być aktorem, bo nie lubił poniedziałków. W liceum pokochał punk, na studiach - kajaki. Laureat TeleKamery zdradza nam też, co robił w Jarocinie.

Dziesięcioletni Krzysio bawi się z kolegami niedaleko swojego mieszkania. Chłopaki trochę psocą. Jeden z nich wchodzi do klatki schodowej i wykręca żarówkę. Tego dnia mają jednak pecha, bo dostrzega ich dozorca i trzeba brać nogi za pas... Wszyscy uciekają, tylko Krzysiek zostaje w tyle i dostaje burę.

Reklama

"Wychowałem się w typowym gomułkowskim bloku na warszawskim Mokotowie. Należałem do pokolenia dzieci biegających z kluczem na szyi. Urwisem nie byłem, ale dziwnym trafem ciągle podpadałem dozorcom i nauczycielom. Na szczęście mama i tata zawsze byli dla mnie wyrozumiali. Wystarczyło, że ojciec zrobił groźną minę i już płakałem" - mówi z uśmiechem dzisiejszy dziennikarz "Wiadomości". Znacznie bardziej surowa była jego niania - kobieta charakterna. "Nie znosiła sprzeciwu. Strasznie się jej bałem i wiedziałem, że lepiej na wszelki wypadek być idealnie grzecznym. Czasem więc udawałem, że jem, żeby mieć święty spokój" - wspomina.

Dzieciństwo miał beztroskie. Na wakacje, jak większość Polaków w latach 70., rodzina Ziemców jeździła najczęściej nad polskie morze do Karwi - trabantem! "Całą drogę męczyła mnie choroba lokomocyjna. Ale zapowiedź przygody, zapach morza i lasu iglastego sprawiał, że nie mogłem doczekać się wakacji" - opowiada dziennikarz.

W Warszawie Ziemcowie mieszkali zaledwie na 40 metrach. Krzysiek dzielił swój pokój z Rafałem, młodszym bratem. "Aż do ostatniego roku studiów! I nigdy między nami nie było poważnych sprzeczek" - mówi. Jeszcze w Szkole Podstawowej nr 70 Krzysiek lubił się wyróżniać. Wtedy marzył, że zostanie aktorem. Dlaczego? Przyczyna była bardzo prozaiczna. "Chciałem grać w filmie lub w teatrze, bo słyszałem, że aktorzy mają wolne poniedziałki," śmieje się Ziemiec. Dlatego występował

niemal na wszystkich szkolnych apelach i w teatrzykach. Ale aniołkiem nie był! "Raz jeden z kolegów doniósł, że palę papierosy. To był tylko głupi żart, ale nie mogłem mu tego darować. Dopadłem go po lekcjach i dostał kilka kuksańców" - wspomina po latach Ziemiec.

Jego najlepszym kolegą z klasy był wtedy Jarosław Kulczycki, dziś znany dziennikarz informacyjny. "Z Jarkiem siedzieliśmy w jednej ławce przez osiem lat szkoły podstawowej, później wybraliśmy to samo liceum - im. Tadeusza Reytana. Chodziła tam młodzież o niepokornym charakterze. "Lata 1984-88 to były rockandrollowe czasy!" - śmieje się prezenter. Wielką namiętnością Krzysztofa była wtedy muzyka. Przede wszystkim polskie zespoły, grające ostrą muzykę i śpiewające nieocenzurowane teksty: Siekiera, Dezerter, Kompania Karna. Właśnie w czasach licealnych Krzysiek i Jarek Kulczycki kilka razy pojechali do Jarocina na festiwal zespołów punkrockowych. Na irokeza zabrakło mu jednak odwagi.

"Jestem pełen podziwu dla moich rodziców, którzy pozwolili mi spędzić kilka dni wakacji w Jarocinie. Tym bardziej że Trybuna Ludu próbowała zrobić z tego miejsca wcielenie zła" - opowiada. Wspomnienia z tego festiwalu dużo dla niego znaczą. Spali w namiotach, żywili się samymi bułkami i mlekiem. "Już wtedy miałem zacięcie dziennikarskie. Zamiast wchodzić w "pogo" (tańczyć w tłumie - przyp. red.), siedziałem na trawie i zapisywałem uwagi w notesie jak rasowy dziennikarz muzyczny" - mówi.

Ale nie tylko muzyką i festiwalami żyła w tamtym czasie niepokorna młodzież. "Nie należałem do ruchu oazowego, ale chodziłem na msze za ojczyznę. Byłem też na pogrzebie księdza Jerzego Popiełuszki, za co w szkole można było mocno podpaść" - opowiada.

Mama Krzysztofa, Maria, marzyła, by syn został lekarzem. Sama pochodziła z rodziny, w której z pokolenia na pokolenie uprawiano ten zawód. Pracowała jako stomatolog w przychodni na Woli. Medycyna przestała wchodzić w grę, gdy okazało się, że Krzysztof mdleje na widok krwi.

Ojciec dziennikarza, Sławomir, był inżynierem. Być może dlatego Ziemiec wybrał po maturze Politechnikę Warszawską, kierunek ochrona środowiska. Przez trzy lata pracował nawet w firmie z tej branży. Przeczuwał jednak, że to nie jest jego bajka. Wtedy z pomocą przyszedł ojciec. "Któregoś dnia w moim pokoju pojawił się z zakreślonym w gazecie ogłoszeniem. »Patrz, jest nabór na dziennikarstwo, ty lubisz czytać, interesujesz się polityką, powinieneś spróbować« - powiedział".

Krzysztof bez problemu zdał do dwuletniego studium dziennikarskiego przy UW. I natychmiast nabrał wiatru w żagle... Do radiowej Trójki trafił z ulicy. Poszedł spytać, czy szukają dziennikarzy, i wszystko potoczyło się błyskawicznie. Pierwsza audycja, pierwszy program. Nie było łatwo, ale pomyślał: "Bingo! W końcu znalazłem swoje miejsce i swoją drogę!".

Wkrótce też spotkał miłość swojego życia. Z Dorotą poznali się na studenckiej prywatce. Na pierwsze randki, jak większość zakochanych, chodzili na warszawską Starówkę. "Potem zaczęliśmy jeździć razem na kajaki. Co roku w inne miejsce. Nie pamiętam nawet, w jakich okolicznościach się oświadczyłem. To było takie naturalne, że zostaniemy razem" - opowiada Krzysztof.

Oskar Maya

Dowiedz się więcej na temat: Krzysztof Ziemiec

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje