Reklama

Reklama

Nie ma złej publiczności

- Sztuka tylko wtedy pozostanie niezwykłą, jeśli będzie dla niewielu - o sztuce, występie w Carnegie Hall i o wielkiej pasji kulinarnej opowiada Łukasz Kuropaczewski, młody i zdolny gitarzysta klasyczny.

W zaszłym roku zapowiadałeś dużo, a nawet przełom życiowy: koncert w Carnegie Hall, trasę koncertową po USA, po Kanadzie, nagranie nowej płyty, wykłady, seminaria, a i chyba - o ile pamiętam - festiwal gitary. Co udało ci się z tego zrealizować? Innymi słowy - panie Łukaszu, jak minął rok?
Łukasz Kuropaczewski: - Dziękuję za zaproszenie do rozmowy, jednak jeśli mamy rozmawiać o muzyce, muzykach, wydarzeniach kulturalnych, to musisz mi obiecać, że nie poruszysz więcej tematu polityki w Polsce. Może pogadamy tak: minął rok, media w Polsce skupione były na transmisji kolejnych koncertów w polskich filharmoniach, galerie zapchane były spragnionymi sztuki ludźmi, gdzieś tam w tle Chopin, Debussy, Harring, Basquiat wciąż sobie nie żyli i dalej nie żyją, a ja - Łukasz Kuropaczewski - dalej kochałem to, co robię, z dnia na dzień coraz bardziej... Może zbudujmy sobie taką naszą krainę szczęśliwości, otoczmy się kloszem na czas tej rozmowy, z dala od zła. Może być?

Reklama

Podobno ludzie, z grubsza biorąc, dzielą się na tych dobrych artystów i tę złą publiczność, która ich nie rozumie, a nawet jak rozumie, to ją to nic nie obchodzi. Ciebie to nie dotyczy?
- Moim zdaniem ludzie dzielą się na tych, którzy sztuki potrzebują i na tych, którzy jej nie potrzebują. Nie ma złej publiczności. Jeśli ktoś przychodzi na koncert lub do galerii, robi to z potrzeby, chce poobcować z czymś pięknym, chce, by dało mu do myślenia, chce poczuć się szczęśliwszy. Znowu: chce pobyć w krainie szczęśliwości.

Tylko, żeby tam wejść, to trzeba mieć klucz, do tych cudownych wrót. Kiedyś powiedziałem Agnieszcze Duczmal, że nie jest trudno pójść na dowolny koncert popowy, poddać się prostemu rytmowi, magii świateł, dymów, pogibać się przy tym i mieć poczucie uczestnictwa, ale zderzenie normalnego człowieka z Mozartem to już inna historia, trzeba mieć przygotowanie, żeby dostąpić obcowania, i wiesz, co ona mi odpowiedziała? "To nieprawda! To, co pan powiedział, to jest właśnie wmawianie ludziom, że tak jest". Zgadzasz się z Agnieszką Duczmal?
- Czytałem ten wywiad, który nawiasem mówiąc, bardzo mi się podobał. Ale rzuciło mi się w oczy, i uszy to zdanie pani Duczmal. Niestety, nie do końca zgadzam się z jej słowami. Uważam, że sztuka najwyższych lotów jest tylko dla garstki ludzi. Dla tej publiczności, która jej potrzebuje. Jeśli na siłę będziemy próbowali wynieść ją z salonów, "umasowić", to zrobimy z wielkiej sztuki coś zwyczajnego. Ona tylko wtedy pozostanie niezwykłą, jeśli będzie dla niewielu. To tak, jak z interpretacją muzyki - jeśli używa się jakichś środkow interpretacyjnych (zwolnień, fermat, ponticello) zbyt często, to tracą one swoją magię. Podobnie w miłości -słowo KOCHAM ma największą moc jeśli się nim nie szasta na lewo i prawo, tylko w odpowiednim momencie, czule na ucho, wyszepce się ukochanej lub ukochanemu. Wielka sztuka nigdy nie może trafiać do wszystkich, i to jest w niej najważniejsze. Powtórzę raz jeszcze: sztuka jest dla tych, którzy jej potrzebują.

Zatem, porozmawiajmy może o tych potrzebujących. Grałeś koncerty - jeśli nie na obydwu półkulach - to na pewno na paru kontynentach i możesz pewnie sporo powiedzieć o tym "zapotrzebowaniu" w różnych miejscach na Ziemi. Najlepiej zacznijmy od Ameryki, i od razu od Carnegie Hall: jak ci się grało w tej świątyni muzyki? Opowiedz, proszę, o swoim koncercie w tym legendarnym miejscu, jak to wygląda od strony artysty?
Ameryka to cudowny kraj, w którym, mimo pozorów i wbrew medialnej nieprzychylności europejskich telewizji, jest wielu ludzi, którzy sztuki potrzebują. Wynikać to może z faktu, że USA jest młodym krajem i sztuka od niedawna w nim funkcjonuje. Europejczycy mają sztukę pod nosem, choćby na rynkach większych miast. Fascynujące w Ameryce jest to, że każdego wieczoru słuchacz, w dowolnym mieście, ma do wyboru przynajmniej pięć świetnych koncertow, a sale i tak pękają w szwach. Tak też było z moim koncertem w nowojorskiej Carnegie Hall. Ku mojej ogromnej radości, koncert został wyprzedany, a publiczność była wyjątkowo żywiołowa. Ten koncert na zawsze pozostanie w moich wspomnieniach, ale nie dlatego, że to był Nowy Jork czy Carnegie Hall. Ta atmosfera, ci ludzie, którzy ją stworzyli i moja, tego wieczoru, naprawdę dobra forma, sprawiły, że był to koncert wyjątkowy. Nie ważne było miejsce. Jeśli się kocha muzykę, to gra sią ją z radością wszędzie! Skłamałbym, gdybym powiedział, że nie jestem dumny, że tam grałem, ale nie to było najważniejsze. Podobnie piękne wspomnienia mam z recitalu w Auli Nova w Poznaniu w zeszłym roku, czy z koncertu w Słupsku. To były cudowne, niezapomniane wieczory, gdzie wszystko było piękne. Na świetny koncert musi się złożyć wiele elementów. Niestety, nie za każdym razem tak jest, może dlatego muzyka jest tak fascynująca. Potrzebuje oprawy, atmosfery, ludzi...

Opowiedz, proszę, jeszcze o tym koncercie w Carnegie Hall, bo przecież, do licha, jesteś chyba jedynym polskim gitarzystą klasycznym, który tam zagrał : wyszedłeś na scenę, i co zobaczyłeś - światło reflektorów? Publiczność w wieczorowych strojach? Klaskali taktownie, czy żywiołowo? I co tam grałeś - to samo co w poznańskiej Auli, czy coś specjalnego przygotowałeś? No, jak ci się tam grało?
- No dobrze. Już opowiadam, ze szczegółami. Mieszkałem w świetnym hotelu na Mannhattanie, z moją żoną. Mój Mistrz - maestro Barrueco, nocował w pokoju obok, również z żoną. Spotkaliśmy się w dzień koncertu na porannej kawie w Starbucks. Powiedział do mnie: "bądź sobą, nie staraj się prześcignąć siebie, pokaż to, co potrafisz", po czym poszedł ze swoją, i moją żoną do Museum of Modern Art, a ja pokornie wróciłem do hotelowego pokoju medytować przed wieczornym występem. Późnym popołudniem wróciła moja żona, przyniosła mi pizzę na obiad i nowe perfumy BOSS, żebym pięknie pachniał podczas występu i żeby mi przyniosły szczęście. Koncert miał się rozpocząć o 19.00, a ja myślałem, że o 18.00, dlatego zjawiłem się w sali godzinę za wcześnie. Krótko przed oficjalnym wejściem na scenę podszedł Maestro i uścisnął mnie mocno. Wszedłem na scenę, przede mną kilkuset ludzi, w różnym wieku, wśród nich dziennikarze, Konsul Polski, Rektor Peabody Conservatory, troszkę (choć dość mało) Polonii, troszkę moich przyjaciół z Baltimore i bardzo wielu Nowojorczyków, co było dla mnie wielką radością. Acha, była jeszcze Polska Telewizja, która zrobiła ze mną wywiad i nagrała fragment koncertu... Owacja na stojąco, kilka bisow, wielki bankiet z przemówieniami, wywiady, szczęście. Potem maestro zaprosił nas na kolację do włoskiej knajpki, gdzie moja żona zjadła tylko deser, a ja wypiłem za dużo wina i zjadłem pizzę Quattro Fromaggi. Wróciliśmy do hotelu, ale nie mogłem spać. Poszliśmy z żoną na nocny spacer po Manhattanie. Było cudownie, 3 rano, pełno ludzi, i stojąc tak na środku Stolicy Świata poczułem się naprawdę dobrze. Spełniło się moje wielkie marzenie. Musiałem sobie znaleźć kolejne, i znalazłem.

Jakie to marzenie?
Wiedziałem, że mnie o to spytasz. Jaką ja miałbym radość z tego marzenia, gdybym ci powiedział? Nie mogę powiedzieć, ale jeśli się spełni, to znowu pogadamy i opowiem ci o tym. Zgoda?

Gdybyś mi to teraz objawił, to marzenie zamieniło by się w plan do zrealizowania, takie mało romantyczne zobowiązanie, nie dziwię się, że wolisz pozostać po tej fajniejszej stronie. W paru zaledwie zdaniach o swoim koncercie Carnegie Hall, o wielkiej, światowej sprawie, aż siedem razy dotknąłeś sytuacji kucharsko-konsumpcyjnych: poranna kawa, pizza, bankiet, kolacja włoska, deser, wino, pizza. To przypadek?
- No właśnie! Dziękuję za wyrozumiałość. Ja wierzę w to, że będę o tym jeszcze opowiadał. Zawsze wierzę, że będzie dobrze. Mam takie szczęście, że moje życie jest piękne. Mam cudowny zawód, otaczają mnie wspaniali ludzie, bardzo różni. Mam przyjaciół w bardzo wielu krajach. Cenię sobie fajne, mądre życie. Ważniejsze dla mnie jest zobaczyć coś pięknego, pogadać z kimś fascynującym, niż kupić sobie markowe ubranie czy samochód. Jedyne, na co nie żal mi nigdy pieniędzy, to dobre jedzenie. Kocham kuchnię. Od kilku lat bardzo uważam na to, jak się odżywiam. Ludzie powinni się właśnie odżywiać, a nie jeść. Dużo czytam na temat kuchni, jedzenia z całego świata, i gotowania. Gotowanie to moja wielka pasja. To wiąże się ze zdrowym i fajnym życiem. Podróżując, zawsze staram się poznawać nowe potrawy, uczyć mieszania składników, odkrywam nowe przyprawy. Przywożę ze sobą coś pysznego, z czego potem buduję nowe potrawy w domu. Zawsze towarzyszy mi żona, która jest pierwszym krytykiem tych dań. Siadamy razem do stołu, jemy i rozmawiamy o tym: czego jest za mało, czego za dużo, jak to podać, jak ułożyć na talerzu itd. Ogromnie nas to fascynuje. Niestety, z tego powodu jesteśmy dość wybredni i rzadko nam jedzenie smakuje. Miałem szczęście być w restauracjach o światowym poziomie, gdzie serwowane dania były dziełami sztuki. Niedawno, w słynnym Mesa Grill w Nowym Jorku zjadłem jeden z najlepszych posiłków w moim życiu - tuńczyka marynowanego, z kuskusem i reliszem z kukurydzy, mięty i z mango. Sposób przyrządzenia tej potrawy, to była sztuka najwyższych lotów, dowodząca, że kucharze to artyści. Szefem kuchni w Mesa Grill jest słynny Bobby Flay, którego wszystkie książki stoją na mojej półce, i którego jestem fanem od długiego czasu. Oj, długo bym mógł mówić na ten temat.

Odważny z ciebie gość - przyznawać się publicznie do fascynacji kuchnią, czyli sztuką jedzenia, i to dzisiaj, kiedy cały świat z Ameryką na czele opętany jest obsesją odchudzania, czyli sztuką niejedzenia?! Najmodniejszy dowcip w nowoczesnych biurach brzmi tak: Kobieta odważna to taka, która potrafi zjeść czekoladowe ciastko i nic sobie z tego nie robić.
- Ależ ja nie mówię o obżarstwie! To paskudne! Dobra kuchnia to właśnie taka, która pomaga utrzymać zdrowie i linię! Ludzie, zamiast się odżywiać, obżerają się, albo popadają w drugą skrajność - niejedzenie. Nie trzeba codziennie jeść ziemniaków z sosem na śmietanie i kotleta z tłuszczu, można zjeść kuskus z orzechami i filet z kurczaka z patelni grillowej, polany cytryną, to jest zdrowe i od tego się nie tyje. Mnie fascynuje w kuchni to, że ma tak wiele możliwości - proste składniki można przeobrazić w pyszną kompozycję. Trzeba tylko wiedzieć, jak je połączyć i przyrządzić! Ludzie jedzą za mało warzyw. Nie doceniają bakłażana, kukurydzy, soczewicy, cukinii. To są wspaniałe warzywa, z których można wyczarować zdrowe pyszności. Od zawsze uwielbiałem warzywa, ale w Ameryce doceniłem je jeszcze bardziej. Może dlatego, że na początku wpadłem w wir fast-foodów i źle się z tym czułem. Moja żona jest wegetarianką, dlatego też warzywa są bardzo ważnym składnikiem naszej diety. A ciastko czekoladowe? jeśli jest dobre, nie za suche, zrobione z dobrej czekolady, z odpowiednim kremem, podane z dobrym winem, może być cudownym zwieńczeniem posiłku. O ile nie będziemy go jeść codziennie; we wszystkim trzeba znaleźć umiar.

Opowiadasz o swojej kuchni z dużą pasją. Jeżeli gotujesz choć w połowie tak, jak grasz, to już rozpoczynam zabiegi o wproszenie się do ciebie na obiad.
- Serdecznie zapraszam! Uwielbiam gości. Jestem z natury domatorem. Wielką radość sprawia mi przebywanie w domu. W ogóle nie bawią mnie bary czy kluby. Może jest tak dlatego, że często poza domem jestem i mi go brakuje. Tak zostałem wychowany. W mojej rodzinie najważniejsze było żebyśmy byli razem. Tak jest też w moim domu. Wspólny posiłek jest tą częścią dnia, podczas której zwalnia się tempo, siada razem i rozmawia. To bardzo ważne. Ludzie, szczególnie w USA, kompletnie o tym zapominają.

Zaskoczyłeś mnie: więc ty też jesteś domatorem!
- Ty też masz domową naturę?

Kiedyś przeczytałem, że dom, to jest takie miejsce, dzięki któremu wiesz, że w ogóle gdzieś wyszedłeś, gdyby nie dom, to zawsze byłbyś w drodze, i nawet byś nie wiedział, że chcesz dokądś wrócić. Ty masz teraz dom w USA i pracujesz w USA, ale najnowszą płytę wydałeś bardzo polską: Łukasz Kuropaczewski - POLISH MUSIC, z bardzo wyrazistą, polską okładką. Wydaje mi się, że to musiał projektować Polak, czy mam rację?
- Piękne słowa. Ja zawsze powtarzam sobie, że dom to nie jest budynek, dom tworzą ludzie. To ważne. Dla mnie dom jest ważny; to skąd pochodzę, gdzie się wychowałem, bardzo wpłynęło na to jaki jestem. Polska to też mój dom i zawsze nim będzie. Jestem dumny z tego, że jestem Polakiem. Nasz kraj to potęga. Dlatego nagrałem polską płytę. Muzyka Lutosławskiego i Tansmana jest dowodem na to, że Polska nie jest tylko terytorium, Polskę nosi się w sobie. Ta płyta to bardzo ważny projekt w moim życiu. Składa się na to wiele czynników. Przede wszystkim oczywiście repertuar, w całości polski. Nie tylko dlatego, że napisany przez Polaków, ale dlatego, że w dużej części oparty jest na tematach z polskiej muzyki ludowej. Muzykę nagrałem w Polskim Radio, w Studio S1, im. W. Lutosławskiego, wydaje ją Polskie Radio, a projekt płyty robili Polacy: grafikę - znakomity Bartek Rozalski, a akwarele - moja żona, która zresztą czuwała nad artystyczną stroną całości projektu. Od ponad roku rysowała, malowała do tej muzyki i powstał szereg prac. Część z nich, już niestety, sprzedała podczas jednej z wystaw w Nowym Jorku. Myślę, że zarówno nagranie, jak i projekt są bardzo wyraziste. Czy płyta przypadnie słuchaczom do gustu? Czas pokaże. Ja już myślę o następnej. Tę nagraną będę promował podczas koncertów w listopadzie i grudniu.

W chwili, kiedy rozmawiamy, tej płyty jeszcze nie ma na rynku. Ja jestem w tej szczęśliwej sytuacji, że już ją mam. Dostałem ją od twojego menadżera. Pierwszy raz próbowałem ją przesłuchać jadąc samochodem - nie dało się.
- Nie masz w aucie odtwarzacza?

Mam, ale to słuchanie okazało się zbyt niebezpieczne - za bardzo wciąga ta muzyka. Już wiem, że jest to jedna z tych płyt, które nie powstały po to, by towarzyszyć przy goleniu, przy podróżach autem. Żebyśmy mieli jasność - ja ci tu nie robię zarzutu, że o mały włos, a byłbyś sprawcą kraksy samochodowej ze mną w roli głównej, ja tu wyrażam obawę o to, czy ta płyta stanie się wydarzeniem publicznym. Czy nie za mało na niej takich prezentów dla "masowego słuchacza" jak popisy techniki, szybkości i temu podobnych błyskotliwości łatwych do wychwycenia dla przeciętnego ucha.
- Dziękuję bardzo za miłe słowo. Bardzo się cieszę, że tak odbierasz to nagranie. Nie ma obaw co do niskiej sprzedaży. Wystarczy reklamować w następujący sposob: "jeśli jesteś mało wrażliwy i zaliczasz się tylko do masowej publiczności, nie sięgaj po to nagranie". Gwarantuję ci, że sprzedaż będzie niezła. A tak na poważnie, to wielkim komplementem dla mnie jest to, że płyta nie trafi do każdego. Nie ma trafić. Ta muzyka jest tylko dla tych, którzy - kolejny raz to powtórzę - jej potrzebują. Ktoś, kto nie ma potrzeby słuchania Lutoslawskiego czy Tansmana, nie sięgnie po płytę z ich muzyką, obojętnie jak będzie prezentowana. Naprawdę wierzę w to, że wielka sztuka tylko wtedy będzie wielka, jeśli nie będzie trafiać do wszystkich.

Jednak, kiedy Ivo Pogorelich w tym roku nie trafił do wszystkich, a nawet nie trafił do krytyków, to się zdenerwowałeś na tych, do których nie trafił - suchej nitki nie zostawiłeś na krytyku, który z kolei wcześniej na Pogorelichu suchej nitki nie zostawił, recenzując jego koncert w znanej gazecie.

- To nie ma nic do rzeczy! Ludzie, którzy byli obecni na recitalu Pogorelicha, znaleźli się tam z potrzeby obcowania ze sztuką jednego z najważniejszych muzyków w historii. Koncert trafił do wszystkich! Właśnie dlatego wywołał taką burzę rozmów, artykułów i recenzji. Gdyby był nijaki i nie trafił, nikt by o nim nie rozmawiał. To, że koncert Ivo Pogorelicha wywołał poruszenie, jest dowodem na to, jak wielkim artystą jest Pogorelich. Wielka sztuka charakteryzuje się skrajnymi emocjami. Nie ma tu miejsca na obojętność czy normalność. Ja zdenerwowałem się na sposób, w jaki to wydarzenie zostało opisane. Padły ogromne słowa, które zahaczały o brak zdrowego rozsądku, niemal osobiste wycieczki. Raził mnie brak kultury tej recenzji.

Czy przejmujesz się recenzjami swojej gry, swojej osoby? Czy one mają dla ciebie jakiekolwiek znaczenie, a może i wpływ na to, co i jak grasz?

- Staram się być wierny sobie, ale to, co robię jest dla ludzi i nie może mi być obojętne co oni o tym myślą. Muszę powiedzieć, że recenzje dobre cieszą mnie długo, a złe smucą bardzo krótko. Ważna jest dla mnie opinia kilku osób i ich wskazówki zawsze biorę sobie do serca. Często słyszę, że gram repertuar zbyt trudny w odbiorze. Tego typu wskazówek do serca sobie nie biorę, a dlaczego? Myślę, że wcześniej już na to odpowiedziałem.

Rozmawiał Dariusz Łukaszewski

Morele

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: warzywa | publiczność | potrawy | marzenie | muzyka | szczęście | nagranie | Łukasz | USA | żona | Carnegie Hall | koncert

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje