Reklama

Reklama

Pasja jest najważniejsza

Lubi polskie tkaniny, chętnie szuka inspiracji w kinie, czuje w sobie potrzebę promowania pozytywnego wizerunku Polski. Uwielbienie dla mody tkwiło w niej od zawsze, dziś jest jedną z najlepszych polskich projektantek - rozmowa z Teresą Rosati.

Kiedy się patrzy na Pani biografię, można odnieść wrażenie, że projektowanie było Pani przeznaczeniem. Nawet gdy próbowała Pani pójść w innym kierunku, wybierając studia na SGH, prawdziwa pasja nie pozwoliła o sobie zapomnieć...
Teresa Rosati:
Dzisiaj powtarzam to moim dzieciom - pasja jest najważniejsza, jest motorem działania, nie należy jej w sobie tłumić. Kiedy byłam małą dziewczynką, wydawało mi się, że każda z moich koleżanek lubi robić to, co ja. Z czasem jednak się przekonałam, że wcale tak nie jest, że nie każda lubi trzymać igłę w ręku, nie każda jest zafascynowana tkaninami, zapamiętuje każdy wzór i szczegół ubioru. Mnie to fascynowało od zawsze, ale nigdy nie sądziłam, że może stać się moim zawodem.
W tamtych czasach w Polsce nie było możliwości śledzenia światowych trendów mody i zapoznania się z kolekcjami wielkich projektantów, nie było kolorowych magazynów, a możliwości wyjazdu zagranicę były ograniczone.

Reklama

Ostatecznie nie została Pani asem handlu zagranicznego, ale lata spędzone jako "żona przy mężu" okazały się dla Pani nieoczekiwanie owocne. Dały Pani wiedzę, orientację i doświadczenie praktyczne, które bardzo się przydały w późniejszej karierze projektantki.
Miałam okazję obcować z wielkimi postaciami ze świata polityki, uczestniczyłam w życiu oficjalnym, dyplomatycznym. Miałam kontakt z modą oficjalną, która powinna być zgodna z protokołem dyplomatycznym.

Zasady tego protokołu poznałam podczas studiów na wydziale handlu zagranicznego. W dorosłym życiu, u boku męża, mogłam swoją teoretyczną wiedzę skonfrontować z rzeczywistością. I szybko się zorientowałam, że wiedza na temat ubioru w świecie polityki i dyplomacji wśród stylistów i projektantów jest niewielka, ale oczywiście nie zajmuję się tylko modą oficjalną i dyplomatyczną. Co roku przygotowuję specjalne kolekcje na różne okazje, takie jak uroczyste gale i skromniejsze kolacje, czy uroczystości jak np. śluby, studniówki czy jubileusze.

Po okresie transformacji ustrojowej, po otwarciu Polski na Zachód, miała Pani również okazję zaobserwować, że nie wszystkie kobiety radzą sobie z wcielaniem w życie tych zasad
Kiedy kontakty z Zachodem stały się bardziej ożywione, kobiety zaczęły częściej wyjeżdżać na rozmaite sympozja, spotkania, były zapraszane do ambasad i na różnego typu imprezy: koktajle, lunche, święta narodowe... każda taka uroczystość ma odmienny charakter i obowiązują nieco inne reguły ubioru.

Uczestnicząc w tym widziałam ogromne braki w wiedzy tych kobiet: na przykład cekinową, czarną suknię z ogromnym dekoltem na lunchu o 12 czy strój jak na piknik w ogródku działkowym... to drastyczne przykłady. Nie wynikało to ze złej woli, a po prostu z niewiedzy. Dlatego też dzisiaj, obok kreowania indywidualnie wizerunku tych kobiet, chętnie prowadzę prelekcje na temat mody biznesowej, oficjalnej i dyplomatycznej.

Dzisiaj protokół dyplomatyczny jest bardziej elastyczny niż kilka lat temu, można być ubranym zgodnie z jego wymogami nie tracąc własnego stylu i kontrolowanej fantazji.

Czuje Pani w sobie misję ambasadora polskiego wizerunku?
Od lat staram się ten wizerunek poprawić i faktycznie chciałabym być tak postrzegana. Kiedy mój mąż sprawował funkcję ministra spraw zagranicznych, w okresie jego intensywnego życia dyplomatycznego, stworzyłam coś w rodzaju nieformalnego klubu dla żon ambasadorów akredytowanych w Polsce. Bardzo leżało mi na sercu poprawienie wizerunku Polski i walka ze stereotypowym wyobrażeniem o Polakach.

Chciałam uniknąć tego, żeby ktoś słysząc "Poland" powtarzał niepewnie "Holland...?". Starałam się pokazać najpiękniejsze miejsca - Zamek Królewski, Teatr Wielki, Łazienki Warszawskie, organizowałam koncerty, zapoznawałam żony dyplomatów z najciekawszymi przedstawicielami polskiego świata kultury, sztuki, nauki, biznesu i mediów.

W mojej pierwszej kolekcji postawiłam wyłącznie na polskie tkaniny - jedwabie i wełny naturalne. Kolekcję uszytą wyłącznie z polskich tkanin zaprezentowałam w 2000 roku podczas Dni Polskich w Atenach, poświęconych promowaniu wszystkiego, co polskie. Przyjęto ją bardzo ciepło... i świetnie się sprzedała, co również nie jest bez znaczenia (śmiech).

Ostatecznie postanowiła Pani przekuć swoją pasję i swoją wiedzę w faktyczny zawód, zostając projektantką mody. Być może tak właśnie miało być, bo gdyby zdecydowała się Pani na to wcześniej, zabrakłoby elastyczności, odporności, chociażby na krytykę.
To prawda. Niektórzy, widząc we mnie żonę byłego ministra, być może uznali to za "fanaberię ministrowej", a przecież ta pasja tkwiła we mnie od zawsze. Jeszcze na studiach byłam postrzegana jako osoba ubierająca się w komisach i peweksach - a to wszystko były rzeczy mojego projektu i wykonania... pozytywne komentarze kobiet z całego świata, niejednokrotnie ubranych przez najlepszych europejskich projektantów, również dodawały mi otuchy.

Chciałam konsekwentnie wspierać polskie tkaniny, polskie szwalnie, chciałam również robić krótkie serie. Nie myślałam o "kręceniu biznesu". Jednak na pewne problemy nie byłam przygotowana, jak np. niesolidność, nieprofesjonalność współpracujących ze mną firm.

Pani córka jest aktorką, często oglądacie razem filmy. Nie da się nie zauważyć, że film stanowi dla Pani ogromną inspirację.
Tak. Przygotowałam nawet taką kolekcję "Moda i film - wzajemne inspiracje" w 2004 roku. Pierwszą inspiracją były bliskie mi kobiety w mojej rodzinie. Uwielbiałam obserwować, jak szykują się do wyjścia na wieczorowe przyjęcia. Każdą suknię mogłabym jeszcze dzisiaj opisać ze szczegółami. Jednocześnie kochałam kino.

Oglądałam mnóstwo filmów francuskich, amerykańskich i polskich. Z polskich najbardziej utkwiły mi w pamięci sukienki Teresy Tuszyńskiej w filmie Janusza Morgensterna "Do widzenia, do jutra".

Była prawdziwie śliczna, taka polska Audrey Hepburn.
Właśnie, to był ten styl. Uwielbiam Audrey Hepburn z "Rzymskich wakacji" czy "Śniadania u Tiffany'ego". Ritę Hayworth, a później Jane Fondę... to przecież ona wylansowała modę na cekinowe mini i kozaki za kolana, na które w tym sezonie jest takie szaleństwo! Można powiedzieć, że moda zatacza ogromne koło, a możliwość czerpania z różnych epok, łączenia różnych stylów jest fascynująca.

Wydaje się jednak, że dziś nie ma już takich diw, które potrafiłyby, dzięki swojej osobowości, przekuć własny styl ubierania w symbol. Marlena Dietrich założyła męski smoking, Greta Garbo owinęła głowę szalem - i do dzisiaj o tym mówimy.

Marlena Dietrich wywarła na mnie ogromne wrażenie, zwłaszcza w "Maroko" i "Błękitnym aniele". Bardzo lubię męskie elementy w stroju kobiecym, np. żakiety w stylu Marleny, z dłuższą dolną klapą i mocno zaznaczonymi ramionami. Styl męski nie oznacza braku kobiecości, wszystko zależy od sposobu noszenia, poruszania się, osobowości właśnie.

I faktycznie, trudno byłoby mi wymienić osobę, która pod tym względem jest w stanie dorównać gwiazdom z lat 30.,40. czy 50. Dlatego też nawet w kinie najbardziej cenię sobie filmy, które nawiązują do dawnych stylizacji.

Szuka Pani u swoich bliskich inspiracji, konstruktywnej krytyki, rad?
Syn wspiera mnie radami w sprawach organizacyjnych i biznesowych, to on przygotował pierwszy biznesplan dla mojej firmy. Mąż jest bezkrytyczny - podoba mu się wszystko, co na siebie włożę (śmiech). Weronika też nie zawsze bywa obiektywna... jednak bezbłędnie wyczuwa trendy. Kiedy przygotowywałam kolekcję na 10-lecie, to ona mi powiedziała: "Mamo, lata 30.! Duże, kanciaste ramiona" i na ubiegłorocznym pokazie wystąpiła w sukni swojego projektu, ecru, z mocno zaznaczonymi ramionami. I miała rację - jest to absolutny hit zbliżającego się sezonu.

Rozmawiała Karolina Chymkowska

Essence
Dowiedz się więcej na temat: rosati | tkaniny

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje