Reklama

Reklama

Piotr Fronczewski: Całe życie mam doła

Sam siebie nie akceptuje. Otwarcie mówi, że jest już starym aktorem, którego nikt nie chce. A przecież na koncie ma dziesiątki ról! Od debiutu teatralnego uwielbianego artysty mija właśnie 60 lat.

"Nie za bardzo lubię siebie oglądać czy słuchać. Patrzę na siebie przede wszystkim z punktu widzenia zawodowca, który wykonał jakąś robotę i teraz ma szansę sprawdzić, jak wyszło. Jestem wobec siebie bardzo surowy, krytyczny", powiedział Piotr Fronczewski w jednym z wywiadów. To zaskakujące, bo uchodzi przecież za jednego z najbardziej znanych i cenionych polskich aktorów.

Na scenie występuje już od 60 lat - debiutował jako dziesięciolatek w sztuce u boku Adolfa Dymszy. Później w wieku 12 lat wystąpił w produkcji filmowej "Wolne miasto".

Reklama

Urodzony aktor

Fronczewski był blisko teatru od dziecka. "Mój tata pracował w teatrze, ale nie był w składzie aktorów, tylko pracował w administracji teatralnej. Kontakt z tą sferą ludzi sztuki miał i doskonale się w niej poruszał. Miał mnóstwo przyjaciół i ja, towarzysząc ojcu, ocierałem się bardzo delikatnie o ten świat, jakże odmienny od tego, co za oknem i na ulicy", powiedział w jednym z wywiadów.

Dzieciństwo aktora przypadło akurat na trudne, powojenne czasy - urodził się w 1946 roku. Jako młody chłopak bawił się z kolegami na gruzach Warszawy, często nie zdając sobie sprawy z zagrożeń, jakie czyhały w ruinach budynków. Melancholijna natura Piotra ujawniała się już w czasach szkolnych.

Od zawsze był nieśmiały i nie chciał się wyróżniać. "Ja w ogóle nie należałem do dzieci, które jakoś szczególnie by się czymkolwiek chwaliły i domagały uwagi. W podstawówce, przynajmniej na początku, byłem dzieckiem raczej cichym, grzecznym i posłusznym", mówi w książce "Ja, Fronczewski".

Należał też do uczniów, którzy dobrze się uczą. To się jednak zmieniło, gdy zaczął swoją przygodę z aktorstwem. Tak pochłaniało go granie, że opuścił się w szkole i pewnym momencie był zagrożony z kilku przedmiotów. Musiał wtedy na trochę zapomnieć o karierze aktora i skupić się na nauce. Ale nie zniechęcił się do swojej pasji i kilka lat później postanowił zdawać do Państwowej Warszawskiej Szkoły Teatralnej. Chociaż sam Fronczewski swój wybór tłumaczył po prostu... lenistwem.

"Chyba poszedłem na wydział aktorski po trosze z tchórzostwa, a po trosze z lenistwa. Teatr był rzeczywistością, którą miałem w jakimś stopniu oswojoną. Idąc w tę stronę, unikałem konieczności szukania nowego pomysłu na siebie, do czego nie czułem się gotowy" wyznał w książce.

Miłość i alkohol

Po skończeniu studiów, w 1968 roku, zaczął występować w Teatrze Narodowym. Pojawiały się również kolejne role filmowe i serialowe. Aktor jednak wielokrotnie mówił, że spełniony czuje się przede wszystkim na scenie. "Wspominam w książce, że moje doświadczenia w filmie, mimo że było ich przeszło 80 czy więcej, są znacznie skromniejsze, mniej interesujące niż ma to miejsce w teatrze. Ogólnie rzecz ujmując, powiedziałbym, że nie należę do aktorów światłoczułych. Tak nazywam tych wspaniałych, wielkich aktorów filmu światowego i filmu polskiego. To są ludzie, którzy w oku kamery zyskują jakby nowe życie, nową jakość, stają się osobowością, kimś bardzo interesującym", powiedział w jednym z wywiadów.

Rok 1969 był dla Piotra trudny. Po długiej walce z nowotworem kości zmarł jego ojciec. Aktor bardzo to przeżył, pomimo że tata był dla niego dosyć surowy i nie łączyła go z nim tak silna więź jak z mamą. To właśnie z nią mieszkał jeszcze przez kilka kolejnych lat. W końcu, jako dwudziestoośmiolatek stwierdził, że najwyższa pora się usamodzielnić. Zdecydowali, że sprzedadzą mieszkanie i kupią dwa mniejsze przy ulicy Wspólnej.

To właśnie tam, gdy oglądali lokum na sprzedaż, pierwszy raz na swojej drodze spotkał swoją przyszłą żonę Ewę, która mieszkała w tym samym budynku. Poznali się dość banalnie, bo w windzie. Fronczewski długo zbierał się na odwagę, żeby umówić się z nią na randkę. Przełamał jednak swoją nieśmiałość i zaprosił Ewę do teatru. Tak zaczęła się ich miłość. Wkrótce potem wzięli ślub, ale tylko cywilny.

"Wszystko było zwyczajnie. Pałac Ślubów, mnóstwo ludzi, cały Dramatyczny był, mój ukochany dyrektor Holoubek oczywiście też. Wszyscy młodzi, chętni do zabawy. Wesela nie było. Był tylko poczęstunek w podziemiach Pałacu Ślubów. Potem wypożyczony samochód odwiózł nas do domu, czyli do mieszkania Ewy", opowiada aktor w książce.

Szybko na świecie pojawiła się pierwsza córka Kasia, a Fronczewski musiał godzić życie rodzinne z mnóstwem pracy. Jednocześnie prowadził bujne życie towarzyskie. Po spektaklach wraz z kolegami chodzili do SPATiF-u, by odreagować stres i emocje związane z graniem.

"Mojej branży alkohol towarzyszył w podobnym stopniu co chirurgom, dziennikarzom czy pilotom oblatywaczom. To nie tylko używka, ile jedno z narzędzi pracy. Gorzałka była w tym zawodzie zawsze. Nie ma co tego lekceważyć, ale nie warto również demonizować. Alkohol przynależy do aktorskiej tradycji. Ja miałem szczęście. Moja pijacka kariera była dość krótka i niezbyt spektakularna. Znalazłem azyl w rodzinie. W domu. To jest moje schronienie. To jest moje prawdziwe życie, do którego praca jest tylko dodatkiem", opowiada w książce.

Przymusowa emerytura

Wkrótce rodzina powiększyła się o drugą córkę Magdalenę, która przyszła na świat w 1978 roku. Dla Fronczewskiego był to trudny czas - zrobił wtedy coś, czego żałuje do dnia dzisiejszego. Zdradził żonę z koleżanką z teatru. Mówi się, że była to Joanna Pacuła.

"To było po narodzinach naszej drugiej córki Magdy. Bardzo dużo wtedy pracowałem. Tyrałem właściwie. Od świtu do późnej nocy. Kołowrót. Kierat. Do tego dom z dwójką małych dzieci, więc brak snu. W pewnym momencie miałem ochotę od tego wszystkiego uciec. Wyrwać się. Dokądkolwiek", opowiadał po latach.

Aktor przyznał się żonie do zdrady - był pewien, że będzie chciała rozwodu. Jednak Ewa pomimo zranienia i żalu, postanowiła nie przekreślać małżeństwa i dać mężowi drugą szansę. To doświadczenie mocno obniżyło samoocenę Fronczewskiego. "Czułem się bezgranicznie żałosny. Moja samoocena ratingowa spadła do poziomu śmieciowego", dodaje. Przy generalnie niskim poczuciu własnej wartości aktor musiał przeżywać ciężkie chwile. Mimo że zawodowo wciąż był na fali, nie dał się ponieść sławie, nie zachłysnął się popularnością.

"Gdy zadaję sobie pytanie, czy ja przedstawiam sobą jakąś wartość, to skłaniam się raczej ku odpowiedzi, że niekoniecznie. Myśląc o sobie, nie odczuwam satysfakcji. Nie ma we mnie samozadowolenia, o dumie nawet nie wspominając. Nie mogę się dopatrzyć tej swojej wartości, nie czuję jej smaku, nie mam wrażenia, bym czegoś szczególnego czy wartościowego w życiu dokonał. Gdy patrzę wstecz, nie jestem w stanie przypisać sobie jakichś istotnych zasług, nie widzę żadnego dobra, którego byłbym autorem, dość marnie o sobie myślę. Gdy staję przed lustrem, widzę gościa, któremu mam do powiedzenia właściwie tylko niemiłe rzeczy", wyznał aktor w książce.

Niestety to się nie zmieniło z biegiem lat. A wręcz takie podejście do życia, tylko się pogłębiło. Ma na to wpływ również wiek aktora, który właśnie świętuje 70. urodziny i jest przekonany, że nie czeka go już nic wielkiego w kwestii zawodowej. "Ja po prostu przez całe życie mam doła. Permanentnego doła. Taki już jestem. Zawsze byłem. A teraz czuję się trochę jak stary pies ze schroniska, wyliniały, koślawy, ze śladami wszystkich dawnych schorzeń, którego nikt z tego schroniska nie chce wziąć. Bo każdy woli psa młodszego, ładniejszego, chętnego do zabawy. No to siedzę sobie w kojcu za płotkiem jakimś, za parkanikiem, i patrzę przez te szczeble na świat. Czasem ktoś przychodzi, wyprowadzi mnie na spacer, można się wysikać w parku pod drzewem, a nie za kratami. Ale tak na co dzień leżę w swojej klateczce i patrzę z lekkim znużeniem na świat. Niech mi pan powie, czy będąc starym człowiekiem, powinno się grać starego człowiek? Czy to ma w ogóle sens", dodał.

Fronczewski na emeryturze skupia się na życiu rodzinnym i na swoich pasjach, czyli motocyklach i samochodach. Wciąż jeździ na jednośladzie - ma Kawasaki. Teraz już nie ryzykuje podczas jazdy, w końcu jest mężem, ojcem i dziadkiem. I to są dla niego najważniejsze role.

"W domu nie ma aktora Piotra Fronczewskiego. Tam jest wyłącznie miejsce dla Piotra Fronczewskiego męża, ojca i syna. To są moje najważniejsze role. Aktorstwo to tylko praca - mógłbym mieć inną, chociaż niczego innego pożytecznego nie potrafię robić. Za to rodzina to moje życie", dodał.

Magdalena Makuch

Show

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje