Roma Gąsiorowska: Myślę jeszcze o adopcji

Pierwszy wywiad po narodzinach córeczki. Aktorka mówi, jak ułożyła sobie relacje z byłą partnerką męża i jego synem. Zdradza też, że marzy o jeszcze jednym dziecku.

Iwona Zgliczyńska: Po ciąży zostało ci pięć kilogramów?

Reklama

Roma Gąsiorowska: - Więcej (śmiech).

Czujesz presję, by się odchudzać?

- Presja jest ze strony opinii publicznej. Mam na myśli komentarze miłych dziennikarzy typu "jej wyzwanie to odchudzanie". Kiedy szłam na premierę "Miasta 44", wiedziałam, że to mnie nie ominie. Ludzie zapominają o drobnym szczególe, że to było pięć tygodni po urodzeniu dziecka. Trudno, takie już są uroki bycia dla innych. Nie dam się zaszczuć.

Biegasz, jesteś na diecie?

- Na bieganie jest za wcześnie. Po "cesarce" nie można forsować mięśni do pół roku. Teraz staram się jeść to, co nie uczula małej. Poza tym przy dwójce dzieci mam tyle rzeczy do ogarnięcia, że jestem w ruchu non stop. W dodatku one ważą pięć i czternaście kilogramów, więc siłownię mam naturalną.

Macierzyństwo to jednak wyzwanie...

- Zanim zostałam mamą, mówiłam Mai Ostaszewskiej, jak to cudownie, że ma dwójkę fantastycznych dzieci. A ona na to: "Jasne, tak jest wspaniale, że z niewyspania ostatnio uderzyłam się o framugę". Nie byłam w stanie wyobrazić sobie, o czym mówiła, a teraz sama doświadczam tego stanu. Jestem skupiona, by dzieciom krzywda się nie stała, żeby były dopieszczone, ubrane, najedzone, wyspane i jeszcze nie płakały. Bywam tak zmęczona, że potykam się o własne nogi.

Jak twój syn przyjął na świecie siostrę?

- Bardzo bałam się, jak przeżyjemy ten czas po powrocie z córeczką ze szpitala. Jednak okazuje się, że niepotrzebnie się martwiłam. Klemens ma dwa i pół roku i jest kochanym braciszkiem. Tuli małą, całuje, trzyma za rączki. Gdy siostra płacze, on od razu przybiega do niej ze smoczkiem. Krzyczy: "Jadzia, Jadzia" i chce jej pomóc. Staram się zresztą spędzać z nim jak najwięcej czasu, by nie poczuł się urażony i odsunięty na bok. Cieszę się, że mam córkę, a nie drugiego synka, bo nadal Klimek jest moim jedynym najcudowniejszym synkiem, a Jadzia najcudowniejszą córeczką. Mam nadzieję, że żadne z nich nie będzie czuło się mniej ważne.

Planujecie więcej dzieci?

- Michał ma jeszcze sześcioletniego syna Leona z poprzedniego związku. W naszym domu jest więc trójka dzieci. A ponieważ ja miałam już dwa cesarskie cięcia, od lekarzy słyszałam, że trzecia ciąża nie jest dla mnie zalecana. Chyba więc nie będę ryzykować. Jestem usprawiedliwiona. Ale zawsze chciałam jeszcze adoptować dziecko. I pewnie kiedyś to zrobię.

Po kim wybrałaś imię dla córeczki?

- Po królowej Jadwidze. Natomiast Klemens dostał imię po dziadku ze strony mojego męża.

Dzieci cię inspirują?

- Dzieci mają niezwykły świat i patrzą na wszystko w taki świeży, odkrywczy sposób. Jednocześnie są tak bardzo zależne od nas, dorosłych, i tak wiele czeka na nie niebezpieczeństw. Klemens przeżywa teraz bunt dwulatka. Wydaje mu się, że wszystko jest dozwolone. A kiedy on jest na "nie", ja odkrywam swoją kreatywność. Nie chcę z nim popadać w konflikt, używać przemocy werbalnej. Kiedy więc rozlewa wodę z kubka przy stole, pokazuję mu ciekawszą zabawę w umywalce. I to skutkuje. Trzeba mieć dużo luzu i cierpliwości, żeby nauczyć dziecko społecznych ograniczeń, jednocześnie nie zabijając jego wyobraźni i kreatywności.

Trudno żyje się w rodzinie patchworkowej?

- Przeciwnie. Z synem męża bardzo się kochamy.

Nie mieliście żadnych problemów?

- Zaczęłam spotykać się z Michałem, kiedy Leon miał półtora roku. Przez kilka lat to, że miał dwa domy, wydawało mu się naturalne. Cieszył się nawet, że ma dwie mamy. Ale kiedy skończył pięć lat, zaczął intensywniej się nad tym zastanawiać. Pytał mnie: "Skoro ty i tata się kochacie, to dlaczego ja się pojawiłem na świecie i mam inną mamę?". To było dla niego trudne. Ale na szczęście jesteśmy w dobrych kontaktach z jego mamą i w takich sytuacjach reagujemy razem. Spotkaliśmy się wtedy u nas w domu, z mojej inicjatywy. Mama Leona przyjechała ze swoim drugim malutkim synkiem. Wszystkie dzieci bawiły się razem, a my siedzieliśmy na kanapie i rozmawialiśmy.

Niezwykłe spotkanie.

- Oczyszczające. Nawet moje bliskie koleżanki dziwią się, że można żyć w zgodzie po rozstaniu. A my chcemy, by Leon zrozumiał, że mimo iż nasza rodzina nie jest standardowa, wszyscy się lubimy.

Dogadujesz się w sprawie Leona z mężem?

- Rozumiem jego sytuację. On przecież odczuwa wyrzuty sumienia w stosunku do syna, z którym nie mieszka. Gdyby tego nie czuł, byłby nieludzki. To naturalne, że taki ojciec chce coś czasem rekompensować, luzować lejce. Na ten temat też rozmawialiśmy z mamą Leona. Ustaliliśmy, że wszystkim zależy, by on nie czuł się u nas jak na wakacjach. Podobne zasady powinny panować w obu domach.

To się udaje?

- Nie zawsze, bo przecież każdy ma inny styl życia. Ale ja nigdy celowo nie podważam zdania mamy Leona. Nauczyłam się takiego podejścia do życia od swojej. Ja też wychowywałam się bez ojca. Pomimo, że on nie miał czasem racji, zawsze słyszałam od mamy, że trzeba go szanować. Dziś nasza patchworkowa rodzina naprawdę dobrze daje sobie radę. Leon czasem mówi nawet do mnie "mamo".

I jego prawdziwa mama się za to nie gniewa?

- Nie, to jest naprawdę fajna i mądra dziewczyna. Cieszę się, że udało nam się dogadać w interesie tego małego człowieka.

Skąd w tobie tyle siły?

- Moja mama była niezwykle silna. Kiedy miała jakiś problem, nie poddawała się, ale szła do przodu. Oczywiście mam takie momenty, że muszę się na chwilę zatrzymać i coś w sobie przepracować, bo jest mi ciężko. Ale generalnie o życiu myślę pozytywnie i idę do przodu. Sama na siebie czasem patrzę z podziwem. Szczególnie teraz, kiedy mam dzieci, nie daję sobie prawa do bycia słabą.

Do silnych kobiet często lgną nieudacznicy.

- Było kilku, którzy chcieli skorzystać z mojej energii. Ale szybko się orientowałam i eliminowałam ich.

Jaki jest twój mąż?

- Długo by opowiadać, ale bardzo do siebie pasujemy. Wychowywanie razem dzieci nie jest łatwe, a przyjście na świat maleństwa to dla związku trudny moment. Tak przynajmniej mówią psychologowie. Ale my dajemy sobie radę. Michał teraz bardzo dużo pracuje. Niedawno pojechał na plan, a ja zostałam w domu i poczułam się taka... spełniona. Chwyciłam za telefon, żeby mu powiedzieć, że czuję renesans miłości. A on na to, że dziś ma tak samo.

Miałaś kiedyś wątpliwości, czy dobrze wybrałaś?

- Nigdy. Kiedy się spotkaliśmy, od razu było wiadomo, że jakaś niezwykła siła ciągnie nas do siebie. Przestraszyliśmy się tego i przez kilka lat unikaliśmy się nawzajem. Kiedy spotkaliśmy się ponownie w pracy, pięć lat temu, byliśmy już pewni, że nie uciekniemy. Chciałam inwestować w przyszłość właśnie z nim. A Michał, choć twierdził, że nigdy nie będzie miał żony, po niespełna roku był moim mężem.

Ale chyba coś cię czasem w Michale denerwuje?

- Gdy coś mnie denerwuje, to rozmawiamy i staramy się zmienić. Trochę ja, trochę on.

Kto zajmuje się dziećmi, gdy pracujesz?

- Moja siostra. Zatrudniłam ją legalnie, płacę ZUS. Jest to układ najlepszy z możliwych. Ona jest cudowna, cierpliwa i bardzo kreatywna. Moje dzieci są takie małe, że miałabym opory, by oddać je w ręce obcej niani. A siostra w przyszłości planuje otworzyć przedszkole, więc nabiera w ten sposób doświadczenia.

Dzieci nie odbierają ci energii twórczej, prawda?

- Nie potrafiłabym zamknąć się tylko w ich świecie. Czułabym, że coś mi ucieka, czegoś brakuje. Uważam, że jeśli kobieta ma możliwość realizacji, nie powinna rezygnować. Dzieci będą bardziej radosne, mając spełnioną matkę. Układ z siostrą daje mi ogromny komfort. Ufam jej i wiem, że kiedy dzieci są u niej, nie cierpią. Czasem zdaje mi się, że jesteśmy ze sobą tak blisko, że w jakiejś rzeczywistości równoległej jesteśmy jedną istotą.

Wierzysz w historie karmiczne, w nirwanę?

- Jak najbardziej: kiedy coś kiedyś w innym wcieleniu nabroiliśmy, to teraz znowu działamy razem. Wierzę, że im jesteś wyżej, im więcej udało ci się zrobić na tym świecie, tym trudniejsze dostajesz wyzwania. Najlepsi rycerze idą na największe wojny.

Większość z nas sądzi, że trudności przychodzą do nas za karę?

- Moim zdaniem to zadania, które mają nas umocnić. Musisz myśleć, że dowodzisz najlepszą armią. Wsiadasz na najwyższego konia i krzyczysz: "Hej, gdzie są moi rycerze?".

Ty tak robisz?

- Tak, a jeśli nikogo nie znajduję, jadę sama. Często.

Teraz walczysz o...

- Kolejny rok w mojej szkole aktoRstudio będzie bogatszy o nową kadrę i doskonalszy program. Mamy już agencję aktorską. Chcę, by studenci dostali możliwość wejścia w zawód. Rozbudowuję szkołę o nowe kierunki i warsztaty (również dla dzieci) ze scenopisarstwa, reżyserii, powieściopisarstwa, wokalne, teatr fizyczny i zajęcia taneczne oraz art couching, doradztwo - kierowanie ścieżką kariery, szkolenia z autoprezentacji. Marzą mi się warsztaty dla osób starszych, które nie mają wnuków, a potrzebują tej dziecięcej energii. Nazwę to: "Wypożycz sobie dziadka". Chcę też zorganizować warsztaty dla dzieci niepełnosprawnych. Wierzę w to, że tym dzieciom trzeba stworzyć małą planetę, na której ich rzadki albo z pozoru banalny talent stanie się potrzebny i ciekawy.

Młodzi ludzie po twojej szkole dostają się na uczelnie teatralne i aktorskie. Np. Marianna Janczarska, córka Ewy Błaszczyk.

- Bo mi zależy, by szkoła miała wysoki poziom i była skuteczna. W tym roku zwerbowałam dodatkowo poważne osobistości: Dawida Ogrodnika, Marietę Żukowska, Kasię Herman, Leszka Lichotę, Natalię Rybicką i Olę Popławską. Teraz nasza kadra liczy około trzydziestu interesujących osób.

Stawiacie na spontaniczne nauczanie?

- Przeciwnie! To nie są spotkania ze sławnymi osobami. To konkretny program, skuteczne metody pracy w zawodzie. Chcę młodym ludziom w krótkim czasie przekazać konkretne narzędzia. Na swoich zajęciach zajmuję się improwizacją i przygotowaniem do castingu. Marieta będzie pracować nad wejściem w głębokie stany emocjonalne. Katarzyna zajmie się tekstami klasyków. Pracujemy nad samoświadomością, poczuciem własnej wartości i byciem elastycznym. Zajęcia odbywają się w weekendy i są bardzo intensywne, bo trwają po 12 godzin. Rekrutacja trwa do października.

Wszystkie twoje niesamowite pomysły wypalają? Czy może czasem okazują się fiaskiem?

- Wszystkie wypalają. Oczywiście na różną skalę (śmiech). Na szczęście udaje mi się pociągać za sobą wiele ciekawych osób, które pomagają mi w realizacji marzeń.


Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje