Roma Gąsiorowska: Niczego się nie boję

Odważnie realizuje swoje plany i marzenia. Mówi też, dlaczego przestała przeklinać, pić alkohol i jak radzi sobie w roli bizneswoman i mamy dwójki dzieci.

Mówisz głośno, że jesteś szczęśliwa i spełniona. To nie zdarza się często, bo ludzie zazwyczaj wciąż narzekają albo boją się zapeszyć. Wierzysz w pozytywne myślenie?

Reklama

Roma Gąsiorowska: - To jest moje podeście do życia, ale nie zawsze tak było. Miałam momenty, kiedy nie ze wszystkim sobie radziłam - problemy mnie przytłaczały. Jednak zawsze lubiłam nad sobą pracować i udało mi się nauczyć myśleć pozytywnie. Teraz trudnych sytuacji nie traktuję jako ciężaru, bo wierzę, że każdy problem da się jakoś rozwiązać. Pomaga mi też to, że nie jestem zależna od opinii innych. Gdy ludzie szukają w innych potwierdzenia tego, co robią, poklasku, akceptacji, często są nieszczęśliwi, bo ich samoocena opiera się na wartościach zewnętrznych, takich jak sukces bądź jego brak.

Musiał być jednak w twoim życiu przełomowy moment, który skłonił cię do zmiany myślenia.

- To nie był jeden moment, to lata pracy. Każde kolejne doświadczenie mnie czegoś uczyło i dążyłam do tego, żeby być taką osobą, jaką jestem teraz. Zdałam sobie sprawę, jakie wady chcę wyeliminować. Zawsze byłam pokorna zawodowo i prywatnie. W tej chwili mogę głośno powiedzieć, że jestem szczęśliwa i spełniona, co oczywiście nie oznacza, że nie mam żadnych problemów. Umiem po prostu cieszyć się chwilą, którą mam, i jestem pozytywnie nastawiona do świata.

Jest coś, czego się boisz?

- Już przepracowałam swoje lęki, a miałam ich sporo. Na przykład lęk powypadkowy. Dwa razy miałam wypadek samochodowy jako pasażer. Wydaje mi się, że miałam po nich taką naturalną traumę i gdy jechałam jako pasażerka, byłam spięta, wręcz potrafiłam się skulić przy niektórych manewrach.

- Pierwszy wypadek miałam z moim mężem, wtedy jeszcze nie byliśmy po ślubie. Nic nam się nie stało, ale było groźnie. Później miałam kolejny, po którym zrozumiałam, że mam chyba jeszcze dużo do zrobienia w życiu, skoro przeżyłam.

Możesz opowiedzieć, jak do niego doszło?

- Na Mazurach grałam w filmie. Po skończonych zdjęciach wracaliśmy do Warszawy. Jechaliśmy wieczorem i nagle wszystko zaczęło się psuć. Wysiadły wycieraczki, szyby parowały i wtedy pomyślałam, że chyba wydarzy się coś złego. Zaczęłam prosić anioła stróża, żeby czuwał nad nami. Tak go nazywam, bo takiego nazewnictwa nauczono mnie w dzieciństwie. Zasnęłam, a gdy się obudziłam, zobaczyłam tira, który na nas jechał. Po prostu wypadliśmy na przeciwny pas, nasz kierowca prawdopodobnie zasnął. Ktoś, kto jechał za nami, podjechał, wybił nas do rowu i wrócił na swój pas. To był czyn bohaterski. To był cud. Jestem pewna, że to był anioł stróż, jakkolwiek go nazwać. To było coś nadprzyrodzonego.

W zrozumieniu takich sytuacji pomaga ci twoja przewodniczka duchowa, bioenergoterapeutka i jasnowidz Małgorzata Krajewska?

- Małgosia prowadzi mnie duchowo. Poza tym robi piękne rzeczy i uzdrawia mnóstwo osób, nawet bardzo ciężkie przypadki. Mnie to nie dotyczy, bo nie jestem chora, może też dlatego, że jestem pod jej opieką.

Czy ona podpowiada ci coś w kwestii przyszłości?

- Nie, to tak nie działa, ona nie jest wróżką. Zresztą nie interesuje mnie to. Wierzę natomiast, że scenariusz dla nas jest już zapisany.

Widzę, że duchowa sfera życia jest dla ciebie bardzo ważna.

- Rozwój duchowy zapewnia mi pewnego rodzaju czystość duchową i to nie jest zależne od żadnej religii. W skrócie można to określić jako bycie dobrym człowiekiem. Przewodnik duchowy oczyszcza ze złej energii, chociaż wiem, że dla większości brzmi to dosyć dziwnie. To polega głównie na pokonywaniu własnych ograniczeń, lęków. Wierzę, że spotykając się z każdą osobą, przekazujemy sobie informacje. Słowa, które wypowiadamy, też mają dużą moc. Są jak życzenie, które wypowiadasz. W związku z tym trzeba dbać o higienę swoich myśli, słów. Między innymi dlatego przestałam przeklinać i pić alkohol.

To wszystko pomaga ci spełniać swoje marzenia?

- Odkąd pamiętam moim największym marzeniem było posiadanie rodziny. Gdy to się udało, skupiam się na tym, żeby urealnić swoje pragnienia. Wprowadzić wszystkie zasady, które przekazała mi mama. To są podstawowe priorytety: nie krzywdzimy siebie, jesteśmy empatyczni i widzimy krzywdę drugiego człowieka. Mama zawsze powtarzała: jeżeli jesteś dobrym człowiekiem, to dobro zawsze do ciebie wraca. Żyła według tej zasady i wpajała mi ją od dziecka. Odkąd sama stałam się matką, chcę być taka jak ona. Zawsze była bardzo pracowita, nie narzekała, że nie ma czasu dla siebie, że jest zmęczona. Ja robię tak samo.

Od kilku lat jesteś prężną bizneswoman. Lubisz rządzić?

- Musiałam się nauczyć dzielić odpowiedzialnością, bo jestem "Zosia samosia" i wszystko wolę zrobić sama, niż poprosić kogoś o pomoc.

Masz problem, żeby od swoich pracowników wymagać? Jesteś szefem kumplem?

- Na szczęście w prowadzeniu firmy nie jestem sama, bo mam wspólników i zastępców. Stresuje mnie jednak, gdy ktoś czegoś nie zrobił, a ja muszę mu zwrócić uwagę. Nie jest to dobra cecha szefa i wielu ludzi to wykorzystuje. Z drugiej strony w biznesie, w którym pracuję, trudno nie być szefem-kumpelą, bo pracuję z moimi przyjaciółmi (śmiech). Zajmuję się głównie stroną artystyczną, a kwestie finansowe czy zwalnianie ludzi, na szczęście, nie spoczywają na mnie.

Właśnie tworzysz nowy projekt, w którym połączysz wszystkie swoje działalności. Szkoła aktorska, warsztaty, klubokawiarnia, concept store będą w jednym miejscu.

- Lada moment rozpoczynam remont całego budynku, który będzie gotowy pewnie w październiku. We wrześniu, jeszcze poza budynkiem, w hali w Soho Factory mamy premierę, nad którą już zaczęliśmy pracować. To będzie mój pierwszy projekt, wizytówka tego miejsca i koncepcji. Pracujemy na bazie tekstu, który napisał Piotrek Rogucki. Muzykę z jego płyty traktujemy jako bazę spektaklu. Piosenki będą śpiewali aktorzy: Tomek Schuchardt, Piotrek Żurawski czy Matylda Damięcka. Zaprosiłam do współtworzenia artystę Michała Bojarę, który pracuje z Agatą Kuleszą nad monologami w postaci video artu. Forma pracy przy projekcie jest nietypowa. To jest nowe podejście do tworzenia - artystyczne kombo. Za efekt jest odpowiedzialnych wspólnie wielu twórców i ja jako dyrektor artystyczny. Chcę, żeby w W-arte! projekty nie były kojarzone z teatrem, choć zawierają jego elementy, będą to raczej wydarzenia, happeningi, gdzie każdy biorący udział w projekcie artysta, ale również widz, jest twórcą.

Czy można na czymś takim zarobić?

- Generalnie założenie jest takie, że jest to art i biznes, a nie tylko sztuka dla sztuki. Na sukces, również finansowy, pracuje kilka elementów. Bistro, scena, concept store i strefa edukacyjna. Pieniądze pochodzą z inwestycji prywatnych inwestorów sprzyjających od początku temu projektowi, ale też zbieramy je przez platformę crowdfoundingową. W ten sposób każdy może stać się naszym wspólnikiem. Potrzebujemy ponad 3 milionów złotych, żeby wyremontować budynek i mieć zaplecze finansowe na najbliższy rok działania, dopóki nie umocnimy naszej marki na rynku i nie staniemy się niezależni finansowo. Ale to nie ja rozporządzam pieniędzmi - znalazłam wspólników, którzy od wielu lat działają z sukcesem w biznesie. Dzięki nim jestem spokojna, a dla inwestorów wiarygodna, ponieważ zajmuję się tym, na czym się znam, czyli częścią artystyczną.

To jesteś w komfortowej sytuacji, bo nawet jeśli telefon nie będzie dzwonił z propozycjami zawodowymi, ty i tak masz pracę.

- Nie narzekam na brak propozycji. Pracowałam na swoją pozycję wiele lat i nie mam lęku, że nie będę miała pracy. Przeciwnie, w tym momencie z niektórych rzeczy muszę rezygnować, bo nie wystarcza mi czasu na wszystkie projekty. Dlatego wybieram tylko te, które są dla mnie w jakimś sensie ciekawe. Jeśli chodzi o teatr, teraz, przez rok, jestem na urlopie (chodzi o warszawski TR - przyp. red). Podjęłam taką decyzję w zgodzie z dyrektorem. Oboje nie chcemy rezygnować z naszej współpracy, ale nie mogę wchodzić w nowe produkcje, bo robię swoje rzeczy.

- Jeśli chodzi o produkcje filmowe, to mam dogadaną jedną, która rusza w wakacje. To, co robię od kilku lat, ma teraz swoje rozwinięcie. To jest moja droga, którą zaplanowałam kilka lat temu. Chciałam się w pewnym sensie uniezależnić. Wpakowałam w otwarcie szkoły i uruchomienie marki odzieżowej bardzo dużo swoich pieniędzy. Na szczęście mogę powiedzieć, że inwestycja zaczyna mi się powoli zwracać. Nawet jeśli jeszcze nie w pełni finansowo, to energetycznie na pewno.

Ostatnio mogliśmy oglądać cię w serialu TVP "Bodo", gdzie grałaś Zulę Pogorzelską. To było trudne wyzwanie?

- To było superzadanie! Myślę, że marzeniem każdego aktora jest wzięcie udziału w takim przedsięwzięciu. Chodzi nie tylko o to, że śpiewaliśmy i tańczyliśmy, ale też graliśmy w kostiumach z tamtej epoki.

Jak ci się grało z Tomkiem Schuchardtem?

- Wspaniale! Tomek jest dla mnie jest odkryciem ostatnich kilku lat. Zwrócił moją uwagę, gdy zobaczyłam go w "Mieście 44". Wcześniej też go oczywiście znałam, ale po tym filmie miałam poczucie, że zaczął być facetem, a nie chłopcem, który przewijał się przez filmy. Co ważne, woda sodowa nie uderzyła mu do głowy (śmiech).

A teraz powiedz tak szczerze, czy ty w ogóle odpoczywasz? Potrafisz przesiedzieć dzień na kanapie przed telewizorem?

- Mój dzień zaczyna się koło 6.30, kiedy budzą mnie dzieciaki. Jeśli nie jestem na planie, to od 10 zaczynam pracę w biurze lub na próbie, a czasem jedno i drugie. O 16 pędzę na spotkanie i po dzieciaki. Z nimi spędzam wieczór, a gdy zasną, to siadam do maili i kończę koło godziny pierwszej w nocy. Staram się pilnować, żeby mieć wolny przynajmniej jeden dzień w tygodniu i co jakiś czas chwilę resetu. Nauczyłam się już tak funkcjonować i bardzo mi to pasuje. Zawsze miałam trochę więcej energii niż inni. Większość tego nie rozumie, a niektórych nawet to przeraża... Widzą petardę energetyczną. Zdaję sobie sprawę, że dla osób z mojego otoczenia nie jest łatwe do zaakceptowania to, że idę swoją drogą konsekwentnie, bo wysoko stawiam poprzeczkę. Nie jestem typem osoby, która w kapciach siedzi na kanapie przed telewizorem. W związku z tym całe moje najbliższe otoczenie też jest zmobilizowane (śmiech).

Skoro jesteś tak dobrze zorganizowana, może zdecydujesz się na kolejne dziecko?

- Nie, kolejne już nie (śmiech). Mamy w sumie razem z synkiem mojego męża trójkę dzieciaków. Każdemu trzeba poświęcić choć chwilę każdego dnia tylko z nim sam na sam, żeby czuł, że jest wyjątkowy i najważniejszy. Poza wszystkim dzieciaki dorastają, a to wiąże się z zawożeniem ich na coraz większą liczbę dodatkowych zajęć i organizacją czasu i pracy pod ich kalendarze. Rodzice wiedzą, o czym mówię. Dzieciaki są super i nie ma nic cudowniejszego, ale to ciężka robota być rodzicem w tak pędzącym świecie i niczego nie przegapić i nie zaniedbać.

Magdalena Makuch

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje