Reklama

Reklama

Sylwia Gliwa: Chciałabym zagrać kobietę z innej epoki

Sylwia Gliwa, znana z roli Moniki Zięby w serialu "Na Wspólnej", w którym gra od 13 lat, chciałaby zagrać w filmie kostiumowym kobietę z innej epoki . - Najlepiej taką, która ma misję i przesłanie - mówi PAP Life Gliwa, która warsztat aktorski szlifowała za oceanem.

Paulina Persa: W serialu "Na Wspólnej" gra pani już od 13 lat. Czy ten adres jest dla pani niczym drugi dom?

Sylwia Gliwa: - Na planie serialu jest przemiła atmosfera, wszyscy nie tylko bardzo dobrze się znamy, ale i lubimy oraz szanujemy, dlatego staramy się, żeby w pracy było przyjemnie i radośnie. Jednak nie czuję się tam jak w domu, bo po domu nie chodzę przez dwanaście godzin na wysokich obcasach i nie zmieniam ubrań co godzinę.

Co nowego wydarzy się u pani bohaterki Moniki Zięby?

- Splot pewnych zdarzeń spowoduje, że moja postać przebudzi się, uspokoi i wydorośleje - mam nadzieję, że na dłużej. Monika poniesie konsekwencje swoich okropnych działań i w końcu zacznie myśleć trochę bardziej racjonalnie. To jest etatowa awanturnica i płaczka na zawołanie. Monika to postać bardzo emocjonalna i wybuchowa, a jednocześnie - wrażliwa i uczynna. Wydaje jej się, że kręci całym światem i cały świat jest ustawiony pod nią. Innym razem czuje zaś, że świat jest przeciwko niej.

Reklama

Jak w ogóle gra się pani tę postać, zwłaszcza teraz, kiedy do zagrania jest więcej emocji?

- Bywa ciężko. Kiedy byłam młodsza, nie odczuwałam tego tak bardzo. Umiałam strzepnąć z siebie te nagromadzone przez cały dzień emocje i wychodząc z planu zdjęciowego, zapomnieć o scenach, które grałam. Monika Zięba-Cieślik jest bardzo emocjonalna. Często robi awantury i płacze. Czasem takie sceny nagrywamy przez dwanaście godzin. To nie jest teatr, tylko praca przed kamerą, która widzi dosłownie wszystko. Tutaj nie ma miejsca nawet na odrobinę kłamstwa, muszę pokazać wyłącznie prawdę - tak, żeby uwierzyli w to widzowie. Praca na własnych emocjach jest bardzo trudna.

Zatem jak się pani regeneruje po pracy?

- Po powrocie do domu rzeczywiście muszę mieć 10 minut dla siebie na ochłonięcie. Zmywam makijaż i biorę prysznic. Nie jest to łatwe, zwłaszcza wtedy, gdy ma się malutkie dziecko, które tuż po wejściu przez drzwi wtula się w ramiona. Z drugiej strony, może właśnie dzięki temu zapominam o tym, co działo się "Na Wspólnej".

Ludzie na ulicy mylą panią z Moniką?

- Ostatnio raczej biorą mnie za koleżankę z dawnych lat. Niedawno kobieta w windzie długo na mnie patrzyła, w końcu ją olśniło i z emfazą krzyknęła, niemal rzucając mi się w ramiona: Agnieszka! Myślała, że jestem jej koleżanką z pracy. Ogólnie jednak widzę na ulicach, że ludzie wiedzą, kim jestem i jak się nazywam.

Swój warsztat aktorski szlifowała pani za oceanem. Jak pani trafiła do Lee Strasberg Studio w Nowym Jorku?

- Jako młoda dziewczyna jeździłam za granicę, żeby uczyć się języka angielskiego. Kiedyś byłam w szkole językowej w Nowym Jorku i spotkałam tam człowieka, który opowiedział mi o warsztatach w Lee Strasberg Studio. Chodziłam na nie przez półtora miesiąca. To była bardzo dobra okazja do tego, żeby się otworzyć i popracować w języku angielskim w warunkach scenicznych. Zdecydowanie dobre doświadczenie.

O jakiej roli pani marzy?

- O roli w filmie kostiumowym, historycznym. Bardzo chciałabym zagrać kobietę z innej epoki. Najlepiej taką, która ma misję i przesłanie.


PAP life

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje