Reklama

Reklama

Tak się kochano w dawnej Polsce

Czy nasi przodkowie rzeczywiście żyli tak pobożnie, jak nam się to niekiedy wydaje, a frywolne uciechy i żądze ciała potrafili okiełznać mocą modlitwy i dobrego obyczaju? Czy w dawnej Polsce mogła rozkwitać romantyczna miłość, czy też przeciwnie - musiała ustępować przed głosem rozsądku i siłą pieniądza? O życiu miłosnym, małżeńskim i erotycznym w dawnej Polsce opowiada Agnieszka Lisak, autorka książki "Miłość staropolska".

Izabela Grelowska, INTERIA.PL:  Najpiękniejsza staropolska miłość to, według pani, związek między...

Reklama

Agnieszka Lisak: - W czasach staropolskich niewiele było "pięknej miłości". O zamęściu decydowali rodzice, którzy najpierw oceniali majątek kandydata, jego pochodzenie, własne korzyści płynące z zawarcia związku, a na końcu dopiero inklinacje młodych.  Dopiero na przełomie XVIII i XIX zaczynano coraz częściej liczyć się z ich zdaniem. Bez wątpienia wielką miłością była ta pomiędzy Janem III Sobieskim i Marysieńką. Jeszcze po dwudziestu pięciu latach małżeństwa Marysieńka potrafiła mówić: "Jestem zobowiązana Bogu za to, że dał mi go za męża. Chciałabym w każdej chwili dnia wyrażać mu za to swą wdzięczność" .

Czy to oznacza, że ludzie w dawnej Polsce nie mogli liczyć na szczęśliwy rozkwit romantycznej miłości z finałem na ślubnym kobiercu?

- Generalnie obowiązywała zasada, "najpierw ślub potem poznanie". Czyli podobnie jak dziś w krajach islamu. Inna sprawa to to, że młodzi pragnęli małżeństwa, w szczególności kobiety, którym zawarcie związku zapewniało sporą samodzielność, możliwość zostania panią domu, decydowania o sobie, prowadzenia życia towarzyskiego. Dzięki małżeństwu kobieta wychodziła spod opieki rodziców i stawała się "panią".  Wizja małżeństwa dla wielu wydawała się tak cudowna, że kobieta potrafiła zakochiwać się w partnerze już po kilku dniach. Oczywiście nie można generalizować. Modeli relacji w małżeństwie było kilka (pierwszy opisałam powyżej). Innym razem w zawartym z rozsądku związku nie udawało się przełamać niechęci do końca życia, partnerzy żyli obok, a nie razem. Jeszcze w innych przypadkach, małżonkowie przywykali do siebie i zaczynali funkcjonować zgodnie na zasadzie partnerstwa. Było to o tyle łatwiejsze, że nie szafując słowem "kocham", nie mieli w stosunku do siebie wielkich oczekiwań.

Mam wrażenie, że współcześnie niejednokrotnie to miłość zabija związek. Bywa to bardzo zaborcze uczucie, które sprawia, że zbyt dużo wymagamy od swoich partnerów, którzy przecież mówili, że "kochają". To właśnie pod wpływem miłości, tworzymy sobie wizje idealnych związków, a potem jesteśmy rozczarowani, że nic nie jest takie, na jakie się zapowiadało. Mamy za dużo oczekiwań.  Ale wróćmy do historii.  Kolejny model małżeństwa, było to to zawierane z miłości, za zgodą rodziców, którzy szanowali wolę młodych. Niestety te nie zdarzały się często. I dopiero pod koniec XVIII wieku zaczęły zachodzić tu zmiany na lepsze.    

Czy były warstwy społeczne uprzywilejowane pod tym względem?

- I tu panią zaskoczę. Największą swobodę w wyborze partnera mieli "ludzie luźni": przybłędy, żebracy, prostytutki, wędrowni muzycy, rzezimieszki... Kto nie miał majątku, manier i nazwiska, nie oczekiwał ich od swojego partnera. Tu na porządku dziennym było życie w niezalegalizowanych związkach, wiązanie się z kobietami "z przeszłością", a nawet z nieślubnym dzieckiem . Ten, kto miał na sumieniu własne grzechy, nie interesował się cudzym życiem i tego samego oczekiwał od innych.

Wydaje się, że szczególnie ciężko było królowym. Ale królowie mogli zapewne liczyć na większą swobodę?

- Życie na królewskim dworze, tylko z pozoru było aksamitne. Paradoksalnie to tu najmniej było miejsca na szczęśliwą miłość. O zawarciu związku decydowała konstelacja interesów międzynarodowych. Na porządku dziennym było to, że małżonkowie, pochodzący z różnych krajów, przed zawarciem związku nie znali się wcale. Czasami wcześniej dochodziło do przesłania portretów, które i tak niewiele zmieniały, bo przecież i tak już postanowiono, że związek trzeba zawrzeć. Akt małżeństwa podpisywali pełnomocnicy, po czym małżonka wraz z orszakiem przybywała do obcego sobie kraju. Przy tego typu związkach największą barierą był brak znajomości języka. Prowadzenie konwersacji w obecności tłumacza raczej nie stwarzało atmosfery intymności i nie sprzyjało narodzinom gorącego uczucia. W dodatku zwolenników zbliżenia do zagranicznego dworu poprzez mariaż było z reguły tylu, ilu jego przeciwników. Niejednokrotnie uciekano się do najbardziej niegodziwych środków, nawet takich jak knucie intryg pomiędzy królewską parą. Gdy każda rozmowa monarchów wymagała pośrednictwa osób trzecich - było to wyjątkowo łatwe. Tylko od uczciwości i rzetelności tłumacza zależało to, co ostatecznie trafiło do królewskich uszu.

Zawieranie związków małżeńskich i tych z miłości i tych z rozsądku, nie było chyba tak pełne uroku jak nam się nie raz wydaje. Niektóre obyczaje np. pokładziny w dzisiejszych czasach budzą co najmniej niemiłe odczucia...

- Dokładnie tak. W bogatych rodach zawarcie związku poprzedzały często bezpardonowe targi o majątek, a ich efektem było spisywanie w tzw. kontraktów przedmałżeńskich. Prowadziły je oczywiście rodziny, a nie młodzi, ci ostatni bowiem najmniej mieli do powiedzenia w sprawie swojego ożenku. Zdarzało się, że stosunkowo błaha rzecz, jakiś pierścień czy krzyż, co do których nie było zgody, doprowadzały do zerwania negocjacji.  

Nie mniejsze zdumienie może wywoływać instytucja pokładzin. W przypadku, gdy zawarcie związku było efektem knowań rodzinnych, czy też interesów międzynarodowych, do skonsumowania związku podchodzono śmiertelnie poważnie. Był to ostatni akt, którego dopełnienie czyniło związek nieodwracalnym. Nie była to sfera prywatna małżonków, noc poślubna stawała się sprawą wagi niemal publicznej. Młodych do alkowy odprowadzało grono rozbawionych weselników. Korespondent Nipszyc taki pisał na temat nocy poślubnej Jana Zapolyi i Izabeli Jagiellonki: "odbył dziś w Szekesfehervar pokładziny, nikt o niczym nie wiedział, około godziny przez wieczorem przysłano po nas i nakazano przyjść na dwór - król odbędzie pokładziny" . Proszę sobie wyobrazić, jak w takich realiach musiała się czuć kobieta.

Podczas ceremonii pokładzin kobietę traktowano raczej instrumentalnie. Niestety, staropolski Amor nie należał do najbardziej wyrafinowanych. Miłość traktowano jak jedzenie - ceniono prostotę, obfitość, unikano zbędnych ceregieli.

 A jak było w dawnej Polsce z ars amandi? Czy są jakieś dane na ten temat?

- Życie w Polsce przedrozbiorowej ocenia się jako pełne pruderii, co nie jest zgodne z prawdą. Postrzegamy je przez pryzmat wieku XIX, który faktycznie do wyuzdanych nie należał, przynajmniej w naszym kraju. Do XIX wieku miłość fizyczna uprawiana w małżeństwie bynajmniej nie była grzechem. Traktowano ją jako wzajemny obowiązek i "oddawanie sobie długu". Męska natura wykazywała w tym kierunku naturalne skłonności. Z kobietami - podobnie jak dziś - bywało różnie. Rygorystyczne, religijne wychowywanie sprawiało, że nie zawsze potrafiły one zapłonąć żarem prawdziwej namiętności i przekształcić się w alkowie w drapieżne kochanki. Nie było skąd czerpać takich wzorów. Gdy wzajemne pożycie szwankowało, mąż szukał ujścia wśród służących, chłopek, prostytutek. Doskonałą okazją do zaspokojenia popędu były wojny. W przypadku ludności podbitej, gwałty na kobietach były na porządku dziennym. A po kilku latach wojaczki pan szlachcic wracał do domu, by odgrywać w nim rolę potulnego męża. Jednym słowem w całej rozciągłości obowiązywała zasada, by czynić to najświętobliwiej z żoną i najrozpustniej z nierządnicą.   

Mówi się, że plagą obecnych czasów są rozwody i zdrady. A jak było z trwałością małżeństwa staropolskiego?

- Rozwody były rzadkością do XVIII, choć nie można powiedzieć, że nie zdarzały się wcale. Należy zauważyć, że inne było wtedy znaczenie tego słowa. Prawo kościelne nie dopuszczało rozwodów. Za to znana była w nim instytucja stwierdzenia nieważności małżeństwa. Przyczyn mogących doprowadzić do unieważnienia było całkiem sporo, należały do nich: działanie pod wpływem błędu co do osoby, błędu co do stanu małżonka, przymusu, impotencja, uprowadzenie kobiety wbrew jej woli, choroba psychiczna... . Z czasem zaczęto nadużywać tej instytucji, pomagając sobie sakiewką i stała się ona niejako odpowiednikiem rozwodu. W drugiej połowie XVIII wieku rosnąca swoboda obyczajowa sprawiła, że wcześniejsze zakończenie związku przestało być sprawą wstydliwą.

A co sprawiało, że wcześniej "rozwodów" nie było tak wiele?

- Po pierwsze brak samodzielności finansowej po stronie kobiety. Należy pamiętać o tym, że kobiety z wyższych sfer nie miały zawodów, uzależnione były ekonomicznie od swych mężów i zdane na ich łaskę. To właśnie małżeństwo zabezpieczało kobietę przed biedą. Nie łatwo było więc odejść, by zostać samej. Po drugie sposób wychowania. Przyuczanie od najmłodszych lat do uległości  sprawiało, że kobietom z trudem przychodziło podejmowanie samodzielnych decyzji. Zdecydowanie częściej godziły się one ze swym losem. Przyjmowały bierną postawę wobec nieszczęść.

Czasami wyobrażamy sobie, że nasi przodkowie żyli bardzo pobożnie, a obyczaje były lepsze. Czy to są słuszne poglądy?

- Nic bardziej mylnego. Postrzegamy przeszłość przez pryzmat dawnych przepisów, kazań, surowych norma obyczajowych. Doktryny kościelnej raczej mało kto przestrzegał. Liczne nakazy, kary, kazania, podczas których straszono ogniem piekielnym, świadczą przede wszystkim o tym, że było kogo i z czego nawracać. W dodatku sankcje w znacznej mierze były karami "na papierze". Sądzę, że każdemu z nas znane jest zjawisko prawa, którego nikt nie egzekwuje. Wtedy było podobnie. Nie wyciągajmy więc na jego podstawie zbyt pochopnych wniosków o tamtych czasach. 

Zapraszamy na Targi Książki w Krakowie, gdzie 26.10.2013 roku o godzinie 15-stej Agnieszka Lisak będzie podpisywać swoje książki.



Dowiedz się więcej na temat: Polska | książka | Izabela Grelowska

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje