Reklama

Reklama

Tomasz Karolak: Już się wyszalałem

Popularny aktor odkrywa uroki rodzinnego życia i oswaja się z myślą o ślubie. „Chcę, aby moje dzieci wyszły na ludzi”, mówi w rozmowie z SHOW. Oto nowy Tomasz Karolak!

SHOW: W drugiej części "Listów do M.", która właśnie wchodzi do kin, wątek twojej postaci jest najważniejszy.

Reklama

Tomasz Karolak: - Ale to zasługa nie tylko moja, bo mały Mateuszek (Winek - przyp. red.), z którym gram, wykonał świetną robotę. Generalnie bardzo ciężko kręci się sequele. Amerykanie to potrafią, a u nas to nie zawsze wychodzi. W przypadku "Listów do M2" była o tyle ciekawa sytuacja, że drugą cześć stworzył inny reżyser. Maciej Dejczer uznał chyba, że ja się do tej roli wyjątkowo nadaję. I to nie tylko ze względu na komediowość, którą posiadam.

Dlaczego ta postać jest ci bliska?

- Mój bohater ma czteroletniego syna, ale nie mieszka z nim, bo związek z matką chłopca kompletnie mu nie wyszedł. Akcja toczy się podczas Bożego Narodzenia i obserwujemy ciężką próbę miłości ojca do syna. Mój bohater, Mel, stara się udowodnić synowi, że nie jest świętym mikołajem, tylko prawdziwym ojcem. Mimo tych wysiłków chłopiec cały czas jest przekonany, że ma do czynienia tylko ze świętym mikołajem. Mel musi więc emocjonalnie nadrobić z nim stracony czas. Powiem szczerze, że zarówno Maciek Dejczer, jak też ja sam, znamy te wszystkie dylematy z naszego prywatnego życia. Być może dlatego tak nam się dobrze pracowało. Film jest komedią, ale podoba mi się, że jest w nim także głębia. Postaci są solidnie ugruntowane psychologicznie, a moja rola nie polega tylko na robieniu głupich min.

Znowu grasz z Małgorzatą Kożuchowską.

- Tak, ale tym razem Małgosia nie występuje w roli, do której nas przyzwyczaiła. Nie jest wielką gwiazdą, tylko kurą domową. Myślę, że to było dla niej dość ciekawe zadanie.

Podobno sam kiedyś dorabiałeś jako święty mikołaj.

- Tak. Byłem wtedy aktorem bardzo dobrych teatrów, czyli nie miałem z czego żyć (śmiech). W każde Boże Narodzenie zakładałem strój mikołaja i to był dla mnie okres żniw. Pracowałem w przedszkolach, na prywatnych imprezach, ale nie są mi obce także galerie handlowe. To jest część mojego życia i nie wstydzę się jej.

Zaciskałeś wtedy zęby i mówiłeś sobie: "Ja wam jeszcze kiedyś pokażę"?

- Idąc do szkoły teatralnej, wiedziałem na co się porywam. Nie jestem przecież typem amanta, którego ze względu na urodę rozchwytują reżyserzy. Należę do aktorów charakterystycznych. Wiedziałem, że będę musiał dorabiać w warunkach, które normalnemu artyście zazwyczaj uwłaczają. Przebierając się na imprezy, widziałem swoją drogę, którą muszę przejść, chcąc kiedyś spełniać marzenia. A praca mikołaja tylko z pozoru wydaje się taka zabawna. Po kilku godzinach dochodziłem do momentu, kiedy te wszystkie dzieci doprowadzały mnie do szału. Zdarzało mi się nawet powiedzieć do nich: "Albo natychmiast przestaniesz się drzeć, albo prezentu nie dostaniesz i odeślę cię do matki!". O dziwo, to skutkowało, bo dzieci są bardzo inteligentne i wiedzą, co zrobić, aby osiągnąć swój cel. Już wtedy zrozumiałem, że w pewnych kwestiach do maluchów trzeba podchodzić jak do dorosłych.

Dzisiaj też bywasz świętym mikołajem w swoim domu?

- Byłem nim w ostatnią Wigilię. Mój syn Leon potwornie się mnie przestraszył. Darł się wniebogłosy i nie mógł się za żadne skarby uspokoić. Lena miała dwie minuty niepewności, ale później poznała mnie po spodniach, które było widać pod mikołajową sukmaną. Moją córkę niełatwo wyprowadzić w pole! Lena właśnie skończyła osiem lat.

Zaczyna zadawać trudne pytania?

- No pewnie. Każdy z rodziców wie, że ośmiolatka to już nie jest małe dziecko, ale po prostu dziewczyna. Lena zadaje mi bardzo trudne filozoficzne pytania o byt. Nie sposób się tak łatwo od nich wykręcić. Ostatnio na przykład usłyszałem: "Czy to prawda, że dusze czekają w kolejce na to, żeby się narodzić?", "Czy już kiedyś się spotkaliśmy, zanim przyszliśmy na świat?, "Dlaczego ja pojawiłam się na tym świecie wcześniej?". Sam widzisz, że trzeba się trochę natrudzić, żeby odpowiedzieć na to wyczerpująco. Oprócz tego Lena uwielbia się przekomarzać i gadać ze mną dla samego gadania.

Wciąż chcesz zrealizować plan wspólnej podróży z Leną do Izraela, o której kiedyś mówiłeś?

- Cieszę się, że udało mi się zaszczepić w niej świadomość, że na świecie są ludzie mający zupełnie inny styl życia niż my. Lena uwielbia zwiedzać, a podróże stały się rytuałami zarezerwowanymi tylko dla nas. Byliśmy już razem w górach, a także zwiedzaliśmy we dwójkę Berlin. Bardzo dużo ze sobą rozmawiamy, a Lena ma mnóstwo spostrzeżeń. Na przykład ostatnio doszła do wniosku, że szkoła właściwie jest jej niepotrzebna, ewentualnie może do niej chodzić na maksymalnie trzy godziny dziennie (śmiech). Nie jest łatwo wytłumaczyć dziecku, że nauka to obowiązek dla wszystkich. Posiłkuję się nowelkami Konopnickiej albo Bolesława Prusa, żeby ją trochę przekonać, jak ważna jest szkoła. Lena jest bardzo zdolna, ma bardzo dobrą pamięć. Precyzyjnie potrafi odtworzyć wszystko, co się działo w jej życiu cztery lata temu, kiedy była małym dzieckiem.

Nie wiedziałem, że potrafisz być takim cierpliwym ojcem.

- Może dlatego, że jestem tatą po czterdziestce. Myślę, że człowiek ma wtedy w sobie więcej cierpliwości niż tata małolat.

Czy Lena już robi ci śniadania?

- Nie można tego wymagać od ośmioletniego dziecka. U nas w domu, tak jak pewnie w innych polskich rodzinach są pewne rytuały, których się trzymamy. Śniadanie robi Viola, ale nie jest to śniadanie do łóżka, bo nie cierpię okruchów. Ja za to odbieram Lenę ze szkoły, później jedziemy na obiad.

Podobno masz już prezent na 18. urodziny Leona. Słyszałem, że to wyjątkowy samochód.

- Zostało mi jeszcze parę starych, kolekcjonerskich wozów. Nie będę ich sprzedawał, wolałem je własnoręcznie wyremontować. Kiedyś przyjdzie taki moment, że zarówno Lenka jak i Leoś dostaną je ode mnie w prezencie.

Leon zaczął już mówić?

- Na razie składa pierwsze zdania. Jest w tym niezwykle śmieszny, ale też bardzo wzruszający. Nie odkryję tutaj żadnej filozofii - dzieciaki są największym skarbem i diametralnie zmieniły moje życie. Odkąd mieszkam z Violą i dziećmi, potrafię się cieszyć z nowych rzeczy. Na przykład wręcz nie mogę się doczekać wieczorów, kiedy siadam z gitarą i śpiewam dzieciom piosenki.

Śpiewasz im przeboje swojej kapeli Pączki w tłuszczu?

- Swoje też. Piosenka "Zabiorę cię właśnie tam" bardzo się w domu podoba. Ale obecnie Leon woli dziecięcą klasykę, czyli "Panie Janie, panie Janie", której się nauczył w przedszkolu.

Ile zostało w tobie dawnego Tomka Karolaka?

- Wciąż przynajmniej raz w roku muszę gdzieś wyjechać zupełnie sam. Poszukać czegoś ciekawego, wejść w inny świat, aby z przyjemnością później wrócić do tego własnego.

Mimo zawirowań wciąż ci się układa w życiu zawodowym. W przyszłym roku wchodzi do kin kolejny film z tobą - "Planeta singli".

- Reżyserem jest Mitja Okorn. To było dla mnie bardzo fajne spotkanie filmowe z Weroniką Książkiewicz, partnerką Mitii. Zagraliśmy małżeństwo pod okiem jej chłopaka. Łatwo nie było. Weronika w ogóle nie miała lekko, bo Mitija bardzo uważał, żeby nikt nie pomyślał, że daje fory swojej dziewczynie.

Zadebiutowałeś też w Bollywood.

- To była koprodukcja. Premiera była ciągle przesuwana, bo film wzbudza ostre kontrowersje religijne, było nawet zagrożenie zamachem terrorystycznym. To film mówiący o tym, że fanatyzm religijny jest zły. Jedna z postaci jest hinduistą, a druga muzułmaninem. Dziś film ma zakaz wyświetlania w muzułmańskim Pakistanie.

Jak oceniasz ten rok?

- Dał mi dużo do myślenia. Był przełomowy w paru kwestiach. Po raz kolejny nauczyłem się, że trzeba mieć do ludzi ograniczone zaufanie, a w życiu należy być asertywnym. Na szczęście mój teatr IMKA ma wielu przyjaciół i świetną publiczność. Czy udało nam się go uratować? Chciałbym móc o tym powiedzieć w sylwestra. Na razie wznawiamy najbardziej lubiane spektakle. Zagramy "Generała", "Dziady", a w grudniu "Momotaro" i "Dzienniki" Gombrowicza.

Byli tacy, którzy postawili już na IMCE krzyżyk.

- Na szczęście zawsze mogłem polegać na sprawdzonych przyjaciołach - na Piotrze Adamczyku, Mikołaju Grabowskim, Iwonie Bielskiej, Janie Peszku czy Magdzie Boczarskiej i Magdzie Cieleckiej. Wszyscy stali przy mnie, kiedy IMKA zawiesiła swoją działalność. Ja nigdy nie wątpiłem, że mi się uda. Będę dalej walczył o wyższe cele.

Nigdy nie pomyślałeś: "Po co mi to wszystko"?

- Nigdy. Swojego teatru zawsze będę bronił rękami i nogami. Wiem, że ludzie są dzisiaj zajęci głównie przetrwaniem od pierwszego do pierwszego. Ale w tym całym zwariowaniu trzeba znaleźć miejsce na sztukę wyższą, a nas artystów nie wolno traktować jak jakichś darmozjadów. Niektórzy myślą, że zawód aktora to tylko wygłupianie się, granie w serialach i odcinanie kuponów od popularności. A tak naprawdę gra w serialu, filmie czy teatrze to ciężka harówa.

W jaki sposób się odstresowujesz?

- Ostatnio na przykład na nowo odkrywam Kraków, gdzie studiowałem. Po moich licznych podróżach po świecie znowu jestem pod urokiem tego, co można zobaczyć w Polsce. Chodzę po krakowskich krużgankach i kościołach, odkrywam te miejsca na nowo. Uważam, że każdy powinien znaleźć czas, by pójść do kościoła i poszukać tam wyciszenia. Wróciłem też na ring i znowu boksuję pod okiem Pawła Skrzecza. Wycisk, który tam sobie daję, bardzo mnie uspokaja.

Jak ci się układa z Violą?

- Super! Udało nam się dotrzeć, dojrzeliśmy do bycia razem, chociaż między takimi charakterami jak nasze zawsze będzie iskrzyć. Mamy teraz nadrzędne cele, postanowiliśmy je wspólnie realizować. Chcemy, żeby nasze dzieci wyszły na ludzi. To nas teraz głównie zajmuje. Już się oboje wyszaleliśmy.

Będzie ślub?

- Może i będzie. Ale na pewno w tajemnicy, a media poinformujemy o nim dopiero po fakcie.

Oskar Maya

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje