Reklama

Reklama

Wciąż noszę w sobie bombę!

Jest mistrzem powrotów, zna swoją wartość i nie boi się przyznać do porażki! W "The Voice of Poland" zaprzyjaźnił się z Nergalem. Nam mówi, czy nie jest o niego zazdrosny.

Wiem, że prywatnie bardzo lubicie się z Adamem Darskim. Ale przyznaj... Nie drażni cię czasem?
Andrzej Piaseczny: - W programie Adam jest grzeczny jak pszczółka Maja. Zdaję sobie sprawę, że ludzi ocenia się nie tylko według ich zachowania. Istotne też jest, co robią w życiu, jaki mają światopogląd i jak go formułują. Lubię Adama, gdy spotykamy się twarzą w twarz. Ale jednocześnie nie akceptuję pewnych rzeczy, które on robi.

- Swoją drogą całe to zamieszanie i pytania o Adama wydają mi się nieco śmieszne. Tak jakby w tym programie nie było np. Ani Dąbrowskiej. Proszę wybaczyć, ale jej piosenki są dla mnie źródłem znacznie większych emocji i przeżyć niż to, jak ubiera się mój szanowny kolega.

Reklama

Mówisz mu o tym wprost?
- Tak, mówię. Ale z nim nie wojuję. W relacjach z ludźmi ważny jest rozsądek. Kiedy w jednym z tygodników czytałem wywiad z Adamem, który oburzył wiele osób, doszedłem do wniosku, że jest to mimo wszystko bardzo dobra rozmowa. W wielu miejscach nie zgadzałem się z nim, ale ważny jest sam fakt wymiany poglądów.

- Musimy pamiętać, że Darski jest prowokatorem. Jego osobowość artystyczna nie musi mieć wiele wspólnego z rzeczywistością. W życiu prywatnym Adam jest inny niż na scenie i w telewizji. Gdybyśmy mieli w Polsce z takim samym zacięciem i powagą oceniać postawy innych artystów, to trzeba byłoby wykopać z grobu Monty Pythona...

Mówisz o Adamie tak spokojnie. A w pewnym sensie zajął on twoje miejsce w sercach widowni - zwłaszcza nastolatek. Kiedyś to ty byłeś idolem, do którego wzdychały. Nie jesteś zazdrosny?
- Nigdy nie przepadałem za tłumami. Lubię je, kiedy jestem na scenie, wtedy mnie dopingują. Natomiast gdy schodzę z estrady, wolę spokój. Zresztą po pierwszej fali popularności przez wiele lat żyłem w cieniu. I ta popularność, gdy "zadebiutowałem" po raz drugi, wcale nie była szczególnie uciążliwa.

- Tak to już jest w Polsce, że nie ma u nas prawdziwych gwiazd. Choć niektórzy artyści uważają inaczej... Co chwilę przychodzą następni i następni, i na nich kieruje się uwaga mediów. Uważasz, że Adam został idolem nastolatek? Ciekawe, co o tym myśli on sam i jak sobie z tym poradzi.

Chyba trochę kokietujesz. Od 2005 roku, kiedy wygrałeś Sopot Festival, jesteś w show-biznesie, nagrywasz płyty, koncertujesz, teraz zasiadasz w jury popularnego show.
- Tak. Ale też jestem już czterdziestoletnim facetem i chciałbym wreszcie usiąść dłużej przy jednym stole, zagrzać miejsce...

Rozmawiam z człowiekiem, który potrzebuje wyciszenia, więcej refleksji?
- Bez przesady (śmiech). Wciąż noszę w sobie nierozbrojoną bombę! Ale z całą pewnością mam dziś ochotę przyglądać się wszystkiemu nieco dłużej.

Azylem jest chyba dla ciebie dom pod Kielcami, prawda?
- To jest rzeczywiście azyl.

Kolekcjonujesz tam stare meble. Podobno sprowadzałeś je z Chin całymi wagonami...
- Kolekcjonuję to zbyt duże słowo. Ale mam potrzebę gromadzenia przedmiotów z duszą. Nie korzystam z pomocy innych przy urządzaniu wnętrz. Uważam, że takie rzeczy człowiek powinien robić sam. Każdy powinien mieć umiejętność tworzenia wokół siebie przestrzeni, w której będzie się czuł dobrze. I do której będzie zapraszać innych ludzi.

Co jest charakterystycznego w tej twojej przestrzeni?
- Od jakiegoś czasu lubię stare zegary. Mam ich kilka w różnych zakątkach domu. Od pewnego czasu nie przeszkadza mi nawet, że głośno biją. Zacząłem wyczekiwać tych momentów...

Azyl azylem, ale podobno kupiłeś także mieszkanie w Warszawie?
- Przez 15 lat wynajmowałem mieszkanie, ale pomyślałem, że czas na coś własnego. Nie wyobrażam sobie, żeby żyć dłużej w wynajmowanych pokojach...

W Warszawie masz nagrania do "The Voice of Poland". Ta edycja niebawem dobiega końca. Czy zobaczymy cię w kolejnej?
- Nie wiadomo, czy będzie kontynuacja. Ponadto program dużo mnie kosztuje. Praca z uczestnikami jest naprawdę wyczerpująca. Zresztą dla nich to również wydatek energetyczny. Gdyby 15 lat temu ktoś dawał mi podobne wskazówki, jakie ja daję tym młodym ludziom, też bym nie wierzył i się wściekał (śmiech).

Właściwie po co ci było "The Voice of Poland"? Przecież masz stałą pozycję w show-biznesie.
- Zimą trzeba jakoś wypełnić czas (śmiech).

Długo myślałeś, zanim przyjąłeś propozycję?
- Najważniejsze było dla mnie, obok kogo będę siedział w jury - nad tym zastanawiałem się najdłużej.

Potrafisz wybierać, powiedzieć, kto się nadaje do show-biznesu, a kto nie?
- To bardzo trudne. Na początku wydawało mi się, że to tylko zabawa, ale pojawiła się też odpowiedzialność. Powiedziałem mojej grupie: "Musicie wiedzieć, że program daje tylko pewne możliwości, ale nie gwarantuje sukcesu". Nie wolno nikogo mamić tekstami, że to jedyna szansa na karierę. Ania Dąbrowska nie wygrała "Idola", a odniosła sukces. Wszystko dlatego, że ma osobowość sceniczną, ciekawą wrażliwość i repertuar.

Chcesz powiedzieć, że droga do sukcesu nie jest łatwa? Ty byłeś na szczycie, gdy w 2001 roku wystąpiłeś na Eurowizji, ale potem zniknąłeś na 4 lata...
- To była najpiękniejsza lekcja pokory, jaką mogłem dostać. Baty były wyjątkowo bolesne i potrzebne. I myślę, że dlatego potrafię dziś dobrze doradzać uczestnikom "The Voice of Poland".

Baty są dawno za tobą, tymczasem zdobywasz kolejne wyróżnienia. Gratuluję Wiktora w kategorii "gwiazda estrady i piosenki". Nagrody robią jeszcze na tobie wrażenie?
- Podchwytliwe pytanie, bo człowiek jest istotą pełną pychy. Z drugiej strony, duża liczba nagród sprawia, że głód mija... Są takie, które nigdy nie nadchodzą, i takie, na które czekało się całe życie. Kto wie, czy Wiktor nie jest właśnie takim wyróżnieniem, na które czekałem bardzo długo...

Wiktor jest też wyróżnieniem dla Seweryna Krajewskiego. To ty odzyskałeś go dla świata muzyki.
- To nieczęsta sytuacja, kiedy artyści różnych pokoleń potrafią dobrze współpracować. Seweryn robi tylko te rzeczy, na które ma ochotę. A resztę czasu spędza u siebie w lesie. I wydaje mi się, że znów zaczął się do tego lasu wycofywać, uciekać w swoje zacisze... Jestem ogromnie szczęśliwy, że przytrafiła mi się przygoda współpracy z nim.

Który z licznych duetów najlepiej wspominasz?
-Każdą z osób, z którymi nagrywałem, wspominam świetnie. Tym bardziej że w większości byli to artyści starsi ode mnie. Nazwiska! Kiedy zaśpiewałem z Ewą Bem, pomyślałem: "Przecież widziałem ją na koncercie, kiedy miałem siedem lat, i wtedy ta muzyka była mi zupełnie obca"! Krzysztof Krawczyk? Pamiętam płytę, którą przyniósł z pracy mój ojciec... Jako chłopak nie marzyłem, że będę kiedyś pracować z Krawczykiem. Tak samo było z Lady Pank.

Jest jeszcze ktoś, z kim chciałbyś nagrać album?
- Zastanowię się nad tym za jakiś czas. Za chwilę ukaże się moja nowa płyta "To co dobre" - teraz zajmuje mi wszystkie myśli. Jestem z niej wyjątkowo zadowolony, chociaż w dużej mierze jest ona efektem eksperymentu muzycznego. Już niebawem przekonam się, czy moje zdanie podzielają odbiorcy. Jak zwykle trochę się obawiam...

Oskar Maya

Nowy większy SHOW - elegancki magazyn o gwiazdach! Jeszcze więcej stron, więcej gwiazd i tematów! Więcej przeczytasz w najnowszym wydaniu magazynu, w sprzedaży od 21 listopada!

Show

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje