Reklama

Reklama

Wellman: Trzeba ciężko pracować i nie oczekiwać nagłego sukcesu

- Ciężko pracować i nie oczekiwać nagłego sukcesu - odpowiada Dorota Wellman na pytanie zawarte w swojej najnowszej książce "Jak zostać zwierzem telewizyjnym?". Choć wcale nie chciała być dziennikarką telewizyjną, a reżyserką filmową, czuje się spełniona.

Pani najnowsza książka to "Jak zostać zwierzem telewizyjnym?". Jak brzmi odpowiedź na pytanie zawarte w tym tytule?

Dorota Wellman:  - Ciężko pracować i nie oczekiwać nagłego sukcesu. Tylko pracą dochodzi się do tego, żeby być zwierzem.

Jakie zwierze w pani drzemie?

- Myślę, że jestem dużym, drapieżnym kocurem, bo kiedy drapie się mnie za uchem to jestem bardzo sympatyczna i mruczę. A czasami mam taki pazur, że potrafię nieźle przyłożyć. Natomiast wydaje mi się też, że mam miękkie wnętrze, które jest wrażliwe na ludzką krzywdę. Jestem empatyczna wobec ludzi. Więc ze mnie to jest taki dziki kot, ale trochę udomowiony.

Reklama

A jakim zwierzem określiłaby pani Marcina Prokopa, któremu dedykuje pani tę książkę?

- Marcin jest mrówkojadem albo zwierzęciem kiwi z Australii albo jeszcze innym dziwadłem, bo jego nie da się włożyć w żadne ramy (śmiech). Nie jestem w stanie powiedzieć, jakie to zwierzę. Na pewno dziwne. Wzrostem pewnie przypomina żyrafę, ale Marcin jest absolutnie dziki i szalony, a nie spokojny jak żyrafa. Myślę, że Marcin ma wiele zwierząt w sobie - zarówno tych dzikich, jak i łagodnych, szalonych, pięknych i wielkich. To jest naprawdę świetna postać telewizyjna, człowiek wielu talentów.

Czy taka szara myszka, która - za pani radą - będzie ciężko pracowała ma szansę stać się takim telewizyjnym lwem?

- Może nie lwem, a tygrysem. Szara myszka może robić świetny program i wtedy być zwierzem telewizyjnym. Zwierzę to nie tylko agresywność, nie tylko mocna osobowość, ale także uparte dążenie do celu, bieg bez końca, jak u pantery, żeby osiągnąć cel. Każdy ma szansę, żeby z szarej myszy przerodzić się w mocnego kota z pazurem. A praca jest najlepszym sposobem na karierę telewizyjną.

Pani wcale nie chciała być dziennikarką telewizyjną...

 - W ogóle nie miałam takiego zamiaru. Miałam zupełnie inne plany. Co prawda, wychowałam się w środowisku dziennikarskim ze względu na pracę mojej mamy, ale chciałam być reżyserem filmowym. Chciałam robić filmy fabularne i pokazywać ludzki świat i ludzkie emocje. Takie było moje marzenie. Teraz też to robię tylko bez filmu.

Mimo tego przypadku, jest pani spełniona zawodowa?

- Bardzo. Myślę, że w wielu wypadkach przypadki dużo lepiej działają niż zamierzone działanie.

Czego pani życzyć na dalszej drodze zawodowej?

- Nowych wyzwań. Uważam, że zawód dziennikarza jest jak zawód lekarza - trzeba się non stop rozwijać i non stop uczyć. Choć niby osiągnęłam już dużo, moim zdaniem to wciąż jest mało. I nie mówię tu o szeroko rozumianej karierze, o doświadczeniu zawodowym. Ja chcę jeszcze, chcę jeszcze się uczyć, chcę czegoś nowego. Nie umiem wszystkiego i w pełni zdaję sobie z tego sprawę. Chcę więcej, ale więcej się nauczyć, a nie mieć więcej mieć pieniędzy. Chcę robić więcej programów, chcę się nieustannie uczyć, bo ciągle mam taką zachłanność i ciekawość w tym zawodzie.

Jakiś konkretny wytyczony cel?

- Konkret rzeczywiście jest. To najbliższy program, który będę robić i który jest diametralnie różny od tego, co robiłam do tej pory. Myślę, że będzie dużym zaskoczeniem i w związku z tym wymaga ode mnie innej pracy, bo dotyczy zupełnie nowej dziedziny. Tyle mogę powiedzieć na dziś, bo inaczej by mi głowę ukręcili (śmiech). Proszę za mnie trzymać kciuki.


PAP life

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje