Reklama

Reklama

Strach ma wielkie oczy

Najpierw była niepewność, oczekiwanie na różową kreskę w teście ciążowym, słynna zmienność nastrojów i równie słynne poranne mdłości. Radość mieszała się z przygnębieniem. No i strach...

Dziewięć miesięcy minęło jak z bicza trzasł. Ogromnymi krokami zbliżała się godzina zero. Na stoliku nocnym tony pism i poradników na temat porodu, skończony kurs w szkole rodzenia, mąż zwarty i gotowy nie dający poznać po sobie, że lekko panikuje. Jeszcze spotkania z przyjaciółmi, załatwianie pilnych spraw, żeby jakoś przetrwać ten ostatni tydzień... W sumie jest OK, chociaż jestem już bardzo zmęczona.

I nagle niespodziewanie - bo przecież jeszcze tydzień - mam wrażenie, że zaczynają odchodzić wody. Oczywiście w samym środku nocy... Spokojny do tej pory mąż musi zapalić, ja gryzę wargi ze zdenerwowania. Spakowana torba już od tygodnia czeka. Mimo zapewnień położnych ze szkoły rodzenia, wcale nie jestem pewna, czy to już... więc jedziemy na wszelki wypadek.

Reklama

Na miejscu lekarz stwierdza, że to jeszcze nie to i postanawia zostawić mnie na obserwacji. Spędzamy resztę nocy w sali porodów rodzinnych czekając, że coś zacznie się dziać. Jednak mąż, który ma mi towarzyszyć podczas porodu, może jeszcze wrócić do domu.

Mija leniwie dzień mojego przewracania się na szpitalnym łóżku z boku na bok. Nocą czuję lekkie bóle. Z godziny na godzinę nasilają się - pamiętam słowa lekarza, że kiedy zacznie boleć regularnie co 10 minut - mam się zbierać do szpitala. Informuję więc o tym położną, która mnie uspokaja. Kiedy jednak przychodzi po 10 minutach, zbiera moje rzeczy, przenosi do sali porodów rodzinnych i składa propozycję nie do odrzucenia - dzwonić po męża. Skurcze są coraz częstsze.

Do miłego i przytulnego pokoiku przychodzi przemiła kobieta - Jagoda (dopiero z pieczątki na wypisie ze szpitala dowiaduję się, że to lekarz), która masuje mi plecy, zagaduje w oczekiwaniu na przyjazd przyszłego tatusia. Boli. Bardzo boli. Czas wlecze się niemiłosiernie. Mijają wieki, które w rzeczywistości okazują się dwoma kwadransami. Wpada mąż - do dziś śmieje się, że jak kawleria wkroczył w ostatniej chwili. Jagoda proponuje, żebym zrobiła sobie ciepły prysznic. W drodze od łóżka do łazienki okazuje się jednak, że to już. Czuję bóle parte. Muszę iść na fotel.

Boli. Jestem jednym wielkim bólem. Nic innego do mnie nie dociera, nic mnie nie obchodzi, tylko to, że boli. Wdech. Przyj. Mój świat to teraz tylko te dwa słowa. Boli.

- K..., zaraz umrę! - krzyczę, - K..., na to się nie umiera...- odpowiada Jagoda podając mi wodę.

Nie mam już siły. To wszystko trwa wieki( cała wieczność zmieściła się w tych 15 minutach na fotelu...), nie wytrzymam dłużej. Nie mogę już przeć, zaraz coś mnie rozerwie. - Teraz! - krzyczy Jagoda... Krzyk. Nie mój.

- Syn. Ktoś kładzie na mojej piersi dziecko. Moje dziecko. Mogę je przytulić, pierwszy raz dotknąć. Już nie boli. A ono takie maleńkie. Szczęśliwy tata przecina pępowinę. Ważenie, mierzenie i już mogę pójść do pokoju z maleństwem.

Bolał. Bardzo bolało. Tańczyłam, modliłam się w przerwach między skurczami. Myślałam, że to jest ponad moje możliwości. Położna powiedziała mi, że każdy dostaje taki ból, jaki jest w stanie wytrzymać. Dziś wiem, że to ból, który da się przeżyć i że większy jest strach przed nieznanym. Pewnie miałam szczęście bo i poród krótki (w sumie niewiele ponad godzinę od regularnych skurczy co 10 minut) i personel miły. Wiem też, że każda kobieta się boi, że każdą boli i żadnej z was nie uspokoją słowa, pamiętajcie jednak, że nie jest tak strasznie, jak sobie to wyobrażamy a strach ma wielkie oczy.

Wszystko o porodzie

INTERIA.PL
Dowiedz się więcej na temat: dziecko | oczy | strach

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje