Reklama

Reklama

Dzieci nie boją się Dia de los Muertos

- Gdy Meksykanie chcą spotkać swoich bliskich zmarłych przynoszą na cmentarz koce oraz krzesła i zostają tam na długie godziny, aby rozmawiać i wspominać tych, którzy odeszli. Nierzadko zabierają ze sobą gitary i tequilę. I to jest naprawdę wzruszający widok, bo wydaje się jakby rzeczywiście byli tam wszyscy razem - mówi Agata Pietrzak, psycholog, autorka publikacji naukowych, Polka mieszkająca w Meksyku.

Aleksandra Bujas, Interia.pl: Meksykańskie obchody Dia de los Muertos na pozór w niczym nie przypominają polskich tradycji związanych z Uroczystością Wszystkich Świętych i Dniem Zadusznym. Rzeczywiście są to tak radosne święta? A może to taka radość z cieniem, bo towarzyszy jej cień śmierci?

Reklama

Agata Pietrzak: - Mówi się, że Dia de los Muertos w Meksyku są bardziej radosne niż nasze Boże Narodzenie, sylwester i Śmigus Dyngus razem wzięte (śmiech).

- Meksykanie wierzą, że 1 i 2 listopada to dwa dni w roku podczas których zmarli mogą wrócić na ziemię, by odwiedzić bliskich i wspólnie świętować. Jest to więc czas długo wyczekiwanego spotkania i wielkiej radości. W wielu miejscowościach już w połowie października rozpoczynają się różnego rodzaju fiesty, koncerty, parady. Wtedy to kolorowy Meksyk staje się jeszcze bardziej barwny, udekorowany, przepełniony muzyką. Ale u podłoża tej radości leży bardzo głęboka refleksja nad śmiercią, przemijaniem. Gdy człowiek uświadamia sobie, że śmierć jest nieuchronna, to jeszcze mocniej upomina się o życie. I pragnie je celebrować.

Niecodzienne są też przygotowania do tych świąt.

- Skoro spodziewamy się gości z zaświatów, to musimy się na to spotkanie odpowiednio przygotować! Meksykanie rozpoczynają te zabiegi wiele tygodni wcześniej. Aranżują tzw. ofrendas, czyli ołtarzyki dla bliskich zmarłych, aby ich symbolicznie ugościć. Ustawiają tam pamiątki po zmarłej osobie oraz jej zdjęcie, oczywiście na honorowym miejscu. Przyrządza się ulubione potrawy zmarłego, aby później móc biesiadować z całą rodziną.

- Ważną rolę odgrywają aksamitki - te pomarańczowe kwiaty swoim charakterystycznym zapachem mają wskazać powracającym duszom drogę do domu.

W tym czasie my palimy znicze, czyścimy nagrobki, stawiamy na nich kwiaty, modlimy się i rozmyślamy w ciszy, nierzadko ze łzami w oczach.

- Meksykanie również idą na cmentarz i dekorują groby. Różnica tkwi w tym, że my koncentrujemy się na innych sprawach. U nas wszystko kręci się właśnie wokół cmentarza - sprzątanie grobu, znicze, kwiaty, zaduma nad grobem, itd. W Meksyku natomiast wiele rodzin przynosi koce oraz krzesła i zostaje na cmentarzu długie godziny, aby rozmawiać i wspominać zmarłego. Nierzadko zabierają ze sobą gitary i tequilę. I to jest naprawdę wzruszający widok, bo wydaje się jakby rzeczywiście byli tam wszyscy razem.

A potem?

- Wieczorem na ulicę "wychodzą" szkielety ubrane w piękne suknie i szerokie kapelusze, twarze przechodniów zamieniają się w wesołe czaszki. Dzieci biegają radośnie, również przebrane za małe szkielety i nikogo ten widok nie dziwi, same dzieci w ogóle się tego nie boją. To element tradycji, kultury w której się wychowały.

Wyszczerzone kostuchy, wszechobecne czaszeczki, mocne makijaże... Wyobrażałam sobie, że dzieci są tym wszystkim na poły przerażone, na poły zafascynowane.

- Takie emocje mogą towarzyszyć dzieciom obcokrajowców, którzy spędzają urlop w Meksyku w tym szczególnym czasie. Meksykańskie dzieci mają do tej tradycji nieco inne podejście, przede wszystkim - one się nie boją. Dla nich widok czaszek jest czymś naturalnym, dorastają w otoczeniu podobizn uśmiechniętej La Catriny. Symbolika śmierci jest nieodłączną częścią meksykańskiej tożsamości i lokalnej kultury.

- Podobnie jak żywa pamięć o przodkach?

- Ilu z nas potrafi powiedzieć jaka była największa pasja pradziadka? W Meksyku takie rozmowy to nieodłączny element codzienności. Szykując ołtarzyki dla zmarłych krewnych dokłada się starań, aby znalazły się na nich takie przedmioty i potrawy, które były tym osobom bliskie. Dzieci dowiadują się na przykład, że wujek był utalentowanym skrzypkiem - amatorem, a prababcia miała ogromną słabość do słodyczy. Takie rozmowy bardzo scalają rodzinę i pozwalają zobaczyć pozytywne strony Dnia Zmarłych, uświadomić sobie, że to wcale nie musi być smutny czas.

Niektórzy sądzą, że to takie meksykańskie Halloween z lokalnym kolorytem.

- Dlatego warto podkreślić, że Dia de los Muertos nie ma w sobie nic z amerykańskiego Halloween, a Meksykanie bardzo stanowczo podkreślają te różnice. Dia de los Muertos ma znacznie głębsze przesłanie, zaś same kostiumy nie służą do straszenia, ale do symbolicznego przedstawiania śmierci.

Podobno to najważniejsza data w meksykańskim kalendarzu?

- Tak, Dia de los Muertos to jedno z najpopularniejszych i najważniejszych uroczystości w tym kraju. I jednocześnie element meksykańskiej kultury, który wyróżnia ich na tle całego świata. W tym czasie ceny lotów do Meksyku drastycznie rosną, bo ludzie ze wszystkich zakątków globu chcą na własne oczy zobaczyć, jak to jest z tymi czaszkami (śmiech).

Skąd to zamiłowanie do czaszek?

- Krwawa historia Meksyku dosyć mocno wpłynęła na postrzeganie śmierci przez lokalną ludność i jest to jedna z teorii wyjaśniających popularność tego motywu. Przez pierwsze sto lat kolonizacji Meksykanie ginęli z rąk Hiszpanów, jak również wskutek przywiezionych z Europy chorób. W tym czasie liczba Indian z 25 milionów osób zmniejszyła się do ok. 730 tysięcy. Śmierć towarzyszyła więc ludziom codziennie, każda rodzina kogoś straciła. Nie można było z nią wygrać, nie dało się jej nie zauważać, pozostało więc ostatnie wyjście - spróbować się z nią jakoś zaprzyjaźnić.

- Dzisiejsze kolorowe, wesołe czaszki to taki trochę Danse macabre, który przypomina ludziom, że wszyscy umrą, niezależnie od tego kim są. Na wielu czaszkach można zobaczyć napis: "Tak jak wyglądasz teraz - tak ja wyglądałam kiedyś. Tak jak ja wyglądam teraz - tak ty będziesz wyglądać kiedyś". Jest to bardzo wyraźne przesłanie mówiące, że po śmierci wszyscy będziemy wyglądać tak samo. Teraz możesz być arystokratą, a ja tylko zwykłym człowiekiem, ale po śmierci będziemy tacy sami.

Czaszki czaszkami, a podobno można sobie chrupać nagrobek-ciasteczko do kawy i nikt nie widzi w tym nic dziwnego!

- Można chrupać nagrobek-ciasteczko, popijać kawą z mleczną pajęczynką w kubku w kształcie czaszki (śmiech). Właśnie taki kubek dostałam w prezencie od męża i jest to mój absolutnie ulubiony kubek, z którym rozpoczynam każdy dzień.

Kult Świętej Śmierci, nieaprobowany zresztą przez Kościół Katolicki, to już nie taka niewinna zabawa.

- Tak, Santa Muerte to już nieco inna historia, chociaż nie tak jednoznaczna jak mogłoby się wydawać. Święta Śmierć kojarzy nam się z czarną magią, dziwacznymi rytuałami, środowiskiem narcobossów i płatnych zabójców. Pojawia się też coraz więcej artykułów w których kult Santa Muerte stawia się na równi z praktykami satanistycznymi. Czy tak jest w rzeczywistości? Na pewno nieprawdziwe jest twierdzenie, że wyznawcami Santa Muerte są wyłącznie handlarze narkotyków. Oczywiście, w tej grupie znajdą się narcobossi. Ale też cała rzesza ludzi wykluczonych, bo to oni oddają się pod opiekę Świętej Śmierci. Są to m.in. prostytutki, homoseksualiści, narkomani, osoby z różnych względów odrzucane przez społeczeństwo, ale też zwykli ludzie doświadczeni przez los. Chcą wierzyć, że Santa Muerte nie dyskryminuje nikogo, w spotkaniu z nią wszyscy stają się równi.

Wszystko to razem przybyszom z Europy może jawić się jak czysty surrealizm!

- Tak właśnie jest! (śmiech) Meksyk to przede wszystkim kraj niewiarygodnych kontrastów. Kraj, w którym dawne rytuały i prekolumbijskie wierzenia doskonale odnajdują się w towarzystwie smartfonów i coca-coli. Dla mnie odkrywanie tego kraju to ogromna lekcja pokory, ponieważ zaskakuje mnie za każdym razem i wciąż pokazuje mi coś zupełnie nowego. Pełno tu niejednoznaczności, nic nie jest czarno-białe. Meksyk wymyka się definicjom, nie daje się zaszufladkować i wcisnąć w ramy.

Aż się boję zapytać, co zaskoczyło cię najbardziej.

- Pewnego razu wybraliśmy się z mężem do miasteczka Guanajuato. Jest to niezwykle kolorowe i radosne miejsce, moim zdaniem jedno z najpiękniejszych na mapie Meksyku. Zdecydowaliśmy się udać m.in. do Museo de las Momias (Muzeum Mumii), które stanowi dosyć kontrowersyjną atrakcję turystyczną ze względu obecność naturalnie zmumifikowanych ciał. Wystawa w pierwszej chwili wydaje się przerażająca. Czułam się onieśmielona mijając kolejne eksponaty, momentami spuszczałam wzrok i nie miałam odwagi spojrzeć na tamte twarze.

Inni zwiedzający zachowywali się podobnie?

- A skąd! Mijały nas roześmiane rodziny z dziećmi, zakochane pary, maluchy biegające po sali. W pierwszej chwili byłam zaskoczona. Bo jak to tak? W Polsce prawdopodobnie nikt nie zabrałby dzieci na taką wystawę, a i sami dorośli mogliby mieć później koszmary.

To jak złamanie tabu.

- Nie jesteśmy przyzwyczajeni do widoku śmierci. Zamykamy oczy, staramy się jej nie widzieć. Natomiast tamte dzieci wiedziały, że nie ma się czego bać, bo śmierć traktuje się tam jak naturalną kolej rzeczy. Meksykanie się jej nie wstydzą, nie spuszczają wzroku. Wręcz przeciwnie, patrzą śmierci odważnie w oczy. Z uśmiechem. Nagle zdałam sobie sprawę, że to moje zachowanie było dziwne. Bo przecież nie możemy udawać, że śmierć nas nie dotyczy. To była dla mnie bardzo cenna lekcja.

Taka otwartość pomaga oswajać trudne tematy?

- Myślę, że tak. Dziecko, które straciło mamę czy inną bliską osobę musi jakoś oswoić tę tragedię, potrzebuje pomocy. A dorośli często nie wiedzą, jak się zachować w takiej sytuacji, czują się niezręcznie i jednocześnie wydaje im się, że poruszając bolesny temat mogą wyrządzić dziecku jeszcze większą krzywdę. 

- W wielu domach prawie w ogóle nie mówi się o zmarłych, starannie unika się tematu. Ale takie zamiatanie sprawy pod dywan jest znacznie gorsze, dziecko zostaje ze swoim bólem samo. Nie każde będzie w stanie sobie z tym poradzić. Natomiast w Meksyku rozmawia się z dziećmi o zmarłych, również o tych, którzy odeszli niedawno. To są często bardzo bolesne rozmowy, ale niezwykle potrzebne. I oni to czują.

Ból, nawet jeśli nie znika, zmniejsza się wtedy.

- Od razu przypomina mi się pewna animacja, do której bardzo lubię wracać w tym czasie. Przedstawia dziewczynkę, która cierpi po stracie mamy. Inni śmieją się i świętują, ona nie potrafi pogodzić się z tym, co się stało. Wtem jakaś magiczna siła zabiera ją pod ziemię, gdzie oczom bohaterki ukazuje się zupełnie inny świat, pełen radości, śmiechu i zabawy. Szkielety pląsają i grają na instrumentach, a jeden z nich chwyta ją za rękę i z dumą prezentuje swoją kolorową rzeczywistość. Okazuje się, że to jej mama. Pokazuje córce, że w tym drugim świecie jest szczęśliwa. I co najważniejsze, że zawsze jest blisko niej.

- Ta animacja trwa tylko trzy minuty, ale zawiera w sobie całe przesłanie Dia de los Muertos. Tak, Meksykanie cierpią po stracie. Ich serca krwawią i pękają tak samo jak nasze. Ale w tym cierpieniu potrafią dostrzec, że ich bliscy są szczęśliwi, więc cieszą się razem z nimi. Myślę, że to jest właśnie najgłębsze odzwierciedlenie wiary chrześcijańskiej, gdy potrafimy dostrzec w śmierci nie koniec, a początek czegoś lepszego.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje