Reklama

Reklama

„99% to robi. A ten setny kłamie”: Polacy odkrywają autoerotyzm

​ "Czy zdarza się Panu masturbować? Czy zdarzało się to Panu w przeszłości?" Z opublikowanego w 2012 roku raportu Zbigniewa Izdebskiego wynika, że nie jest to pytanie, na które Polakowi łatwo przychodzi odpowiadać.

73% mężczyzn przyznało się do przynajmniej jednego w życiu przypadku onanizmu. Zdecydowana większość zapewniła jednak, że obecnie aktywność ta jest im zupełnie obca. Respondenci deklarujący, że wciąż się masturbują w drugiej dekadzie XXI wieku, to zaledwie 21% wszystkich przebadanych.

Niemal równo sto lat wcześniej podobną ankietę przeprowadzono wśród krakowskiej młodzieży akademickiej. W tym nigdy nieopublikowanym sondażu 92,89% respondentów otwarcie przyznało, że się masturbuje. Albo więc liczba miłośników autoerotyzmu spadła nad Wisłą czterokrotnie, albo cały wiek temu więcej osób niż dzisiaj było gotowych otwarcie powiedzieć, czy "trzymają ręce na kołderce".

Reklama

Można by też zaproponować trzecie rozwiązanie zagadki: co jeśli krakowscy studenci w 1910 roku po prostu robili sobie żarty z ankieterów? A zresztą, czy ta grupa była w ogóle reprezentatywna dla całego społeczeństwa? W gruncie rzeczy odpowiedź nie ma znaczenia. Z każdego innego badania i z każdej próby oszacowania skali zjawiska wynikały bardzo zbliżone liczby. Paweł Klinger, autor książki Vita sexualis. Prawda o życiu płciowym człowieka, zestawił w połowie lat trzydziestych wyniki sondaży przeprowadzonych w kilku różnych krajach. Niemcy - 96% onanistów wśród mężczyzn. Węgry - 97%. Anglia - 90-95%. Stany Zjednoczone - 95%. Podobny wykaz, głównie niemieckich badań, pojawia się także w pracy Alberta Dryjskiego. Żadna z cytowanych przez niego ankiet, nawet ta przeprowadzona w uważanej za szczególnie pruderyjną carskiej Rosji, nie przyniosła równie niskich wyników, co XXI-wieczny polski sondaż.

Olbrzymia popularność autoerotyzmu nie była tajemnicą także dla najbardziej radykalnych pogromców samogwałtu. Michał Misiewicz przyznał posępnie: "W zakładach naukowych, szkołach i internatach onanizm przybiera rozmiary przestraszające, staje się istną epidemią, której podlega, według moich obliczeń, 80% ogólnej liczby uczącej się młodzieży". Później pożałował pewnie swojej zdecydowanej wypowiedzi. Właśnie tego rodzaju deklaracje wrogów onanizmu stały się wodą na młyn dla zupełnie nowej grupy. Jego obrońców.

Kiedy nadejdzie Armagedon?

Zasługę podważenia ugruntowanych poglądów na masturbację przypisuje się powszechnie Zygmuntowi Freudowi. I nic dziwnego. Takie włożenie kija w mrowisko idealnie by przecież do niego pasowało. Wydaje się jednak, że prawda wyglądała nieco inaczej. Fundamentalna publikacja Freuda dotykająca tematu autoerotyzmu, jego Trzy rozprawy z teorii seksualnej, ukazała się dopiero w 1905 roku. Tymczasem już cztery lata wcześniej polski seksuolog z Lwowa Czesław Józef Uhma wydał pracę Popęd płciowy i niektóre jego zboczenia. W niej zaś stwierdził odważnie, że przynajmniej na wybranych etapach życia onanizm jest zupełnie naturalnym "objawem fizjologicznym". Stąd był już tylko krok do stwierdzenia, że każdy to robi - i że pora przemyśleć liczby.

Nowe spojrzenie przyjmuje się powoli. Z jednej strony autorzy poradników obyczajowych, a nawet prac seksuologicznych widzą, że obraz rzeczywistości nie jest już tak prosty, jak jeszcze parę lat temu. Z drugiej - nikt nie chce wprost opowiedzieć się po stronie schorzenia uważanego dotąd za największą plagę ludzkości. Jak jednak wytłumaczyć fakt, że w społeczeństwie jest dobre 90% onanistów, a jednak świat wciąż nie stanął na głowie? Jakim cudem ci ludzie żyją, pracują, oddychają i płodzą dzieci, zamiast pluć krwią i trząść się w przedśmiertnych drgawkach? Wielu publicystów szuka złotego środka. Seved Ribbing, szwedzki lekarz i autor wydanej po polsku w 1928 roku książeczki Życie płciowe przed małżeństwem, skrupulatnie przytacza postępowe opinie. "Zwykło się uważać onanię za coś znacznie niebezpieczniejszego niż naturalny stosunek. Nie wydaje nam się to słusznym" - pisze. Zaraz jednak przechodzi do defensywy: "Muszę się tu z całym naciskiem zastrzec przeciwko przypuszczeniu, jakobym usprawiedliwiał onanię, albo jej bronił".

Polski seksuolog Albert Dryjski też ewidentnie nie jest pewien, co właściwie chciałby wykazać. W Zagadnieniach seksualizmu dziecka i młodzieży szkolnej potępia samogwałt i wylicza jego konsekwencje tylko po to, żeby stronę dalej przyznać, że chodzi o zjawisko normalne i raczej nieszkodliwe. Dopiero Paweł Klinger decyduje się powiedzieć w swojej Vita sexualis głośno to, co każdy z jego kolegów i tak od dawna myślał. W rozdziale poświęconym rozpowszechnieniu onanizmu przytacza "znany aforyzm Bergera":  "99% uprawia onanizm, a ten setny też, tylko ukrywa prawdę". Dalej idzie już z górki.

 "Nie ma chyba w życiu seksualnym człowieka drugiego zjawiska, które by odgrywało poważniejszą rolę niż onanizm - pisze Klinger w wydaniu z 1930 roku. - Jest to zagadnienie, które poruszało już od wieków i porusza dotychczas zarówno umysły najświetniejszych badaczy, jak i mózgi »maluczkich«. Literatura na ten temat rozrosła się do tak niebywałych rozmiarów, że ogarnięcie całego materiału staje się wprost fizyczną niemożliwością. Jest to temat najbardziej popularny i najwięcej roztrząsany, a najmniej dotychczas wyjaśniony".

 Powody wielkiego zainteresowania masturbacją są dla autora oczywiste. Bez skrępowania przyznaje: "Nie ma [przecież] człowieka, którego by kwestia ta bezpośrednio nie dotyczyła". A następnie, niczym operator walca, rozjeżdża jedną po drugiej wszystkie tezy moralistów. Cytując Freuda, podkreśla, że "nie potrzeba wcale uwiedzenia, by obudzić seksualne życie dziecka". Stwierdza wprost, że "popęd do onanizmu jest popędem wrodzonym, który najsilniej objawia się w latach dojrzewania płciowego". Przytacza najnowsze zagraniczne badania: "Umiarkowany onanizm u zdrowych [osób], nie ma żadnych ujemnych skutków". Pisze o tym, co dotąd było absolutnym tabu: onanizmie dorosłych, a nawet onanizmie małżonków. Żona, która masturbuje się w tajemnicy przed mężem, nie jest dla niego zdegenerowaną nimfomanką, ale ofiarą kiepskiego pożycia. Najwidoczniej mąż nie jest w stanie odpowiednio wykazać się w łóżku, przez co sama musi zapewniać sobie orgazmy.

Wreszcie autor rozkłada na części pierwsze całą koncepcję  "trwonienia soków życiowych":

Oczywiście utratę tak drogocennej substancji [jak sperma wypływająca prosto z mózgu - przyp. KJ] musiano odpowiednio potraktować i wymyślono bajkę o "wyschnięciu mlecza", do dnia dzisiejszego pokutującą wśród ogółu. Jeśli zaś utrata nasienia nie powoduje, jak to wiemy już dziś, utraty substancji nerwowej, to cóż ma szkodzić właściwie przy umiarkowanym onanizmie? Wszak wstrząs systemu nerwowego przy akcie onanistycznym jest identyczny z tym, jakiego doznajemy przy normalnym spółkowaniu. A jeśli chodzi o fantazję, której onanista zazwyczaj daje wodze, to znamy moc wypadków normalnego coitusu, który dochodzi do skutku li tylko przy pomocy fantazji. Nie ma więc i w tym kierunku zasadniczej różnicy.

Na tym obrona samogwałtu się kończyła. Powiedziawszy swoje, Klinger ruszył do ataku.

Wielka trwoga hipokrytów

 "Żadna wojna ani epidemia nie poczyniła takich spustoszeń wśród młodych pokoleń!" - brzmiało wielkie oskarżenie pod adresem pogromców samogwałtu i ich mrówczej pracy. Klinger nie miał wątpliwości, że w onanizmie kryje się olbrzymie zagrożenie. Nie dotyczyło ono jednak samego aktu, lecz towarzyszącej mu otoczki obłudy i świętoszkowatego oburzenia. "Szkodliwy jest strach przed domniemanymi skutkami, o których młodzież ciągle słyszy i czyta. Nie ulega kwestii, że wpajanie w dzieci przekonania, że onanizm jest hańbą i »grzechem« śmiertelnym przynosi straszliwe skutki i jest powodem tak częstej wśród młodzieży depresji, hypochondrii, a nawet samobójstw" - pisał.

Tragizm sytuacji, o którym musieli wiedzieć hipokryci znajdujący źródło utrzymania w broszurkach "leczących" z samogwałtu, wynikał zdaniem Klingera z beznadziejności zmagań z rzekomym nałogiem. "Młody człowiek walczy, co sił starczy, lecz w końcu zawsze ulega naturalnemu popędowi, co w konsekwencji tak silnie działa na psychikę młodzieńczą, iż nie dziwota, że pozostawia w niej trwałe ślady" - wyjaśniał. W wielu przypadkach na poczucie winy nakładała się jeszcze świadomość popełnienia grzechu. Masturbacja stanowiła kluczowe zagadnienie w chrześcijańskiej pedagogice. Zwracano też na nią wyjątkowo baczną uwagę podczas spowiedzi. "Panna M.", anonimowa autorka Pamiętnika pacjentki, wydanego w 1926 roku przez psychiatrę Adama Wizela, twierdziła, że każdy ksiądz "specjalnie przy spowiedzi kładł nacisk" na naruszanie przez młodzież szóstego przykazania.

Chodziłyśmy cztery razy na rok do spowiedzi. (...) Wierzyłam w spowiedź i panicznie się bałam, żeby nie popełnić świętokradztwa. Gdy przychodziła kolej na szóste przykazanie, stawałam się nieprzytomna ze wstydu, na głos szlochając, opowiadałam księdzu o sobie niestworzone brednie. Dopiero teraz widzę, jak się nie orientowałam w niczym. W książce do nabożeństwa przeczytałam takie pytanie przy rachunku sumienia: czy dotykałaś się miejsc nieprzyzwoitych? Myślałam, że chodzi o przelotne, powierzchowne dotknięcia. Naturalnie, że się z tego zaczęłam spowiadać. Niektórzy księża gniewali się, inni łagodnie tłumaczyli, czasem i straszyli mnie najrozmaitszymi chorobami w przyszłości. Nie wiedziałam, co mam z sobą robić, w jaki sposób uchronić się od mimowolnych dotknięć, w jaki sposób się myć, wstydziłam się kogokolwiek o taką rzecz zapytać. Dopiero przy jednej spowiedzi ksiądz mi kazał dokładnie opowiedzieć, jak ja to robię. Zupełnie zgłupiałam, bo nie wiedziałam, o co mu chodzi. Sam zaczął pytać (...). Nigdy tak [tego] nie robiłam, ale w tejże chwili pomyślałam, że może tylko nie pamiętam, i będę na wieki przeklętą, jeżeli powiem, że nie robiłam. Przyznawałam się więc na wszelki wypadek do wszystkiego.

Paweł Klinger religijną stroną zagadnienia w ogóle się nie zajmował. Korzeni antymasturbacyjnej krucjaty szukał w świecie nauki. Było dla niego oczywiste, że to nie jakiś tam Misiewicz czy inny Czarnowski skalał się grzechem pierworodnym walki z onanizmem. Kuriozalna moda miała znacznie głębsze korzenie.

Sięgała, jak na ironię, aż do wieku oświecenia. W połowie XVIII stulecia w Lozannie niejaki Samuel-Auguste Tissot wydał traktat naukowy pod zwięzłym tytułem: Onanizm. Szybko stał się on międzynarodowym bestsellerem, a list z osobistymi wyrazami podziwu wysłał do szwajcarskiego neurologa nawet sam Napoleon Bonaparte. W ten oto sposób Tissot stał się, jak wyjaśnił Klinger, "ojcem straszącej literatury, która od owego czasu napłodziła się ze względów czysto handlowych w zastraszający sposób". Właśnie doktorowi Tissot świat zawdzięczał: "termin onanizm, który niby miecz Damoklesa, wisiał nad głowami całego szeregu pokoleń i na jego rachunek wpisać należy setki tysięcy tych nieszczęśliwców, którzy padli ofiarą masowej sugestii".

Klinger nawoływał do zerwania z archaicznymi teoriami na temat samotnych stosunków płciowych. Zdroworozsądkowo (i bardzo podobnie do dzisiejszej literatury seksuologicznej) tłumaczył, że onanizm może być szkodliwy, ale tylko w nadmiarze. Jeśli staje się główną aktywnością seksualną danej osoby, jeśli ogranicza jej kontakty z otoczeniem, zniechęca do utrzymywania relacji rodzinnych - wtedy należało, rzecz jasna, interweniować. Jednak uderzanie obuchem w każdy akt autoerotyzmu i skazywanie na potępienie każdego onanisty tylko utrudniało działanie w uzasadnionych przypadkach. "Stokroć lepiej by się rzecz przedstawiała, gdyby młodzieniec wiedział, że umiarkowany onanizm (jeden-dwa razy na tydzień) ujmy jego zdrowiu nie przynosi" - podkreślał raz jeszcze autor.

Walczył też ze wszystkimi pogardliwymi słowami, które same w sobie utrudniały mówienie o autoerotyzmie. Onanizm? Jak tu nie myśleć o karze boskiej. Zresztą ten biblijny termin bardziej pasował mu do stosunku przerywanego. Masturbacja? "Bezczeszczenie ręką", bo tyle to znaczy po łacinie, ani nie brzmi neutralnie, ani nie obejmuje każdego możliwego, samotnego aktu. Tym bardziej Klingerowi nie pasował "samogwałt". Przecież "nie ma w tym przypadku mowy o żadnym gwałcie" - komentował zirytowany.

Proponował zupełnie inny, niepodszyty wstrętem, a na dodatek wymyślony przez Polaka termin: "Ipsacja" (od "ipse" - sam, "ipsa" - sama). Był to kolejny z językowych wynalazków Stanisława Kurkiewicza, który poza słowami polskimi tworzył też łacińskie. Podczas gdy dzieł krakowskiego lekarza-płciownika nie znał niemal nikt na świecie, ten jeden wyraz dotarł aż do Magnusa Hirschfelda i momentalnie przypadł mu do gustu. Pomysł podchwyciło jeszcze kilku zagranicznych seksuologów, ale wiatru w żagle ipsacja nie złapała. Choć i tak była chyba największym życiowym sukcesem Kurkiewicza.

Czy cała kampania na rzecz odczarowania autoerotyzmu przyniosła większe efekty? Bardzo trudno odpowiedzieć na to pytanie. Na dobrą sprawę nie sposób zweryfikować nawet skali stupięćdziesięcioletniej onanistycznej paniki. Klinger pisał wprawdzie o "setkach tysięcy" nieszczęśliwców, którzy ulegli zbiorowej sugestii, to jednak była teza publicystyczna. Jako temat wstydliwy onanizm nie trafiał na łamy prasy. Nie pisano o nim w poradnikach higienicznych, nikt też nie poświęcał mu uwagi w XIX-wiecznych pamiętnikach. Milczenie samo w sobie dowodzi, że masturbacja nie była w tym stuleciu akceptowana. Nikt nie chwalił się tym, co robi za zamkniętymi drzwiami wychodka. Ale też - nikt nie zapisywał, czy wierzy, że w efekcie swojego samogwałtu oślepnie, oszaleje i umrze. Być może sądziło tak 10% młodzieży, a może 50. Na pewno podobne przekonanie było powszechne w środowiskach konserwatywnych, szczególnie wśród matek i pedagogów. Na przełomie wieków groźba onanizmu po raz pierwszy weszła do debaty publicznej - i stała się jednym z głównych argumentów przemawiających za upowszechnieniem wychowania seksualnego.

Wciąż jednak najwięcej pisano o masturbacji w panikarskich broszurkach. To źródło, do którego trzeba podchodzić z daleko posuniętym sceptycyzmem. Kilka faktów nie ulega jednak wątpliwości. "Straszące" publikacje znajdowały odbiorców, były wielokrotnie wznawiane aż do wybuchu drugiej wojny światowej, a lekarze pokroju Michała Misiewicza prowadzili całe praktyki wyspecjalizowane właśnie w zwalczaniu onanizmu. Najwidoczniej był popyt na ich usługi. Potwierdza to także pięćdziesiąt mrożących krew w żyłach przykładów napotkanych onanistów, które Misiewicz zawarł w swojej broszurze.

Nie tylko on cytował masturbacyjne historie z życia wzięte. Pojawiają się one także w publikacjach obrońców ipsacji. Klinger przytacza list zdesperowanego siedemnastolatka. Chłopak wyznaje, że od ósmego roku życia "cierpi na najstraszniejszą chorobę - na onanizm". Wprawdzie solennie zapewnia adresata, że "wszystko [co] nieczyste jest obce jego naturze", i deklaruje, że zerwał już z upodlającymi czynami, wie jednak, że nie ma dla niego ratunku. "Cóż mi z tego, [jeśli] to [cierpienie] zrujnowało mój organizm, a przede wszystkim mój system nerwowy, mój mózg. (...) To, co pozostało, jest dość smutne. Jest tak, jakbym żyjąc, był martwym" - rozpacza. Podobnych listów pełne jest Poradnictwo płciowe, wydany w 1935 roku w języku polskim zbiór korespondencji postępowego edukatora seksualnego Maxa Hodanna. Jeden z zaniepokojonych młodzieńców wierzy, że "dawne poczynania" na zawsze będą odbijać się na jego organizmie. Kolejny wpada na skutek rozmyślań o masturbacji w depresję. Wreszcie jest i taki, który boi się ślubu przez swój nałóg onanistyczny. Na wszelki wypadek nawet nie dotyka narzeczonej. Nie wie też, czy w chwili próby sprawdzi się jako mężczyzna.

Dzisiejsi seksuolodzy wciąż cytują podobne wypowiedzi. I odpowiadają mniej więcej tak samo jak Hodann w 1935 roku: "Dlaczego myśli Pan nad sprawami, których nie warto nadmienić? 95% wszystkich ludzi onanizuje się i nie mają żadnych dolegliwości. A więc: wiele szczęścia z okazji małżeństwa i polecam Panu należycie wycałować dziewczynę, w przeciwnym bowiem razie ucieknie od Pana". Zmieniło się tylko tyle, że zdesperowani onaniści wylewają żale w internecie, a nie w listach. Według badań profesora Izdebskiego jeszcze w 2006 roku 40% Polaków było przekonanych o szkodliwości onanizmu. Jak widać, duch doktora Tissota i strach przed "rozmiękczeniem mózgu" trwają w narodzie.

Coming out onanistów

Kiedy przynajmniej połowa społeczeństwa wciąż panicznie bała się masturbacji, druga grupa niespodziewanie "wyszła z szafy". Zdezorientowany Albert Dryjski relacjonował na początku lat trzydziestych: "Niedawno zapytał mnie słuchacz I-go kursu medycyny Uniwersytetu Poznańskiego, czy prawdą jest, że masturbacja wpływa dodatnio na zdrowie, takiego bowiem zdania był jeden z jego kolegów, słuchacz piątego kursu medycyny tegoż uniwersytetu". Zdaniem autora przekonanie, że onanizm "dodaje siły i inteligencji", rozprzestrzeniało się z siłą huraganu. Dryjski rzecz jasna kategorycznie zdementował zasłyszaną plotkę. Klinger nie byłby równie pewny odpowiedzi. W Vita sexualis napomknął na marginesie: "Poczyniono obserwacje, że onanizm działa kojąco na bóle i bezsenność, albowiem z osłabieniem seksualnego napięcia zmniejsza się na przykład ból (jajników), nierzadko towarzyszący menstruacji". Podobne opinie funkcjonują także w dzisiejszej literaturze naukowej.

Dyskusje o pozytywnych skutkach ipsacji rzadko wychodziły poza mury uczelni. Polacy odkrywali autoerotyzm powoli i ostrożnie. Jeśli można tu mówić o rewolucji, to chyba tylko raczkującej. Prezydent Mościcki, po przeczytaniu Vita sexualis, nie ruszył prosto do sali sejmowej, by zadeklarować z dumą, że on też się masturbuje. Onanizm, tak teraz, jak i wcześniej, był "na cenzurowanym". A jednak - pierwsze jaskółki zmiany wychyliły dzioby ze swoich gniazd. Książka Klingera spotkała się z entuzjastycznym przyjęciem w niemal wszystkich postępowych gazetach. "Hasło" przekonywało, że "czyta się [ją] jak sensacyjną powieść". Dziennik zapewniał, że to praca, która pozwoli "wychować nowe, zdrowe i realnie myślące pokolenie". "Echo" zachwalało "szczerość" wykładu. Nawet ostrożny w kwestiach obyczajowych "Ilustrowany Kuryer Codzienny" stwierdzał wprost: "Dr Klinger odpowiada w swej książce na wszystkie najintymniejsze i drastyczne wątpliwości przeciętnego człowieka, wyprowadza go z labiryntu przesądów i płonnych, a często szkodliwych obaw". Nigdzie nie padała wzmianka o samogwałcie, ale każdy wiedział, że chodzi także o to. A może nawet - przede wszystkim o to.

Niektórzy byli znacznie odważniejsi. W 1930 roku Tadeusz Boy- Żeleński zdradził się czytelnikom ze swoimi pierwszymi doświadczeniami z autoerotyzmem. Na kartach książki Marzenie i pysk pisał: "Pamiętam jak mnie, dziesięcioletniego malca, niewinnego jak zeszłoroczna Malicka, przypierał ksiądz natarczywymi pytaniami »czy nie było jakich nieskromnych dotknięć«, przy czym zupełnie nie wiedziałem o co mu chodzi? Zaintrygowany, zwierzyłem się koledze... i dowiedziałem się".

Wybitny filolog, działacz społeczny i komentator życia publicznego pisał o onanizmie wprost i bez skrępowania. Coś podobnego w XIX wieku byłoby nie do pomyślenia. W XXI chyba też. Bo kto dzisiaj mógłby opowiadać w kolorowych gazetach o masturbacji? Znany z niezbyt inteligentnych wypowiedzi bokser - jasne. Skandalizująca dziennikarka - czemu nie. Ale wpływowy publicysta na miarę Boya? Trudno znaleźć choćby jeden przykład.

INTERIA.PL/Informacja prasowa

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy