Reklama

Reklama

Podróżni mimo woli

Wciąż gdzieś jeżdżą. Z miasta do miasta, z występu na występ. Pokonują tysiące kilometrów. Twierdzą, że warto. Nie zważają na trudy. Prawda jest taka, że kochają życie w trasie.

- Bywają aktorzy stworzeni do życia na etatach. Ja do nich nie należę, zawsze kusi mnie coś nowego - mówi Aldona Jankowska, mistrzyni parodii, dziś kojarzona przede wszystkim z "Rozmowami w tłoku" w programie "Szymon Majewski Show", w którym wciela się m.in. w Zytę Gilowską, Danutę Hojarską i Annę Fotygę.

Aktorka śmieje się, że kiedy zmyje makijaż, jej twarz staje się nierozpoznawalna. - Portier w teatrze po dwóch latach jeszcze mnie pytał: "Pani do kogo?". A ja za każdym razem mówiłam: "Proszę pana, ja tu pracuję".
Charakteryzatorzy ją lubią, bo zwykle bywa tak zmęczona dojazdami, że w fotelu od razu zasypia. - Więc ja sobie śpię, a oni pracują. Raz po przebudzeniu przeżyłam szok, zobaczyłam w lustrze Ojca Dyrektora. Przeraziłam się, bo naśladował moje ruchy! - żartuje.
W trasę ruszyła zaraz po studiach. - Byłam młodą artystką, słabo sytuowaną, miałam jedną torbę, dwie sukienki i dużo długów. Oczywiście żyłam nadziejami, że kiedyś mi się powiedzie - wspomina.
Zaczęła od "Spotkań z balladą". W latach 90. to był hit rozrywkowy na miarę "Tańca z gwiazdami". - Pomyślałam: "Pojeżdżę rok, spłacę długi, czegoś się nauczę". No i wpadłam jak śliwka w kompot. Trzy tygodnie w miesiącu spędzałam w autobusie. Wtedy zrozumiałam, co to znaczy człowiek trasy. Po dwóch tygodniach podróżowania z występami marzyłam, żeby się zatrzymać, a gdy wracałam do domu, już po tygodniu ciągnęło mnie w drogę. Myślałam, że to stan przejściowy. Myliłam się. Tak jest do dziś - mówi.

Reklama

Przez lata jeździła z teatrami, z kabaretami, jakiś czas była nawet wodzirejem. - Prowadziłam szalone imprezy - wspomina. - Na początku kariery byłam zawsze najmniejsza i najmłodsza. A teraz okazuje się, że często jestem najstarsza. Był taki moment, kiedy uświadomiłam sobie, że mam już 44 lata. Reżyser wpada do garderoby i woła do młodych tancerek: "Dziewczęta, zróbcie sobie make-up". A do mnie: "A ty, Jankowska, zrób sobie charakteryzację" - dodaje.

Pokonać kilometry

- Jestem naznaczony trasą - mówi Zbigniew Wodecki, kiedy spotykamy się w Krakowie pod Wawelem, w jego ulubionej restauracji Chłopskie Jadło. - Jeżdżę już tak od 35 lat. Najwięcej czasu spędzam w samochodzie. Nie rozstaję się z nutami. Muzykę komponuję w pociągu, w kawiarni, między koncertami - dodaje.

Teraz też ma przy sobie plik nut. Właśnie kończy pisać oratorium z okazji 650-lecia Niepołomic. Zawsze pociągały go wielkie formy, rozpisane na chóry i orkiestrę. Pierwsze podróże odbywał tramwajem do szkoły muzycznej.

- Moje dzieciństwo zabrały skrzypce - wspomina. W krakowskiej szkole spotkał wielu wspaniałych ludzi. Koncertował najpierw z Markiem Grechutą i zespołem Anawa, a potem z pierwszą damą polskiej piosenki Ewą Demarczyk. W tamtych czasach trudno było wyjechać z Polski, a oni występowali w całej Europie, byli nawet na Kubie.

- Poznawałem ważne osobistości, chłonąłem wielki świat. Daliśmy też koncert w paryskiej Olimpii. I wszędzie ludzie padali na kolana, po tym jak zdrętwieli, bijąc brawa na stojąco, bo takie wrażenie robiły koncerty Ewy Demarczyk. Stałem obok niej jako skrzypek i czułem się bardzo ważny - wyznaje.

Potem Wodecki sam został znanym muzykiem i piosenkarzem zapraszanym na występy. Dziś tak samo jak przed laty wsiada w samochód i mknie na koncert. Zwykle gra ich kilka, jeden po drugim, i dziwnym trafem każdy następny odbywa się na przeciwległym krańcu Polski.

- Jest w tym jakaś ironia - mówi. - Jakby ten szef na górze nieźle się bawił, układając mój grafik: po Przemyślu - Białystok, a po Szczecinie - Zakopane. Ale najgorszy jest stres, żeby zdążyć. Nie jadę "dokądś", ale "na którąś". Ponieważ jestem człowiekiem solidnym, punktualnym i pracowitym, walczę o każdy kilometr trasy, żeby przyjechać jak najszybciej. Mam przez to do czynienia z radarami i policją. Na szczęście policjanci drogowi wychowali się na "Pszczółce Mai" i widocznie został im jakiś sentyment, bo kończy się na pouczeniach. Zwykle na koncert przyjeżdżam na styk - mówi.

Ze stałej pracy muzyk zrezygnował w stanie wojennym. Był na etacie w Poznańskiej Orkiestrze Rozrywkowej PRiTV. Gdy zaczął się bojkot telewizji, rozwiązał umowę. Został bez środków do życia, mając już troje dzieci. - Ciężko było z robotą, ale mnie się udało. Wyjechałem z Wackiem Kisielewskim i Markiem Tomaszewskim na tournée do RFN. Słynny duet Marek i Wacek święcił wtedy triumfy.

Wcześniej minister kultury NRD zrobił muzykom niezamierzoną reklamę. Zawiesił ich występy w swoim kraju. - Wszystko przez to, że Wacek nosił w klapie plakietkę "Solidarności" - wspomina Wodecki. - Minister grzmiał: "Jest pan pianistą, a nie politykiem!". A na to Wacek: "Gdyby choć trochę znał pan historię Polski, wiedziałby pan, że największym polskim politykiem był pianista Ignacy Paderewski". No i wybuchła afera. Tym chętniej goszczono nas w RFN. Trasa liczyła 60 koncertów, każdy przyjmowany był entuzjastycznie. Wszystkie sale wykupione do ostatnich miejsc, a my znów ścigamy się z czasem. Z tego pośpiechu w Hamburgu przeżyłem traumę. Jechaliśmy taksówką z próby. Miałem przy sobie teczkę, a w niej 15 kilogramów nut na wszystkie 60 koncertów. Wracamy do hotelu i nagle orientuję się, że teczki nie ma. Została w taksówce. Zimny pot mnie oblał, bo wtedy jeszcze w Polsce taksówkarzy nie można było namierzyć za pomocą centrali radiowej, myślałem, że w Niemczech jest podobnie. Marek Tomaszewski poprosił, bym nic nikomu nie mówił, i zaczął działać. Dwie godziny później pojawił się u nas taksówkarz i przyniósł teczkę. Ze szczęścia dałem mu 400 marek, które wcześniej dostałem jako zaliczkę. Zdziwiony nie rozumiał, za co go tak hojnie wynagradzam - wspomina.

Na linii frontu

Jakub Porada od siedmiu lat pracuje w telewizji TVN 24.

- Jesteśmy jak oddziały specjalne, które poradzą sobie i z czołgiem, i z ciężarówką. Przygotowujemy programy ranne i wieczorne. Na miejscu i w terenie. A latem wyjazdowe "Poranki". Trzeba być czujnym, żeby niczego nie przegapić. Dlatego prawie nie śpię, a jeśli już, to jest to sen nerwowy. Gdyby można było w ogóle nie spać, byłoby idealnie - rozmarza się dziennikarz.

Planuje urlop, ale z tym może być tak jak ze zjazdem maturzystów, który sam zorganizował. Absolwenci jego liceum mieli spotkać się w pensjonacie w Zakopanem. Na kilka dni przed imprezą Porada dowiedział się, że w tym czasie będzie prowadził wyjazdowy "Poranek".

- Po programie wsiadłem w samochód i jechałem 12 godzin z Augustowa do Zakopanego. Przyjechałem o północy ostatniego dnia i jeszcze zdążyłem spotkać się ze wszystkimi i zrobić sobie pamiątkowe zdjęcie. Zawsze walczę do końca. Tak jak bohater filmu "Lot nad kukułczym gniazdem", który założył się z innymi pacjentami, że wyrwie z muru potężną kratę. Nie dał rady i przegrał zakład, ale mógł powiedzieć: "Przynajmniej, k..., próbowałem" - dodaje.

Wakacyjne plany mogą mu pokrzyżować wyjazdowe "Poranki". Latem ekipy telewizyjne wyruszają w teren. Jedna na północ Polski, druga na południe. - Ja to nazywam językiem militarnym: grupa armii północ i grupa armii południe - mówi Porada.

Ekipy jadą na tydzień do Augustowa, Sopotu czy do Zakopanego, skąd nadają relacje na żywo. Zdarzają się nieprzewidziane sytuacje. Kiedyś w Sopocie rozmawiał ze swoim gościem na plaży i fala zalała mu buty. Zdjął je przed kamerami i chodził na bosaka.

Innym razem w Krakowie nagrywał program, a tu nagle podchodzi jakiś człowiek: "Panowie z Warszawy?", pyta. Odpowiadają, że tak. "A, to bardzo współczuję", ukłonił się i poszedł. Ktoś inny przyniósł im jedzenie.

Na ogół jednak wszystko odbywa się według planu. Dzień wcześniej dziennikarz przygotowuje materiał. Umawia się na spotkania z gośćmi, nagrywa atrakcje lokalnej przyrody i kuchni. Sam nie ma czasu na przyjemności. To duża sztuka w błyskawicznym tempie stworzyć sześciogodzinny program z jednym prowadzącym. Na szczęście wyjazdowe poranki nie zdarzają się codziennie.

- Staram się we wszystkim uczestniczyć. Jeśli opowiadam o nartach wodnych, to muszę się na nich przejechać. Podczas rozmów z gośćmi wydawca z Warszawy odlicza mi czas. Jest jak dowódca na poligonie. Ważne, żebym szybko i trafnie podejmował decyzje. Czasami dostaję od niego sygnał, że w jednej chwili muszę zmienić koncepcję programu. Wtedy improwizuję, a pomagają mi w tym umiejętności wyniesione ze szkoły aktorskiej.

Jakub Porada przed dziennikarstwem skończył wydział wokalno -baletowy w Teatrze Muzycznym w Gliwicach. Muzyka wciąż za nim chodzi.

- Jak byłem nastolatkiem, grałem w paru kapelach punk i new romantic. Marzyłem o syntezatorze. Teraz go kupię. Postawię w domu i zacznę sobie przypominać to, co utraciłem przez ostatnich kilkanaście lat - mówi.

Może nadrobi też inne zaległości. Rzadko ma czas, żeby gdzieś pójść z żoną albo zwyczajnie z nią pobyć. Jest gościem w swoim domu.

- Nie da się pogodzić życia rodzinnego z wyjazdami - przekonuje Zbigniew Wodecki. - Przez te wszystkie lata nie było mnie w domu. Ani się obejrzałem, jak wyrosło mi pięcioro wnuków. To jest taki zawód, któremu trzeba poświęcić absolutnie wszystko. Trasa nie kończy się nigdy, co najwyżej można sobie zrobić przystanek. Mój dom jest w Krakowie. Nigdy się stąd nie wyprowadzę, tu się urodziłem i będę pochowany. Mam już nawet wykupione miejsce na cmentarzu - dodaje.

O mały włos muzyk znalazłby się na nim prędzej, niż mógł przypuszczać. W 1984 roku znany był już jako piosenkarz. Śpiewał "Zacznij od Bacha" i "Izoldę". Przed wyjazdem na 12-tygodniowe tournée po Stanach nagrał wakacyjny lekki utwór "Chałupy welcome to". Kiedy wrócił z Ameryki, piosenka była absolutnym hitem i śpiewała ją cała Polska. W tym czasie Wodecki jechał samochodem z Chałup, wpadł w poślizg i omal się nie zabił. - Przed oczami mignęła mi tabliczka "Chałupy" - wspomina. - Pamiętam, że modliłem się, żeby przelecieć za tabliczkę i nie umrzeć w Chałupach. To by dopiero ludzie mieli ubaw! Miałbym najweselszy pogrzeb.

Podróż w czasie

- Podziwiam artystów estradowych, którzy jeździli w latach 60. i 70., kiedy nie było przydrożnych barów i stacji benzynowych - mówi Aldona Jankowska. - Wszyscy wozili ze sobą grzałki, kubeczki, konserwy, serki homogenizowane, bo w nocy, jak przyjeżdżali do hotelu, nie można było już niczego zjeść - wyjaśnia.

Pamięta, że jako młoda aktorka chłonęła zwyczaje artystów. W hotelowych restauracjach obowiązywał zakaz picia alkoholu do godziny trzynastej, ale był przez nich nagminnie omijany. - Nic o tym nie wiedziałam i zamówiłam sobie rano kawkę. Dostałam kawę z wódką. Okazało się, że "kawka" jest z alkoholem, a kawa bez. Można było zamówić herbatę albo "herbatkę". Dla kelnera to był znak - wspomina.

Od starszych aktorów nauczyła się, że w trasie nie wolno narzekać. - Nie ma jęczenia, że nogi bolą, jestem głodna albo że mi niewygodnie - mówi. Niewygody trzeba było znosić z humorem. Jeździła z ludźmi, którzy trasę kochali, tworzyli przedziwną społeczność, taką cygańską. Panowała w niej określona hierarchia. Na szczycie stał menedżer, facet z teczką pieniędzy. Był w stanie załatwić dosłownie wszystko.

A jak jest teraz? O tym może opowiedzieć artystka młodszego pokolenia Ania Dąbrowska. Ma za sobą już wiele koncertów, a jeszcze więcej przed sobą. Właśnie wydała trzeci solowy album "W spodniach czy w sukience?" i czeka ją trasa promocyjna po całym kraju. Podchodzi do tego rzeczowo. Jest bardziej rozważna niż romantyczna.

- Jesienią jedziemy w trasę Micra Tour. Zagramy 15 koncertów w największych miastach Polski. Będę to głównie kluby i filharmonie, ponieważ te miejsca najlepiej korespondują z klimatem moich piosenek - zapowiada.

Dla niej każdy wyjazd jest trochę jak wycieczka. Pewnie dlatego, że lubi swój zespół i chętnie z nim spędza także wolny czas.

- W większości to faceci, którzy są singlami, a na moje koncerty zwykle przychodzą dziewczyny. Zdarza się, że po występie idziemy do jakiegoś klubu i one też się tam pojawiają. Chłopcy z zespołu prężą się i próbują je podrywać, ale bez większych rezultatów. Dziewczyny wolą chwilę rozmowy albo wspólne zdjęcie ze mną - śmieje się piosenkarka.

Ania Dąbrowska nie ukrywa, że źle znosi niewygody podróży. - Największym horrorem jest dla mnie wczesne wstawanie i nieregularne jedzenie. Niedawno wracaliśmy z Poznania, strasznie głodni, zatrzymaliśmy się w kilku miejscach, ale wszędzie były chrzciny lub wesela. Nie mogliśmy nic zjeść, dopiero w Warszawie kupiliśmy sobie po hot dogu - mówi.

Piosenkarka nie lubi wyjeżdżać na dłużej niż pięć dni. Męczy ją jazda samochodem albo busem. - Z dzieciństwa została mi choroba lokomocyjna, kiepsko się czuję w drodze. To kwestia błędnika. Zagrać pięć koncertów jeden po drugim, każdy w innym mieście, to dla mnie absolutny maks - zapewnia Dąbrowska.

- W trasie najcięższa jest bezdomność - przekonuje Aldona Jankowska. - Przejęłam taki zwyczaj, że choćbym była nie wiem jak zmęczona, przyjeżdżając do jakiegoś hotelu, rozkładam swoje ubrania w szafie i łazience. Tylko po to, żeby po obudzeniu choć przez chwilę poczuć się jak w domu. Zawsze zabieram ze sobą jakąś jedną zupełnie zbędną rzecz i obowiązkowo książkę - ona jest przyjacielem. Czasami znoszę trasy lepiej, czasami gorzej. Niekiedy mam poczucie, że coś mnie omija. Wiem jednak, że nie potrafiłabym żyć inaczej - wyznaje.

Dla Jankowskiej występy w małych miasteczkach nigdy nie były chałturami, lecz największym aktorskim sprawdzianem. - Podchodziłam do nich na zasadzie: stań i pokaż, co potrafisz. Daj coś z siebie. Zawsze staram się dodać innym energii i otuchy. Może dlatego, że mnie samej nie zawsze było łatwo - zastanawia się.

Dla Ani Dąbrowskiej motywacją do tego, żeby pokonywać kolejne kilometry, też są ludzie. Zwłaszcza ci z mniejszych miasteczek.

- Nie są tak zblazowani jak publiczność w Warszawie. Mają w sobie mnóstwo radości, którą chętnie się dzielą. Warszawiacy są bardziej obojętni, chłodni, jakby mówili: "Udowodnij, że warto było przyjść na twój koncert". Dlatego lubię jeździć z koncertami po Polsce. Najlepiej czuję się na południu kraju - zapewnia.

Za to największy stres towarzyszył piosenkarce, gdy miała wystąpić w rodzinnym Chełmie. Na jej koncercie pojawiła się cała rodzina i wielu znajomych. - Chyba najtrudniej jest występować przed bliskimi. Są dla nas najważniejszym miernikiem tego, czy coś się nam w życiu udało, czy nie, więc ich krytyka boli najbardziej. W Chełmie dostałam wielkie brawa, ale tego stresu nie zapomnę. Żałuję, że tak rzadko odwiedzam rodzinę. Niedługo będę już miała prawo jazdy, więc może łatwiej mi będzie się przemieszczać - dodaje.

Smutek klauna

- Odpowiadają mi krótkie trasy weekendowe, bo nie lubię rozstawać się z moimi kotami i zawsze bardzo się o nie martwię. Mam dwie kotki: Czarną i Szarą. Gdy wyjeżdżam, ktoś z rodziny albo znajomych z nimi zostaje. Koty wychodzą na dwór na cały dzień i potem trzeba je zawołać na noc do domu. Problem w tym, że one nie każdego obdarzają zaufaniem - mówi Ania Dąbrowska.

Bardziej niż trasy koncertowe piosenkarka lubi podróże w czasie. Na przykład w lata 60., które są jej największą fascynacją i inspiracją.

Z sentymentem wspomina występ, gdy zdarzyło jej się zaśpiewać w duecie z Andrzejem Dąbrowskim piosenkę "Zielono mi". Już zaczęła pracować nad nowym albumem. - Chciałabym, żeby to była niespodzianka. Coś, co zaskoczy nawet mnie samą. Na razie robię sobie przerwę, krótkie wakacje na Sycylii. To wybór zdecydowanie kulinarny, uwielbiam świeże owoce morza. Jest jeszcze jeden powód wyjazdu: z dala od domu wpadają mi do głowy najlepsze pomysły.

Gdzie w tym czasie będzie Aldona Jankowska? Trudno przewidzieć. Mieszka trochę w Poznaniu, trochę w Krakowie i Warszawie.

- Mój dom jest tam, gdzie mój mężczyzna, czyli obecnie w Krakowie. Mam szczęście, że trafiłam na człowieka, który rozumie i akceptuje moje wybory. Nie próbuje mnie zmienić i ma do mnie całkowite zaufanie - mówi.

W stolicy aktorka nagrywa "Rozmowy w tłoku". Na casting do show Szymona Majewskiego namówili ją studenci, z którymi prowadzi warsztaty teatralne. - Radzę młodym ludziom, żeby pewnego dnia spakowali torbę i wyjechali z domu.

Ona tak kiedyś zrobiła, dziś jest pierwszą w Polsce kobietą uprawiającą popularny w Ameryce gatunek stand-up comedy. To rodzaj kabaretu jednego aktora, monologu estradowego, w którym ważny jest kontakt z widzami. Sama pisze sobie teksty, czasem z pomocą przyjaciela Henryka Pasiuta, a potem wychodzi na scenę i przez półtorej godziny koncentruje uwagę ludzi, improwizuje, rozśmiesza.

Niedawno była z programem w Londynie. Na koniec wykonała piosenkę, którą zadedykowała swojej mistrzyni Hance Bielickiej. Wyśpiewała to, co do niej czuje, jak ją podziwia. Ona przecież też jeździła, wszędzie zostawiła swój ślad. Każdy dom kultury, każde kino, każda większa sala ją pamiętają.

- Śpiewałam, a ludzie w Londynie płakali. Następnego dnia miałam na widowni średnią wieku powyżej siedemdziesiątki. Dla Hanki Bielickiej przyszli. To była wielka artystka. W swoich wspomnieniach "Uśmiech w kapeluszu" przytacza piękną anegdotę. Do psychiatry przychodzi zwykły, szary człowiek. Mówi, że czuje tak wielki smutek, że nie może go udźwignąć. Psychiatra patrzy na niego i mówi: "Dziś do naszego miasteczka przyjechał słynny klaun. Niech pan idzie zobaczyć jego program, na pewno pana rozweseli". A na to pacjent: "Proszę pana, kiedy to właśnie ja jestem tym klaunem". Ta historyjka wiele mówi o Hance Bielickiej i w ogóle o naszym zawodzie - podsumowuje Jankowska.

Teraz przygotowuje nowy spektakl w Teatrze Groteska w Krakowie, premierę planuje na jesień. - To będzie solowy show z masą różnych dziwnych rzeczy, których nie mogę zdradzać. Chciałabym też kiedyś zrobić spektakl o Hance Bielickiej, wciąż o tym myślę. Ale do tego brakuje mi jeszcze paru tysięcy kilometrów trasy.

Magda Rozmarynowska

Tekst pochodzi z magazynu

PANI

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: aktorka | szczęście | Warszawa | piosenkarka | trasa | show | występ | porada | koncert | Wodecki | podróżni | trasy | Kraków

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje