Reklama

Reklama

Wolontariat prosto z serca

Dwa lata temu drżały jej nogi, myśli przebiegały po głowie z zawrotną prędkością, a gdzieś z głębi serca dobijało się ostrzeżenie: „nie wytrzymasz tego, uciekaj!”

Po tamtych reakcjach nie ma śladu. Nogi same niosą do celu, myśli krążą wokół czekających ją radosnych chwil, a serce zostało w pełni zajęte przez psy ze schroniska i przy każdej wizycie bije dla nich coraz mocniej...

Pomaganie uzależnia

Reklama

"Mam na imię Agata i jestem wolontariuszką." Już po pierwszej wizycie w zabrzańskim schronisku "Psitulmnie" to zdanie stało się podsumowaniem życia Agaty Magiery, która wśród merdających ogonów i mokrych nosów odnalazła swoje miejsce na ziemi.

Nietrudno znaleźć osoby, które deklarują, że dla zwierząt zrobią wszystko. Jednak gdy przychodzi czas na działanie, sytuacja nie wygląda już tak różowo. Bo wizyta w schronisku wywołuje łzy i bezsenne noce, psa adoptować się nie da ze względu na metraż mieszkania lub alergię współmieszkańców. Wymówki pojawiają się co najmniej  tak szybko, jak przybywa kolejnych psiaków podrzucanych pod bramę schroniska. Jednak wnioskując po liczbie aktywnie działających wolontariuszy, można pomagać i jednocześnie funkcjonować normalnie - bez sennych koszmarów czy depresji.

- Pierwsze zadanie, które dostałam, pozornie nie wykraczało ponad moje możliwości, ale tego momentu nie zapomnę do końca życia - opowiada Agata. - Miałam wejść do boksu, w którym biegało kilka psiaków i po prostu zapiąć je na smycze. Dotyku tylu łap i widoku tylu szczęśliwych mordek i rozmerdanych ogonów na raz nigdy się nie zapomina - dodaje z uśmiechem Agata. Potem poszło szybko. Kolejne wizyty, kolejne psiaki pod opieką, kolejne kilometry na spacerach, bez których Agata nie wyobraża już sobie życia.

Zajęcie nie dla każdego

W większości wolontariuszami zostają młode, uczące się kobiety. Poświęcają około kilku godzin tygodniowo na pomoc przy zwierzętach. Należy pamiętać, że wolontariat to nie tylko wyprowadzanie psów na spacery. - Wykonujemy trudne zadanie naprawienia świata skrzywdzonym psiakom, ciężko pracujemy nad zdobyciem zaufania osieroconych czworonogów, okazujemy uczucia psiakom, które nigdy nie doświadczyły prawdziwej miłości we własnym domu... - opowiada Katarzyna, jedna z wolontariuszek w zabrzańskim schronisku.

Nie wszyscy jednak są w stanie wytrzymać pracę w schronisku i odchodzą. - Było kilka takich przypadków, powodem głównie była wrażliwość na krzywdę zwierząt - mówi Barbara Grzywacz ze schroniska dla bezdomnych zwierząt w Krakowie. - Zdarzały się osoby, które nie mogły patrzeć na chore zwierzęta, które trafiały do schroniska lub zwierzęta oddane, które zamykały się tęskniąc za właścicielem - dodaje.

Schroniska stawiają pewne wymagania przyszłym wolontariuszom. Zdecydowanie na pomaganie zwierzętom oraz gotowość do poświęcenia swojego czasu wolnego to tylko podstawowe warunki stawianych przed kandydatami. - Zależy nam na tym, by takie osoby były systematyczne w działaniu. Część osób zgłaszających się rezygnuje z różnych względów np. pojawia się problem wolnego czasu, poszukiwanie pracy lub jej podjęcie, a także odporność psychiczna na stres - mówi Alina Rychta koordynator wolontariatu w schronisku dla bezdomnych zwierząt w Szczecinie.

Jednak z bycia wolontariuszem można czerpać niezwykłą satysfakcję. - Uwielbiam te dni, kiedy z uśmiechem na twarzach z grupą znajomych wyruszamy do schroniska - opowiada Agata Magiera. - Spędzenie kilku godzin w schronisku daje niewiarygodną satysfakcję, wracasz do domu z poczuciem spełnienia niemożliwie skomplikowanej misji, a to przecież tylko kilka spacerów - dodaje Agata.

Skala problemu

Według raportu NIK z sierpnia 2011 r. ponad połowa schronisk jest przepełniona, a każdego dnia trafiają do nich średnio 4 kolejne zwierzęta. W schroniskach umiera 25% psów i 30% kotów. Najgorsze, że sytuacja pogarsza się z roku na rok. W obliczu takich informacji wolontariat, na którym często opiera się funkcjonowanie schroniska, jest sposobem na zapewnienie zwierzętom maksymalnej możliwej opieki.

W samym schronisku "Psitulmnie" w Zabrzu-Biskupicach przebywa ponad 300 psiaków. Schronisko już od dawna jest przepełnione, a psów wciąż przybywa. Oprócz zwierząt podrzucanych pod schroniskowy płot czy przyjmowanych z interwencji, zdarzają się także takie, które wracają po kilku dniach, miesiącach, a nawet latach od adopcji i zamieniają odzyskaną nadzieję na ponowne czekanie na cud.

Gdy spacery nie wystarczą

Często osoby pracujące, które mogą poświęcić tylko kilka godzin w miesiącu na pomoc zwierzakom, lub ci, którzy do schroniska mają daleko, angażują się w pomoc w bardziej pośredni sposób - np. wykorzystując do tego internet.

Akcją, która od kilku miesięcy angażuje nie tylko wolontariuszy, ale już prawie 150 000 osób z całego kraju, jest inicjatywa Karmimy Psiaki, która dzięki prostemu mechanizmowi pozwala zbierać karmę dla psiaków z zabrzańskiego schroniska. - Akcja powstała z miłości do zwierząt oraz przekonania o tym, że jesteśmy w stanie zorganizować inicjatywę, dzięki której nie tylko zyskamy jednorazową pomoc, ale zaangażujemy internautów w walkę o polepszenie losu bezdomnych zwierząt - podkreśla Joanna Pawłowska, organizatorka akcji.

Zaangażowanie, o którym mowa, widać nie tylko w liczbie zebranych posiłków, ale także w codziennej aktywności uczestników akcji. Ponad 32 000 fanów na facebooku dzieli się swoimi przemyśleniami, pomysłami, poszukuje domów dla bezdomnych zwierzaków. 117 wolontariuszy w całej Polsce rozwieszało plakaty akcji, a wiele blogerek włączyło się w promocję przygotowując stylizacje z koszulką akcji i zachęcając swoje czytelniczki do pomocy.

Aby pomóc, wystarczy odwiedzić stronę www.karmimypsiaki.pl i wybrać psiaka, którego chcemy nakarmić. Każde 3 osoby, które wezmą udział w akcji to kolejny zebrany wirtualnie posiłek, który następnie zostanie przekazany schronisku w postaci karmy.

Nagroda za wytrwałość


 
Na szczęście długotrwała walka o znalezienie domu dla swojego podopiecznego często zostaje nagrodzona i można szykować ukochanego pupila do podróży do nowego domu. Pomimo całej, ogromnej radości, która temu towarzyszy, pojawia się naturalny smutek wywołany rozstaniem z kimś, dla kogo żyło się przez miesiące czy nawet lata. Pojawia się też pytanie - co dalej? Jak opowiada Agata, odpowiedź jest prosta: - Idę do boksu, wybieram kolejnego osieroconego psa i poznaję go od podszewki - ciąg dalszy już znasz.

W trakcie trwania akcji "Karmimy Psiaki" adoptowano 41 psiaków, znacznie wzrosła także liczba wirtualnych opiekunów, którzy zobowiązali się do przekazywania comiesięcznych datków na rzecz wybranych pupili. Sara, wolontariuszka w schronisku "Psitulmnie" z uśmiechem mówi o tym, jak od wirtualnej adopcji często zaczynają się niezwykłe przygody.

- Adoptując wirtualnie Kleksika, dostałam jego zdjęcia oraz kilka słów o nim, aż pewnego dnia postanowiłam go odwiedzić. Od tego czasu w schronisku jestem co tydzień. Początkowo opiekowałam się Kleksem; wyprowadzałam go, czesałam, zabierałam do siebie na kąpiele i pielęgnację, ale widząc zawiedzione pyszczki jego kolegów z boksu nie mogłam im odmówić i wkrótce pozostała czwórka do nas dołączyła - mówi Sara.

Gdyby nie serca, które, jak u Agaty, są wynajęte przez psiaki, gdyby nie wytrwałość i upór wolontariuszy, wiele psiaków nigdy nie miałoby szans na drugie, nowe życie. Patrząc po proporcjach płci wśród osób pomagających zwierzakom można stwierdzić, że wolontariat jest kobietą. Kobietą, której piękno bierze się z głębi serca. Serca, które jest w stanie pomieścić całą masę mokrych nosów i merdających z nadzieją ogonów.

 

 


Dowiedz się więcej na temat: PSY (Park Jae-Sang) | schroniska dla psów

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje