Reklama

Reklama

Zarabiam jako dama do towarzystwa

Klaudia zarabia tyle, ile luksusowa prostytutka, ale nie chodzi do łóżka z klientem. Towarzyszy mu w podróżach po świecie i w biznesowych spotkaniach. Wysłuchuje go, bawi i budzi zazdrość kolegów. Tylko u nas opowieść damy do towarzystwa.

Do kawiarni wchodzi wysoka, szczupła brunetka. Proste spodnie w kant, błękitna koszula z logo znanego kreatora. Włosy gładko upięte. "Chłodna profesjonalistka" - myślę.

Czasem mijam takie kobiety: w szpilkach, z aktówką lub laptopem, w eleganckim kostiumie.

- Klaudia - podaje mi rękę. Pewna siebie, rzeczowa, mocny uścisk dłoni. Kiedy szukałam na nią namiaru, uprzedzono mnie, że nie zdradzi mi prawdziwego imienia. Nie może zostać rozpoznana. Gdybym nie wiedziała, kim jest, myślałabym, że to prawniczka. Ale przed mną siedzi dama do towarzystwa. Współczesna gejsza.

Reklama

Jestem ozdobą i... psychologiem

Klaudia (24 l.) należy do ścisłej czołówki warszawskiego "peletonu". To krąg kilkudziesięciu kobiet, które towarzyszą najbogatszym biznesmenom. Młode, inteligentne, oczytane i przede wszystkim - wyjątkowo atrakcyjne.

Często studiują, a jednocześnie pracują jako modelki w znanych agencjach. Towarzyszą biznesmenom podczas wyjazdów służbowych i wakacji. Są ich ozdobami, towarzyszkami, a kiedy trzeba - psychologami. Ale... żadna nie chodzi z klientem do łóżka.

O ich istnieniu dowiedziałam się od znajomego biznesmena. Tylko dzięki niemu udało mi się, po kilkumiesięcznych namowach, przekonać Klaudię do opowiedzenia swojej historii.

Kobieta zamawia kieliszek wina i mocną kawę. - Za mną ciężką noc - mówi. - Do 4. rano siedziałam nad książkami. Sesja! Wypija pierwszy łyk. Potem zaczyna opowiadać.

- Pochodzę z Rzeszowa. Mama jest stomatologiem, a ojciec wyjechał za granicę, kiedy miałam cztery lata. Przez rok pisał listy, miał nas ściągnąć, potem przestał się odzywać. Do tej pory nie wiem, czy to jakaś kobieta go nam zabrała, czy może tragiczny wypadek. Ale nie o tym miałyśmy rozmawiać... - poprawia się.

Zapada cisza. - No dobrze, czego chciałaby się pani ode mnie dowiedzieć? - jest pewna siebie, patrzy mi prosto w oczy. - Jak trafiłaś do "peletonu"? - pytam. Klaudia uśmiecha się z wyższością i zaczyna swoją niezwykłą opowieść.

- Ponad cztery lata temu dostałam się na studia do Warszawy. Prawo. Mama popłakała się ze szczęścia, babcia dała na mszę. Wynajęłam tutaj kawalerkę z koleżanką starszą o parę lat. Też z Rzeszowa. Poznawałam warszawskie kluby studenckie, nowych znajomych. Niedługo potem w centrum handlowym zaczepiła mnie agentka. "Zrobię z ciebie top modelkę" - obiecała.

Zaczęłam chodzić na wybiegach, wyjechałam nawet dwa razy za granicę, pojawiłam się w kilku reklamach. Wielkiej kariery nie zrobiłam, jak widać. Zresztą miałam inny cel: praca w międzynarodowej kancelarii prawniczej. Modeling był tylko środkiem, który miał mi w tym pomóc. Łatwa, szybka kasa. Dostawałam 500 zł za przejście po wybiegu. W miesiącu: kilka tysięcy złotych. Wystarczało na wszystko. Mogłam odkładać.

Na jednej z imprez stałam ubrana w skąpy, złoty strój. Byłam hostessą, trzymałam tacę ze szklaneczkami whisky. Przez cały wieczór przyglądał mi się pewien facet. Brunet, siwiejące skronie, ale zadbany, w formie. Pewnie w wieku mojego ojca.

Obserwowałam sztucznie uśmiechnięty tłum, mężczyzn bajerujących inne hostessy. Ten stał przy barze, rozmawiał z innymi biznesmenami i patrzył, tylko patrzył. Nie peszyło mnie to. Wiem, że jestem atrakcyjna, podobam się wielu facetom.

Kiedy skończyłam pracę, złapał mnie dosłownie przy drzwiach. "Marek - przedstawił się. - Jak będziesz chciała kupić dobre auto ze zniżką, polecam się". Podał wizytówkę i zniknął.

Byłam zdumiona. Zero propozycji w stylu: "Mam fajny apartament niedaleko stąd, może chciałabyś kontynuować wieczór w przyjemniejszym miejscu?". Takie słyszałam po każdej imprezie.

W odpowiedzi tylko się śmiałam. Marek zaintrygował mnie. Zadzwoniłam do niego już po tygodniu.

- Brat chce kupić auto, chciałam spytać o parę rzeczy - skłamałam. Zaproponował mi drinka w modnej knajpie.

Już na mnie czekał. - Skąd taka opalenizna o tej porze? - spytałam, bo był środek zimy. "Weekend na nartach w Chamonix - odpowiedział". Cztery godziny zleciały w mgnieniu oka.

Nie mogliśmy się nagadać. O Francji, której oboje byliśmy wielbicielami, o moich studiach, o autach, o podróżach. Nawet... o giełdzie i kodeksie pracy. Dowiedziałam się, że Marek jest właścicielem sieci salonów samochodowych i ma udziały w dużej firmie belgijskiej.

Zostaliśmy przyjaciółmi. Szybko zauważyłam, że uwielbiał spędzać czas w moim towarzystwie. A ja miałam dwa życia: banalne, czyli studia, kawalerka dzielona z koleżanką, egzaminy, i bajkowe: obiady w luksusowych restauracjach, premiery w operze, wernisaże, wyścigi konne. "Grasz w golfa? - zapytał wczesną wiosną". Zaprzeczyłam. - Ale wiem, że właśnie zaczyna się sezon.

W peletonie

Pojechaliśmy na pole golfowe do Rajszewa. Poznałam jego przyjaciół. Kręciły się przy nich młode, atrakcyjne dziewczyny.

Ze zdumieniem odkryłam, że jedną z nich jest Daria, moja koleżanka z agencji modelek. Siedziała z drinkiem u boku starszego, grubego faceta. Kiedy mnie zobaczyła, nie speszyła się.

Kiwnęła głową z uśmiechem. Nasi "przyjaciele" grali, a my, ich towarzyszki, gadałyśmy o studiach, egzaminach i chłopakach. Jedyne, co różniło nas od zwykłych studentek, to barwne opowieści o egzotycznych podróżach i ekskluzywnych markach. Co chwilę słyszałam nazwy butików i hoteli na Seszelach, Malediwach, w Cannes czy Londynie.

Kiedy wychodziliśmy, Marek wziął mnie pod rękę. Widziałam odprowadzające nas spojrzenia facetów. Ubrałam się seksownie, a Marek z satysfakcją stwierdził, że oni "ślinią się na twój widok". Kiedy wracaliśmy do Warszawy jego kabrioletem, rzucił od niechcenia: "Pojedziesz ze mną do Tajlandii na turniej golfa. Kup sobie parę szmatek. Mnie nie bawi latanie po sklepach, tutaj masz kartę".

Już miałam zaprotestować: "Nie jestem twoją utrzymanką", ale pomyślałam o Darii. Ledwo ją poznałam. Kiedyś bez makijażu, w tenisówkach. Dzisiaj w szpilkach, bluzce z dekoltem.

"Czemu nie?" - uśmiechnęłam się. Przecież nie proponował "zapłaty".

Wtedy jeszcze o tym nie wiedziałam, ale właśnie tamtego dnia weszłam do "peletonu". Do kręgu młodych kobiet, które towarzyszą biznesmenom. Żony - z dziećmi, i z cellulitem - zostają w domu. To z nami ich mężowie jeżdżą na narty, żagle, turnieje, międzynarodowe targi, urlopy. Z nami spędzają najlepszy czas.

Po powrocie z Tajlandii Marek wynajął mi dwupokojowe mieszkanie, parę minut od siedziby swojej firmy. Dostałam też samochód, średniej klasy, w ulubionym liliowym kolorze.

"Raj!" - myślałam. Przecież nawet się z nim nie całowałam. Za jego namową zrezygnowałam z pracy w agencji modelek. Musiałam tylko świetnie wyglądać i mądrze rozmawiać z różnymi ważnymi facetami. No i cały czas być "pod parą".

"Klaudia, jedziemy do Bordeaux. Premiera nowej marki samochodu. Za godzinę jesteś na Okęciu" - zadzwonił kiedyś Marek. "Ale ja mam kolokwium" - zaprotestowałam. "Załatwię ci zwolnienie - obiecał. - Mój przyjaciel jest szefem prywatnej kliniki".

W Bordeaux dał mi kartę: "Ubierz się, wieczorem idziemy do opery. Wiesz, jakieś tiule, dekolty. Nie zdążyłem kupić ci żadnego prezentu - dodał".

Nigdy nie padły w naszej rozmowie takie słowa jak: zapłata, wynagrodzenie. To były drogie prezenty. Czułam się jak Pretty Woman, ale przecież nie musiałam z nim spać...

"Jak długo?!"- pytał wewnętrzny głos. Tej nocy w Bordeaux Marek zaproponował seks. Mijało pół roku naszej "znajomości". Odmówiłam, drżąc, że zacznie krzyczeć, że od dziś utrzymuję się sama. Po powrocie z Francji przestał się odzywać.

To nie przyjaźń, to układ

Zanim skończyły mi się pieniądze, zadzwonił Sławek, jego przyjaciel. "Marek jest bardzo zajęty, teraz ja się tobą zajmę - powiedział". Nie podobał mi się. Miał ponad 50 lat i oślizgły uśmiech. Pomyślałam, że wyciągnę informacje o Marku i zniknę. Może już czas, by z tym skończyć?

Kiedy szłam ze Sławkiem do kasyna (wyprawiał imieniny), wiedziałam, że spotkam Marka. Był, siedział przy barze z młodziutką brunetką. Poczułam ukłucie zazdrości, mimo że przecież nic nas nie łączyło.

Bo jak nazwać tę relację? Przyjaźnią? Nie, to był układ. Nagle poczułam lęk, że to się skończy - beztroskie, słodkie życie... Podeszłam do baru. "Witaj, kocie - przywitał mnie Marek. - Poznaj Sarę". Potem, kiedy wypił kilka drinków, powiedział: "Nie mogę się tylko kolegować, a ty udajesz świętszą od anioła! - wycedził przez zęby".

No tak, więc chodziło o łóżko, jednak nie mogło się obyć bez tego... Ja, dwudziestolatka, przegrałam z jeszcze młodszą, bardziej chętną.

Sławek traktował mnie dobrze, ale nie miałam z nim tak ciekawych dyskusji jak z Markiem. Znowu zaczęłam jeździć z grupą znajomych biznesmenów i dziewczynami. Na razie niczego ode mnie nie chciał.

Raz, na Haiti, próbował wejść mi do łóżka, ale uderzyłam go w twarz. Wycofał się. Przekupywał mnie coraz droższymi prezentami. Wynajął mi 80-metrowy apartament. Ostry w interesach, przy mnie stawał się potulny. Zrozumiałam, że mam nad nim władzę.

Poza tym miał kompleks: brak studiów. Mówił, że mnie podziwia, że przynoszę mu szczęście w interesach, a jego znajomi mnie uwielbiają. Właśnie się rozwodził, stałam się jego powierniczką. Godzinami opowiadał, jaki jest nieszczęśliwy: żona doprawiała mu rogi przez kilka lat. Często się upijał. Zaciskałam zęby. "Mam cudowne życie!" - myślałam.

Waham się: co dalej?

- Po co wam te młodziutkie laski? Wydajecie na nie kupę szmalu! - zapytałam niedawno Sławka. Wypił butelkę whisky, był ze mną szczery: "Jak facet chce seksu, idzie do burdelu.

A każdy facet lubi mieć przy sobie atrakcyjną i niegłupią dziewczynę, która pogada i z japońskim, i z włoskim udziałowcem. I - do cholery - wszyscy mu jej zazdroszczą!".

Wiosną tego roku pojechaliśmy na weekend do Juraty. Sławek wyjął pierścionek. Zapytał, czy wyjdę za niego. Byłam zaskoczona.

- Daj mi trochę czasu, OK?- poprosiłam. Kiedy wracaliśmy do Warszawy, zadzwonił telefon. "Wchodzę na rynek skandynawski - powiedział mi potem Sławek. - Za rok będę na liście stu najbogatszych Polaków... A ty się dobrze zastanów. Nie będę długo czekał".

Mam 24 lata. Kończę prawo. Chcę i nie chcę odejść. Wokół Marka, Sławka i innych biznesmenów kręcą się młodziutkie, piękne kobiety. W przyszłym roku chcę zdawać na aplikację. Sławek ma wszędzie znajomości, byłabym ustawiona. Ale ja go nie kocham. Na myśl, że miałabym z nim sypiać, chce mi się wymiotować. Przecież nie jestem prostytutką, tylko...damą do towarzystwa.

Wciąż ze sobą walczę.

Magdalena Kuszewska

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje