Reklama

Reklama

Hanna Śleszyńska: Aktora i sportowca łączy umiejętność znoszenia porażek

Zyskała sympatię widzów dzięki rolom ciepłych i życzliwych postaci. Idzie przez życie z uśmiechem, bo jak sama mówi, nie do twarzy jej z posępną miną. O przygotowaniach do roli w serialu "Komisarz mama", specyfice zawodu aktora i przyjaźni z byłym partnerem, Piotrem Gąsowskim, w rozmowie z Interią opowiedziała Hanna Śleszyńska.

Monika Janusz, Interia: Kiedy myślimy o Hannie Śleszyńskiej, od razu pojawia nam się skojarzenie z uśmiechem. Jest pani optymistką?

Hanna Śleszyńska: - Staram się być (śmiech). Z uśmiechem człowiekowi do twarzy, więc powinniśmy uśmiechać się jak najczęściej. To najprostszy sposób, żeby wokół nas było przyjemniej.  Kiedyś, gmerając w telefonie, zauważyłam swoje odbicie, na którym jestem skupiona i mam zmarszczone czoło. Przestraszyłam się! Ze srogą miną mi nie do twarzy. Uśmiech to mój rodzaj życzliwości dla świata i ludzi. A poza tym uśmiecham się odruchowo...

Reklama

Uśmiech może być również zbroją.

- Na pewno. Gdy wokół jest nie za wesoło, a człowiek się uśmiechnie - nawet sam do siebie, patrząc w  lustro - robi mu się lepiej na sercu i od razu wygląda sympatyczniej. Uśmiechając się, wydajemy się bardziej przystępni. To sygnał dla drugiego człowieka. Zaproszenie do rozmowy i kontaktu. Znak, że mam dobre intencje.

Wesołe usposobienie pomaga grać komediowe role?

- Podobno najlepsi komicy poza sceną byli bardzo poważni. Nie każdy, kto gra w komediach, jest wesołkiem. 

- Pewien rodzaj humoru na pewno przydaje się  w zawodzie aktora. Natomiast komedia jest umiejętnością, którą trzeba wyćwiczyć. Jedni mają do niej większe, a inni mniejsze predyspozycje. Można mieć emploi smutasa, ale być w tym bardzo zabawnym. Komedia to sztuka: bardzo ważny jest rytm, sposób podawania tekstu, pauza. Jednak jeśli ma  się dystans do siebie i poczucie humoru, łatwiej jest "podglądać" ludzi, a potem wykorzystywać tę obserwację na scenie i na planie. Jeśli podchodzimy z wyrozumiałością do ludzkich słabości, każdą  postać można obronić, nawet obśmiewając niektóre jej cechy.

Ma pani szczęście do ciepłych postaci. Ludzie patrzą na panią przez pryzmat ról? 

- Widocznie z takimi postaciami kojarzę się reżyserom. Przeważnie spotykam się z miłymi komentarzami widzów. Dzięki rolom, które grałam, spływa na mnie sympatia. To bardzo miłe, chociaż trochę niesprawiedliwe, w stosunku do innych aktorów (śmiech). Ktoś przecież musi grać te czarne charaktery, nieprzyjemniaczków....    

Będziemy mogli oglądać panią w serialu "Komisarz mama". Znowu zaskarbi sobie pani sympatię widzów ciepłem i życzliwością?

- To rola inna niż te, które grałam do tej pory. Tym razem moja postać nie uśmiecha się za bardzo, nie stara się być miła, nie nadskakuje innym. W czwartym odcinku pojawiam się jako nowa laborantka, technik kryminalistyki. Pierwszy raz w serialu jestem policjantką, zawsze o tym marzyłam. Co prawda nie chodzę w mundurze policyjnym, ale moje analizy pomagają w śledztwie.

- Gdy dostałam propozycję roli w serialu "Komisarz mama", ucieszyłam się. Klimat i tematyka bardzo mi się spodobały. Moja postać ma odrobinę męski charakter: jest skupiona na robocie, nosi głównie spodnie i nie boi się napić wódeczki w laboratorium. Co prawda nie noszę pistoletu ani pałki policyjnej, ale musiałam poznać przyrządy, którymi posługuje się technik kryminalistyki i szybko się dokształcić.

Dołączyła pani do obsady w drugim sezonie.

- Zespół był już zgrany i zżyty ze sobą. Pamiętam, że podczas pierwszego czytania podchodziłam do mojej postaci bardzo ostrożnie, bo jeszcze jej nie znałam. Ale zawsze jestem chętna do współpracy. Lubię też pracować z młodszymi aktorami. Gdy byłam młodą osobą, doznałam dużo życzliwości od starszych kolegów, z którymi pracowałam. Postanowiłam wtedy, że kiedyś też będę oparciem dla innych. Młodzi ludzie mają w sobie dużo fajnej energii, która podczas pracy jest bardzo motywująca.


Pani młodszy syn, Jakub Gąsowski, poszedł w ślady rodziców. Jak zareagowała pani, gdy okazało się, że chce zostać aktorem?

- Z jednej strony czułam pewne obawy znając blaski i cienie tego zawodu. Z drugiej, nie chciałam mu tej drogi odradzać, bo pamiętałam głosy, które ja słyszałam, gdy zdawałam do szkoły teatralnej. Ktoś wtedy zapytał mnie: na pewno chcesz wybrać zwód, w którym tak niewiele od ciebie zależy? To pytanie utkwiło mi w głowie. Pamiętam, że było mi przykro, nie chciałam dopuścić do siebie negatywnych opinii. Każdy wybierając ten zawód myśli, że będzie realizował wspaniałe projekty i zrobi karierę. Podąża za pasją, marzeniem i wyobraża sobie przyszłość w świetlanych kolorach. Jednak nie zawsze tak to wygląda. Bywa, że jedni mają mnóstwo propozycji, robią film za filmem i grają rolę za rolą w Teatrze, a inni biegają ciągle w poszukiwaniu pracy. I to jest frustrujące.

Aktor musi być twardy? Powinien poradzić sobie w każdej sytuacji...

- Ważne, by spotkać na  swoje drodze odpowiednie osoby - artystycznych opiekunów,  którzy w nas uwierzą i sprawią, że rozwiniemy skrzydła. Dla mnie taką osobą jest Olga Lipińska. Na początku drogi zawodowej otoczyła mnie artystyczną opieką, uczyła mnie, ale też bardzo dużo ode mnie wymagała. Niezwykle ważne były dla mnie spotkanie i praca z takimi mistrzami jak: Adam Hanuszkiewicz, Wojciech Młynarski, Janusz Majewski, Izabella Cywińska, Andrzej Strzelecki.

- Zawód aktora wiąże się ze wspaniałymi doznaniami,  ale czasami bywa rozczarowujący. Kiedyś usłyszałam, że sport to umiejętność znoszenia porażek, bo zwycięstwa zdarzają się tylko co jakiś czas. Myślę, że aktora i sportowca łączy umiejętność znoszenia porażek. Nie każda premiera jest fantastyczna i nie każda rola jest szałowa, ale trzeba umieć sobie radzić z rozczarowaniami.  Musimy znosić krytykę, a mimo to powinniśmy być silni.

Syn korzysta z pani doświadczenia? Radzi się w sprawach zawodowych?

- Na początku, jeszcze w czasie studiów, częściej pytał. Teraz raczej dzielimy się spostrzeżeniami. Myślę, że Kuba ma zaufanie do mnie i do Piotra - jako do rodziców i aktorów.

Ludzie dziwią się, gdy widzą pani przyjacielską relację z byłym partnerem,  Piotrem Gąsowskim?

- Chyba już się przyzwyczaili. Dzięki wspólnym zdjęciom, relacjom na Instagramie. Razem występujemy na scenie. Więź, która nas łączy jest szczera i naturalna. Nie zawsze ludziom przydarza się możliwość takiej relacji. Nam się udało, ale wszyscy nad tym pracowali - łącznie z innymi członkami rodziny i naszymi dziećmi. Lubimy spędzać razem czas, podczas świąt, na wakacjach, na nartach. Odwiedzamy się. 

Jest jakiś przepis na to, jak  zbudować przyjacielską relację po rozstaniu?

- Jest to dłuższa i trudniejsza droga. Trzeba zamienić początkowe żale lub rozczarowania we wzajemną życzliwość. Doskonale rozumiem, że w niektórych przypadkach jest to niemożliwe. Gdyby miało to kogoś dużo kosztować i być dla niego niewygodne, być może nie powinien próbować. Wydaje mi się, że na zbudowanie przyjacielskiej relacji po rozstaniu nie ma przepisu. Na pewno wszyscy muszą tego chcieć.

Jest coś, czego pani chciałaby sobie życzyć?

- W moim zawodzie ważne jest to, aby mieć dobrą kondycję. Znosić wyjazdy, drobne niedogodności. Chciałabym podróżować i spędzać czas z przyjaciółmi, rodziną. Chciałabym też zachować ten optymizm i ciekawość świata, żeby dalej mieć dużo radości z kontaktu z ludźmi i wciąż się uśmiechać!

Chcecie dowiedzieć się, jak potoczą się losy Waszych ulubionych bohaterów? Śledźcie "Komisarz Mamę" w każdą środę o godzinie 21:05 w Polsacie lub na PolsatGo, kiedy tylko chcecie. 

***

Przeczytaj również:  

Andrzej Piaseczny: Życie nie polega na ciągłym baniu się. Bez lęku jest łatwiej i piękniej

Izabela Małysz: To jest mój czas

Izabela Janachowska: Jestem osobą, która lubi wyzwania

Zobacz również: 

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje