Reklama

Reklama

Co się stało, że wracasz po siedmiu latach?

Kiedy po Januarym zamknęły się drzwi, sądziłam, że nigdy go nie zobaczę, ale on znów się pojawił.

- Witaj, to ja - spośród wszystkich słów na świecie, te były najgłupsze i najbardziej żałosne.

Reklama

- Widzę... - odparłam zaskoczona. - Czego chcesz?

- Porozmawiać... - rzucił prosząco.

To było coś nowego. Dawny January, ten, którego znałam siedem lat wcześniej, nigdy nie bywał żałosny i przenigdy o nic nie prosił. Żądał, manipulował, nakazywał. Słowa "proszę" nie usłyszałam od niego w życiu.

- Dobrze, wejdź - wpuściłam go do środka. - Uprzedzam jednak, że nie mam dla ciebie zbyt wiele czasu.

January skierował się wprost do kuchni. Nic dziwnego, to było miejsce, w którym najczęściej rozmawialiśmy. To właśnie w kuchni, oparta o tę samą lodówkę, odważyłam się powiedzieć mu, że jestem w ciąży, i to w kuchni, dokładnie tej samej, w której teraz siedzieliśmy, on mnie rzucił. Szybko i bezlitośnie.

Kiedy ponad siedem lat temu January zamykał drzwi mojego mieszkania, znałam go na tyle, żeby wiedzieć, że już nigdy go nie zobaczę. Tacy jak on nie zmieniają zdania, chyba że...

- Umieram - powiedział spokojnie.

- Co ci jest? - zapytałam bez emocji.

- Rak - wzruszył ramionami.

Spojrzałam na niego uważniej. Rzeczywiście wyglądał inaczej. Był szczuplejszy, bledszy, na jego twarzy pojawiły się zmarszczki. Nadal miał surowe spojrzenie, ale teraz nie budziło już takiego strachu jak wcześniej. Wtedy, kiedy jedno jego słowo, jedno skrzywienie warg było rozkazem...

Przez myśl przemknęły mi obrazy. Moja pierwsza praca. Zdolna graficzka, która zaczepiła się w dużej agencji, i myślała, że podbije świat. I przystojny, władczy szef, który doskonale wie, czego chce. Skrzywiłam się na to wspomnienie. Życie nie jest komedią romantyczną, więc finał był łatwy do przewidzenia...

Patrzyłam na niego i zastanawiałam się, co mam powiedzieć. Kiedyś go kochałam. Tak bardzo, że zdecydowałam się rzucić na oślep w związek, który nie miał żadnej przyszłości. Tylko jego zdanie się liczyło, począwszy od wyboru pizzy na kolację, decyzji dotyczącej urlopu, czy tej ostatniej - faktu, czy Kacper pojawi się na świecie, czy nie...

- Nie ma mowy - powiedziałam wtedy.

- Nie zabiję swojego dziecka.

- Nie histeryzuj, to nie jest dziecko.

- Owszem jest - głos niebezpiecznie mi się załamał. - Więc pogódź się z tym, że będziesz miał nas dwoje albo wcale...

Wybrał drugą opcję. Na kuchennym stole zostały pieniądze na zabieg. Pewnie mogłabym z dumą mówić, że rzuciłam mu je w twarz, ale prawda jest taka, że tego nie zrobiłam. Nie byłam już sama i chociaż takie gesty nadają życiu dramatyzmu, dziecka nimi nie nakarmisz.

W firmie nie miałam się co pokazywać. Do końca ciąży byłam na zwolnieniu, a pierwszego dnia po urlopie macierzyńskim dostałam wypowiedzenie. Te kilka tysięcy od Januarego trzymałam na "czarną godzinę". Lepiej się czułam, mając świadomość jakiegokolwiek zabezpieczenia.

Potem urodził się Kacper i cały świat się zmienił. Samotne wychowywanie dziecka nie jest łatwe, ale żadnego dnia nie żałowałam swojej decyzji. Na szczęście miałam przyjaciół i pracę, którą mogę wykonywać w domu. Kokosów nie zarabiałam, ale na życie wystarczało.

- Czego chcesz? - zapytałam.

- Poznać swojego syna. Wiem, że być może na to nie zasługuję...

- Nie "być może" - przerwałam mu - nie zasługujesz. Kacper jest wspaniałym dzieckiem. Kocham go i nie pozwolę, żeby ktoś zrobił mu krzywdę, rozumiesz?

- Rozumiem - kiwnął głową. - Naprawdę rozumiem twój punkt widzenia, ale pomyśl o nim. O Kacprze...

- Znowu mną manipulujesz - warknęłam.

- Nie - zaprzeczył. - Nie mam już na to ani sił, ani czasu - skrzywił się lekko.

- Ile ci zostało? - zapytałam, żeby zyskać na czasie.

- Nie wiem. Jestem właśnie po jednej i przed kolejną chemią. Ale lekarze raczej nie dają mi wielkich szans. Owszem, mówią, że rokowania są dobre, ale kiedy ich przycisnąć, to...

Uśmiechnęłam się wbrew sobie. A jednak to był January. Nie przyjmował do wiadomości mglistych odpowiedzi.

- I?... - włączyłam ekspres do kawy.

- W zasadzie nawet mi to tak bardzo nie przeszkadza, nie przeszkadzało - poprawił się - dopóki nie przypomniałem sobie o tobie. Wiesz przecież, że nie mam nikogo. Moja śmierć pewnie niewiele osób zmartwi. Z drugiej strony, uwierz mi, leczenie nie należy do przyjemności. Nie wiem, czy w imię przedłużenia życia o kilka miesięcy, warto je ciągnąć.

- Ale? - postawiłam przed nim jego ulubione espresso.

Czego o nowotworach piersi dowiedzieli się ostatnio naukowcy?

- Jedyną osobą, którą mogłoby to kiedykolwiek obejść, jest moje dziecko - rzucił spokojnie. - Ja nie pamiętam swojego ojca. Zmarł, kiedy miałem dwa lata. Bardzo tego żałuję. Nie chciałbym, żeby Kacper wchodził w życie z takim obciążeniem.

Przyglądałam mu się nieufnie. Oczywiście wiedziałam, że nie miał bliskiej rodziny, ale nigdy nie sprawiał wrażenia, jakby mu czegokolwiek brakowało. Był samowystarczalny. I materialnie, i emocjonalnie. Nie potrzebował nikogo.

- A co z firmą? - zapytałam.

- A co ma być? - wzruszył ramionami. - Działa. Wprawdzie nie tak dobrze jak kiedyś, ale nie najgorzej. Nie martw się - powiedział, chociaż nie odezwałam się ani słowem - zapisałem ją w testamencie Kacprowi z zastrzeżeniem, że możesz ją sprzedać w dowolnym momencie.

- Zbytek łaski. Poza tym wcale nie jest pewne, czy umrzesz - rzuciłam złośliwie.

- Proszę, proszę - uśmiechnął się lekko. - Pokazujesz pazurki. Wróćmy do tematu. Czy pozwolisz mi poznać Kacpra?

- A jeżeli nie, to co? - przerwałam mu.

Byłam pewna, że zagrozi mi sądem, odebraniem praw rodzicielskich albo spróbuje czymś przekupić. Dawny January, kiedy czegoś chciał, dostawał to.

- Nic - westchnął. - Pogodzę się z tym. Zostawię mu list, który dostanie, gdy skończy osiemnaście lat i tyle. Ale i tak uważam, że to błąd. Przez swoją głupią ambicję i urazę zabierzesz dziecku ojca.

- Niesamowite - pokręciłam głową. - Niby jesteś inny, ale nadal próbujesz manipulować moimi uczuciami...

Chwilę potem January poszedł, zostawiając na stole w kuchni wizytówkę. Jego słowa dźwięczały mi w głowie. Może rzeczywiście miał rację? Kochałam Kacpra nad życie, ale nie mogłam mu zapewnić wszystkiego. Nie bawiłam się z nim w typowo "męskie" zabawy, nasze rozmowy nie były rozmowami "męskimi". A jemu, jak każdemu chłopakowi, brakowało mężczyzny. Wiedział o swoim ojcu tyle, ile powinien, to znaczy, że go kochałam i że od nas odszedł. Kacper nigdy nie widział ojca, ale i tak często o niego pytał. Teraz byłaby okazja, żeby się poznali. A to zależało tylko ode mnie...

Nie mogłam podjąć decyzji. Długo zastanawiałam się nad tym, co tak naprawdę mną kieruje. Czy dobro dziecka, którym chętnie bym się zasłoniła, czy też własna urażona duma i żal do Januarego za porzucenie? Czy miałam poznawać Kacpra z ojcem, skoro niebawem i tak go straci? Biłam się z myślami. Najgorsze było to, że nie miałam czasu na zbyt długie rozważania. Po kilku bezsennych nocach podjęłam decyzję. Zadzwoniłam do niego. - Zgadzam się - powiedziałam tylko.

Po tej decyzji nasze życie się zmieniło. January dołączył do naszej rodziny. Spotyka się Kacprem, stara się poznać syna, słucha go z uwagą i traktuje poważnie. Kacper to wyczuwa i oswaja się z nim, przyzwyczaja się do faktu, że ma ojca. Na początku bałam się, że January nas oszuka, że ma jakiś ukryty interes, ale kiedy patrzę na niego z boku, widzę, że rak go zmienił. Jest innym człowiekiem. Nie wiem, jak długo będzie z nami, ale widząc szczęście w oczach mojego dziecka, wierzę, że podjęłam dobrą decyzję.

Izabela, 35 lat

Dowiedz się więcej na temat: kłótnia | rozstanie | aborcja | okładka

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje